Zagłada Puźnik

aktualizacja: 10.07.2008, 11:28
Kaplica z figurą Matki Boskiej, za którą tragicznej nocy 13 lutego sch...
Kaplica z figurą Matki Boskiej, za którą tragicznej nocy 13 lutego schroniła się Honorata Dancewicz
Foto: Rzeczpospolita

Noc poprzedzająca Środę Popielcową z 12 na 13 lutego 1945 roku miała być dla mieszkańców podolskiej wsi Puźniki, (pow. Buczacz) spokojna. Dzień wcześniej do wsi przyjechał wysoki rangą urzędnik sowiecki z umundurowaną obstawą

Ich obecność miała zagwarantować bezpieczeństwo żyjącym od kilku lat w ciągłym strachu Polakom. Zwłaszcza ostatnie dni napawały grozą…W nocy z 4 na 5 lutego w sąsiednim Baryszu dowodzeni przez ounowca Petro Chamczuka „Bystrego” ukraińscy nacjonaliści dokonali napadu na polskich mieszkańców miasteczka. W ciągu kilku godzin wymordowano tam w bestialski sposób 135 Polaków. Ocaleli ci, którzy zorganizowali opór w kościele i szkole.
8 lutego w oddalonym o 4 km od Puźnik Zalesiu dokonano masakry mieszkających tam Polaków, a także stających w ich obronie ukraińskich sąsiadów. Młynarza Jarosława Danyłewycza, syna Ukraińca i Polki, który próbował przeciwstawiać się masakrze, przywiązano do sań i włóczono polnymi drogami. Po kilkudziesięciu kilometrach skatowanego przywalono kamienną płytą, aby skonał w męczarniach. Jego matkę Bronisławę spalono żywcem w suszarni tytoniu wraz z grupą innych Polaków.
W Zalesiu znaleźli się też mieszkańcy Puźnik, a także sąsiedniej Nowosiółki zagarnięci przez banderowców z obstawionych dróg. Kilkunastoletnią Danutę Borkowską z babcią oraz Marię Jarzycką, Władysławę Jasińską, Anastazję Łapiak, Domicelę Jasińską i Genowefę Kulikowską wraz z dziećmi zaprowadzono do jednego z domów, gdzie próbowano torturami wymusić informacje na temat polskiej samoobrony w Puźnikach. Władysławie Jasińskiej założono na szyję pętlę i ciągnięto po podłodze aż skonała, inne kobiety zarąbano siekierami bądź zastrzelono. Z masakry ocalała Danuta Borkowska: „Przytomność odzyskałam o świcie i widziałam obok mnie leżącą martwą babcię Borkowską i małą Stasię Jarzycką. Wtedy do izby wszedł stary Ukrainiec, znajomy mojego ojca. Kiedy to zobaczył, zaczął płakać i kląć na banderowców. Zwrócił się do mnie, abym poszła razem z nim, to on mnie uratuje. Podniósł mnie, a kiedy stanęłam na własnych nogach, poczułam się pewniej, mogłam iść o własnych siłach. Skorzystałam z tego i zaczęłam uciekać w stronę Puźnik”.
W przeciwieństwie do napadu w 1943 r., kiedy we wsi stacjonował oddział AK, siły obrońców były dużo skromniejsze. W dodatku większość Polaków – członków Istriebitielnych Batalionów z Barysza i Puźnik działających pod komendą sowiecką, otrzymała rozkaz stawienia się w Buczaczu, co zupełnie osłabiło polski potencjał. Niektórzy mieszkańcy postanowili opuścić wieś. Kilkunastoletni Stanisław Baraniecki zapamiętał:
„Wieczorem (…) w naszym domu odbyła się spokojna i długa rozmowa. Oprócz naszej rodziny uczestniczyli w niej brat mamy Stach Działoszyński i brat ojca Michał Baraniecki. Przeważała opinia, że banderowcy zaatakują Puźniki, a nasza samoobrona jest zbyt słaba, aby nas obronić. W końcu zdecydowano, że dla ratowania życia musimy opuścić naszą ojcowiznę (…).
