REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Kultura » Historia » Rzeź na Kresach

Rzeź na Kresach

Konaj Lachu!

Lucyna Kulińska 10-07-2008, ostatnia aktualizacja 10-07-2008 11:32
Zamordowani w Katerynówce (pow. Łuck) – synowie małżeństwa Gwiazdowskich i (w środku) Stasia Stefaniak, córka Polaka i Ukrainki, z rozprutym brzuchem i połamanymi kończynami
źródło: Rzeczpospolita
Zamordowani w Katerynówce (pow. Łuck) – synowie małżeństwa Gwiazdowskich i (w środku) Stasia Stefaniak, córka Polaka i Ukrainki, z rozprutym brzuchem i połamanymi kończynami
Redakcja poleca:

(...) Była niedziela, czerwiec 1943 r. w dzień Zielonych Świąt za dnia grupa uzbrojonych Ukraińców z UPA otoczyła ze wszystkich stron naszą małą kolonię.

Relacja Bronisławy Murawskiej-Żygadło

Byliśmy wtedy wszyscy w domu: ojciec Antoni, bracia Marian – lat 16, Adam – lat 9, siostra Basia – lat 2 i ja – 15-letnia dziewczyna. Mama Antonina w tym czasie poszła do mieszkającego obok brata mego ojca Aleksandra Murawskiego.

Mordercy spod znaku UPA spotkali ojca na podwórzu, wprowadzili go do kuchni i kazali mu położyć się na podłodze. Pamiętam wybladłą twarz ojca. Szepnął cicho do nas: „kładziemy się, dzieci, oni teraz będą rabować”. W tej sekundzie usłyszałam wystrzał karabinowy. Trzymałam w ręku siostrzyczkę Basię. Poderwałam się nagle i wyskoczyłam przez okno. Basia wypadła mi z rąk. Padły za mną strzały. Biegłam jak szalona w kierunku pola. Wpadłam w gęstwinę wysokiego łanu żyta, to mnie ocaliło.

Za mną skoczył do okna brat Marian. Trafiły go jednak dwie kule morderców: jedna w plecy obok łopatki, druga roztrzaskała mu dolną lewą żuchwę. Upadł do tyłu z powrotem do wnętrza mieszkania i zawisł na biegunowej kołysce stojącej pod oknem. Marian zapamiętał tylko dwa słowa ukraińskiego mordercy, który w tym momencie podszedł do kołyski i chwyciwszy go za włosy zwisającej w dół głowy, warknął „konaj, Lachu”.Nieprzytomna ze strachu biegłam przed siebie, na oślep, aż do zupełnego wyczerpania sił, myśląc tylko o jednym, aby być jak najdalej od zagrody, gdzie byli banderowcy. Wydawało mi się, że jestem już dość daleko, że to miejsce jest bezpieczne. Usiadłam straszliwie zmęczona, pełna najgorszych myśli i przeczuć o losach mojej rodziny. Po pewnej chwili zauważyłam idącego miedzą w moim kierunku znajomego Ukraińca Miszę Uniszczuka. Zatrzymał się przy mnie. Rozdygotanym głosem opowiedziałam mu o zabiciu mojej rodziny. Wysłuchał mnie i patrzył współczująco. Nie czułam przed nim strachu, chociaż był Ukraińcem. Uzyskałam od niego pocieszającą informację, że widział mego brata Mariana, rannego, leżącego pod krzakiem leszczyny tuż nad rowem koło naszego domu.

Nie pamiętam już, ile czasu minęło, nim odważyłam się powrócić na swoje podwórze. Przed progiem domu ujrzałam leżącego w kałuży krwi mego ojca, nieco dalej leżał zmasakrowany braciszek Adaś, pod oknem na podwórzu spoczywało na ziemi ciałko dwuletniej Basi skłute bagnetem lub nożem. W sąsiedniej zagrodzie u stryja Aleksandra leżała martwa moja mama, miała zupełnie pociętą głowę. Nieco dalej na tym samym podwórzu zobaczyłam martwą babcię Bronisławę – matkę mego ojca, zmasakrowane zwłoki stryja Aleksandra i jego dwóch córeczek w wieku 7 i 9 lat. Widząc po raz pierwszy trupy, i to najbliższych mi osób, poczułam w głowie zamęt i chaos. Ogarnęła mnie dziwna apatia, drętwota myśli i ciała. Nie wiem, ile to trwało.

Z tego odrętwienia wyrwały mnie głosy powracających ocalałych mieszkańców wsi. Było już prawie pod wieczór. Każdy z nich poszukiwał kogoś ze swojej rodziny. Informowano, kto zginął, a kto ocalał. W pobliżu krzaka leszczyny, tak jak mówił Misza Uniszczuk, odnalazłam brata Mariana. Podbiegłam do niego. Dolną twarz miał zupełnie poszarpaną. Nie mógł mówić. Ruchem ręki poprosił o papier i ołówek. Napisał: „Uciekaj szybko! Ratuj swe życie! Ja z pewnością umrę”.

Co chwila powiększała się grupa ocalałych z pogromu mieszkańców kolonii. Każdy szukał bliskich. Zapadł zmrok. Mnie przygarnęła rodzina Jadowskich. Nocowaliśmy w zbożu, bez nadziei na wyrwanie się z tego piekła. Wszyscy radzili, że trzeba uciekać do Bystrzycy, gdzie stacjonują niemieccy żołnierze. Mego brata załadował na wóz znajomy Ukrainiec Tychon i wieczorem zawiózł do Bystrzycy do niemieckiego wojskowego lekarza. Tam jednak lekarz go nie przyjął, więc przywiózł go z powrotem. Rannym Marianem zajęłam się ja i sąsiedzi Jadowscy.

Na drugi dzień rano przyjechało kilkunastu niemieckich żołnierzy. Oglądali ofiary mordu, coś zapisywali. Kazali szybko pochować zamordowanych. Pod ich osłoną ludzie pościągali odnalezione trupy i pochowali we wspólnym grobie 28 zwłok. Zwróciłam się z prośbą do dowódcy niemieckiego oddziału, aby pomógł zabrać mego rannego brata. Kazał opróżnić furmankę, na którą położono rannego. (...)

Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>