Droga do Buczacza biegła przez Barysz. (…) W Baryszu byliśmy 3 dni po spaleniu i wymordowaniu jej mieszkańców z dzielnicy Mazury. (…) Z popiołów i resztek ścian sterczały kominy. Przed niektórymi zgliszczami domów leżały pokaleczone, jedynie w bieliźnie, ludzkie ciała, dzieci i dorosłych. Wzdłuż drogi, po jej prawej stronie, płynęła rzeczka lub kanał. (…) Gdzieś w połowie drogi na kanale była śluza pozwalająca spiętrzać wodę. Na wystającym ostrzu śluzy wbite było brzuszkiem nagie ciało niemowlęcia. (…) Wiele wydarzeń tamtych lat czas wymazał z pamięci, ale obrazu tego niemowlęcia na śluzie do końca moich dni nie zapomnę”.Pojawienie się sowieckich wysokich urzędników z Koropca dawało pewną nadzieję, że banderowcy tym razem nie odważą się uderzyć na wieś.
Puźniczan wezwano do zdania broni, zapewniając, że nie będzie już potrzebna, bo władze biorą wszystkich Polaków pod ochronę. Sowieci dokonali spisu ludności. Na zakończenie wszelkich czynności formalnych wśród zapewnień o przyjaźni i potędze Związku Radzieckiego dowódca wystrzelił na wiwat trzy razy w powietrze.
Mimo obaw, wielu mieszkańców zmęczonych codziennym nocowaniem w zamaskowanych schronach, zdecydowało się na spędzenie tej nocy w domach. Jak co wieczór rozstawiono straże, jednak tym razem okazały się niewystarczające. W nocy wieś została otoczona przez banderowców. W momencie zmiany wart nastąpił atak z kilku stron jednocześnie.
18-letni wówczas Wiktor Dancewicz wspomina: „Powróciłem wtedy z warty z posterunku Zagajówka odległego około 200 metrów od skraju wsi. Miałem zamiar odpocząć, usiadłem na łóżku i wtedy weszła moja mama, krzycząc: »dzieci! pali się!«. Wyskoczyłem na podwórze i w tej chwili posypały się wystrzały (…) od strony starych okopów za naszymi ogrodami. Wystrzeliłem kilka razy ze swojego karabinu w tamtym kierunku i razem z rodziną schroniliśmy się w schronie w budynku sąsiada u wdowy Rolowej. (…)
W schronie było już pełno kobiet i dzieci oraz kilku starszych mężczyzn zdolnych do obrony (…). Na silny ogień banderowców odpowiedzieliśmy ogniem z naszych kilku karabinów. Nie chcąc zdradzać wejścia do schronu, przeszliśmy z ojcem na drogę wiodącą w kierunku Barysza. Tam natknęliśmy się na banderowców. Po krótkiej wymianie ognia ojciec kazał mi powrócić w rejon schronu, a sam próbował dostać się do lasu Gnilec”.
W pobliżu tego miejsca ostrzeliwującemu się Janowi Dancewiczowi skończyła się amunicja. Nie mając możliwości ucieczki, podłożył karabin pod siebie i nakrył się białą płachtą.
„Kiedy napastnicy podeszli, jeden powiedział: »on jest zabity«, a drugi dodał : »dołóż mu na wszelki wypadek«. Padł strzał”.
Pocisk przeszedł przez policzek i brodę. Banderowcy, będąc pewni, że nie żyje, poszli dalej. Jakimś cudem rana nie była jednak śmiertelna.14-letni Antoni Jarzycki, którego matka i rodzeństwo schowali się w schronie sąsiada Władysława Jarzyckiego, odcięty przez zbliżających się banderowców nie zdołał dołączyć do reszty rodziny: „Pobiegłem dalej do wsi, do schronu Jędrzeja Łaciny. (…) Sam Jędrzej Łacina, lat 55, z sąsiadem Henrykiem Fedorowiczem, uwijali się wokół budynków, strzelając do napastników, powstrzymywali ich w ten sposób od podejścia do zagrody. W czasie walki H. Fedorowicz otrzymał postrzał prosto w usta. Zginął na miejscu. Jędrzej Łacina, po wystrzeleniu całej amunicji, schronił się w domu mieszkalnym. Wtedy banderowcy podpalili jego zabudowania gospodarcze. (…). Podczas ucieczki zauważyliśmy, jak na jednym podwórzu banderowcy kogoś biją, okładając drągiem lub siekierą.
(Jak się później okazało, ofiarą był Józef Kosiński »Jutaka«, którego zwłoki odnaleziono w tym właśnie miejscu). W tej sytuacji zawróciliśmy (…). Na dworze od płonących zabudowań było jasno jak w dzień. Kiedy zastukaliśmy do drzwi domu J. Łaciny, ten myślał, że to banderowcy dobijają się. Pozostał mu tylko jeden pocisk w karabinie, który trzymał »dla siebie«. Po chwili jednak, na szczęście, poznał nas i wpuścił do środka. W mieszkaniu było kilkanaście osób, w tym kilku mężczyzn bardzo odważnych, ale bezsilnych, bo pozbawionych amunicji do swoich karabinów. Wszystkich ogarniał strach, gniew i bezradność wobec uzbrojonych morderców”.
Dla mieszkańców ostatnim punktem oporu był duży piętrowy gmach plebanii stojący przy kościele w centrum wsi.
Maria Kret, która wraz z matką Anną z Jasińskich 12-letnim bratem Stanisławem, oraz osieroconymi – Marianem i Stasiem, synami zamordowanej w Zalesiu Władysławy Jasińskiej, tę noc spędzić mieli w domu Kamińskich. Zmasowany atak banderowców sprawił, że i oni postanowili przedzierać się w kierunku kościoła. W panującym zamieszaniu, wśród strzałów, pogubili się.
„Biegłam z małym Marianem Jasińskim przez duży ogród. Nad głową świszczały mi kule, mały Marian zgubił w zaspie but. Dotarliśmy pod budynek plebanii. Chciałam wejść do budynku, jednak drzwi były zabarykadowane. Przerażona stanęłam na ganku, nie wiedząc, co robić.
Usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Byłam pewna, że to banderowcy. Jednak to obrońcy przez rozbite okno na wysokim parterze budynku wciągali szukających schronienia mieszkańców. W ten sposób trafiłam na plebanię. Było tam już bardzo dużo ludzi. Szczęśliwie też moja mama, brat i mały Stasio Jasiński. Chłopcy z Puźnik, wśród nich Franciszek Łapiak i Jan Wiśniewski, ostrzeliwali z okien pierwszego piętra podchodzących banderowców. Jedna z zakonnic, siostra Stefania, w fartuszku roznosiła obrońcom granaty. Ludzie wraz z księdzem Antonim Wawrzyńskim modlili się. Śpiewano pieśni”. Ukryta pod białą płachtą 16-letnia Józefa Szafrańska widziała, jak do głębokiego rowu, w którym schroniło się kilkadziesiąt kobiet z dziećmi, wchodzą uzbrojeni bandyci: „Jeden z nich krzyknął: »strelaj«. Drugi odpowiedział po ukraińsku: »Koły ne maju pul«. Ten pierwszy wrzasnął : »to rubaj«. I zaczęło się. Widziałam, jak postacie ubrane w białe okrycia zeszły do rowu. Nastąpił straszliwy krzyk, prośby o darowanie życia. Napastnicy nie znali litości, rąbali siekierami i kłuli bagnetami. Jeden z nich stał na brzegu rowu i gdy ktoś próbował uciekać, to do niego strzelał”.
W tym czasie przerażona Honorata Dancewicz biegła przez wieś z zamiarem dotarcia do plebanii. „Wokół było słychać krzyki i jęki rannych, mordowanych i konających, rżenie koni i ryk bydła, skowyt psów oraz strzelaninę. Zamierzałam ukryć się na plebanii ,ale nie zdążyłam. Na drodze stali już banderowcy. Obok była grota-kaplica, tam też pobiegłam, wcisnęłam się za figurę Matki Boskiej i przerażona cicho szeptałam: »Przenajświętsza Matko, ratuj mnie«”.
Oblegana plebania odpierała ataki. Napór napastników zaczął słabnąć.Józefa Szafrańska, której w rowie Borkowskich udało się pozostać niezauważoną przez napastników, z przerażeniem nasłuchiwała odgłosów masakry. „Po pewnym czasie, trudnym do określenia, strzelanina ucichła, słyszałam tylko różne gwizdy i hasła: »kołyna wertuj !«. Po czym nastąpiła cisza. Słychać było tylko trzask palących się budynków, jęki rannych i umierających ludzi. Banderowcy odstąpili”.
Nad ranem mieszkańcy ostrożnie zaczęli wychodzić ze swych kryjówek, z nadzieją na odnalezienie swych krewnych. Rozalia Dancewicz, która razem z córką schroniła się w lesie, pobiegła do domu, starając się odnaleźć swoją matkę Józefę Hałuszczyńską. „Widok tego, co zobaczyłam, był okropny. Zewsząd rozlegał się płacz (…). Zwłoki mojej matki znalazłam na drodze do domu, do którego nie zdążyła dojść. Została zastrzelona. Pod mostem widziała straszliwie skatowane ciało Kacpra Krzywonia. Nasz dom był całkowicie spalony, nie ocalała żadna sztuka bydła”.W „rowie Borkowskich”, miejscu największej rzezi, Józefa Szafrańska wraz matką wśród okaleczonych zwłok odnalazły swych bliskich: „Nasz ojciec został zastrzelony, siostra Maria miała siekierą rozrąbaną głowę, siostrze Władysławie odrąbano jedną nogę, przebito nożem obie ręce i klatkę piersiową, jeszcze żyła, prosiła o wodę. Nad ranem jednak zmarła z upływu krwi. Pod jej plecami leżał syn cioci Dominik, ocalał i żyje do dziś. Ciocia Anna Jasińska z pięcioletnią córeczką Marią i trzyletnim synkiem Bronisławem zostali zakłuci bagnetami. Z dziewięciu osób z naszego domu pozostało nas tylko troje. (…) Widziałam Magdalenę Koliszczak ciężko ranną w głowę, konała, ale pytała z nadzieją, czy jej dziecko żyje? Niestety, jej syn Jaś nie żył”.
W godzinach południowych do wsi wkroczył dowodzony przez sowieckiego oficera oddział Istriebitielnego Batalionu w przewadze złożony z Polaków. Wśród nich był Michał Sobków z Koropca:
„We wsi makabryczne widoki. (…) Na każdym kroku spotykamy ludzi z krwawiącymi ranami głowy zadanymi siekierami. Prosi nas o pomoc kilkuletni chłopiec Rudolf Łucki z wgniecioną czaszką. Wyrwę w głowie ma zaklejoną chlebem. Jego matka i dwie siostry zostały zabite. Idąc dalej, natykamy się na zwłoki mężczyzny. Miejscowi ludzie rozpoznają w nim Józefa Jasińskiego. Zadano mu ciosy sztyletami – jeden przy drugim. Trafiamy na zwłoki małego dziecka. Ludzie twierdzą, że to półtoraroczny Stasio Wiśniewski. Na widok noża wepchniętego w jego usta robi mi się słabo”.
Sowiecki komendant mimo wskazań puźniczan skierował pościg w zupełnie innym kierunku. Coraz bardziej stawało się jasne, że wcześniejsza wizyta sowieckich urzędników była jedynie kamuflażem, próbą uśpienia czujności Polaków i zorientowania się w polskich siłach. Żołnierze z Istriebitielnego Batalionu wspominali, jak ich dowódcy cynicznie czekali z wyruszeniem z odsieczą zaatakowanym polskim osiedlom.
„Ciała pomordowanych zbierał w różnych miejscach Aleksander Ługowski. Kładł na sanie i zwoził na cmentarz. Widziałam, jak wiózł zwłoki 65-letniej Franciszki Nowickiej. Obok niej leżało ciało 70-letniego Bronisława Dancewicza. To był starszy, wysoki, przystojny pan. Teraz jego ciało odarte z butów leżało na saniach. Jedna ze stóp wystawała spoza sań i ciągnęła się po śniegu. Większość pomordowanych to byli ludzie starsi, kobiety i dzieci. Pochowano ich szybko w naprędce zbitych skrzyniach lub owiniętych w prześcieradła w dwóch dołach pozostałych po tym, jak we wsi stacjonowali Niemcy, którzy chyba przeznaczyli je dla swoich poległych, kiedy w okolicy na jakiś czas zatrzymał się front.
Baliśmy się, że banderowcy dokonają kolejnego napadu”. (relacja Marii Kret)Tej nocy upowcy zamordowali ponad 100 osób. Według danych sowieckich napastnicy pod dowództwem Petro Chamczuka „Bystrego” spalili we wsi 172 domy mieszkalne i w bestialski sposób zamordowali 82 osoby cywilne. Liczba ta nie obejmuje osób, których ciał nie odnaleziono.
Po kilku dniach czuwania w obwarowanej plebanii postanowiono opuścić wieś. Część mieszkańców udała się do Koropca. Najwięcej rodzin postanowiło ruszyć do Buczacza. Tam przez kilka miesięcy koczowali w ciężkich warunkach, zamieszkując domy pożydowskie. W połowie czerwca 1945 r. w dwóch transportach puźniczanie na zawsze opuścili swe rodzinne strony.
Pierwszy transport rozładowano w Prudniku na Opolszczyźnie, a mieszkańcy osiedlili się we wsi Niemysłowice. Jadący drugim transportem zamieszkali w Ratowicach koło Wrocławia.
W ten sposób przestał istnieć tętniący życiem, zamieszkany przez blisko 1000 mieszkańców niegdysiejszy zaścianek szlachecki – Puźniki.Dziś nieliczni z tych, którzy odważą się zmierzyć ze wspomnieniami, z trudem rozpoznają miejsce swoich urodzin.
Kościół pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego, który własnym staraniem mieszkańcy wznieśli w latach 80. XIX wieku, został rozebrany. Podobnie zniszczono budynki plebanii i szkoły.
Pozostała jedynie kapliczka w kształcie groty z wizerunkiem Matki Boskiej. Nie ma też śladu po domach ocalałych z pogromu, choć stały jeszcze kilka lat po wojnie. Przy niektórych dawnych posesjach, wśród gęstej trawy napotkać można doły będące niegdyś studniami.Przy dawnej drodze wiodącej do Barysza ocalał krzyż, a w niedużej odległości od niego pozostałość niewielkiej kamiennej kapliczki, na której z trudem można odczytać wyryty napis: Fundatorowie F. A. Dancewicz 11 Maja 1827.
Las zupełnie wchłonął też stary cmentarz i tylko gdzieniegdzie spośród gęstwiny wystają kamienne nagrobki ze staropolskimi nazwiskami: Poterałowicz, Zaleska, Krzesińska, Duzinkiewicz, Drzymuchowski, Karpiński, Jedliński, Koryzna, Głębocki… Wśród drewnianych krzyży gdzieś są i te, które postawiono na mogiłach pomordowanych.
Tuż obok podziurawionego pociskami nagrobka ks. Karola Zoellera, którego staraniom wieś zawdzięczała ustanowienie w 1905 r. samodzielnej parafii, kilka lat temu rodzina Jasińskich postawiła krzyż ze stalowych belek stropowych. Umieszczono na nim metalową tabliczkę z napisem w języku ukraińskim: „Ten krzyż wzniesiono na cmentarzu wsi Puźniki Polakom, którzy tu spoczywają”.
Nazwę wsi wymazano z atlasów. Można ją jeszcze czasem napotkać w antykwariacie, na samym skraju starej mapy, jak w wierszu Zbigniewa Herberta…
W artykule wykorzystano relacje byłych mieszkańców Puźnik: Danuty Borkowskiej-Ławryszczak, Józefy Szafrańskiej-Pacholik, Honoraty Dancewicz, Marii Kret-Dancewicz, Rozalii Hałuszczyńskiej-Dancewicz, Stanisławy Jarzyckiej-Szablowskiej, Mieczysława Koryzny, Stefana Dancewicza, Stanisława Dancewicza, Stefana Działoszyńskiego, Michała Baranieckiego, Jana Łaciny, Stanisława Sucheckiego, opublikowane na łamach pisma „Na Rubieży” oraz w pracy Władysława Kubowa „Terroryzm na Podolu Zachodnim”, Warszawa 2008, a także z prywatnych zbiorów autora.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE