REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Kultura » Historia » Rzeź na Kresach

Rzeź na Kresach

Do dziś słyszę ich jęki

Lucyna Kulińska 10-07-2008, ostatnia aktualizacja 10-07-2008 11:20
Redakcja poleca:

W mojej rodzinie było nas siedem osób: rodzice, siostra i czterech braci. Mieszkaliśmy na osiedlu Grabowce we wsi Piłatkowce. Tego tragicznego zimowego wieczoru niebo było pełne gwiazd, a ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu.

Relacja Michała Wojszczyna

Mój starszy brat Franciszek przebywał na podwórzu. Obserwując pobliską drogę, zauważył, jak kilka wiejskich sań, wypełnionych ludźmi, wjechało do pobliskiego lasku. Widząc je, był przekonany, że po dwóch, trzech minutach sanie te pojawią się po drugiej stronie lasku i pojadą dalej.

Kiedy jednak tak się nie stało, Franek domyślił się, że sanie zatrzymały się w lasku. Wiedziony przeczuciem, że może to oznaczać niebezpieczeństwo dla mieszkańców, wpadł do mieszkania i zaalarmował domowników, by szybko uciekali. Byłem wtedy ubrany i pierwszy wyskoczyłem z mieszkania, dołączając do brata Franka. Początkowo mieliśmy zamiar uciekać do lasu. Okazało się to jednak niemożliwe, ponieważ od strony lasu i od strony wsi do naszej zagrody zbliżali się drogą i przez pola jacyś ludzie z karabinami. Nasza zagroda została okrążona przez napastników.

Memu bratu udało się wymknąć z tego kotła i ukryć w pobliskim lesie. Ja natomiast wskoczyłem do stodoły i ukryłem się głęboko pod słomą w zasieku. Bandyci wtargnęli do stodoły w przekonaniu, że obaj się tam znajdujemy. Poszukiwania rozpoczęli za pomocą ostrego żelaznego prętu, kłują nimi słomę.

(...) Prowodyr tej grupy wydał rozkaz podpalenia stodoły. Ukraińcy rezuni stanęli w pewnej odległości wokół płonącej stodoły. Kiedy zaczęło się palić, opuściłem kryjówkę i wydostałem się na klepisko.

Instynktownie osłoniłem głowę kurtką i dotarłem do otworu służącego do pasa transmisyjnego w czasie omłotów i tędy wydostałem się na zewnątrz stodoły. Korzystając z gęstego dymu i pary topniejącego śniegu, nie byłem widoczny, dzięki czemu udało mi się dotrzeć do stojących opodal dwóch budynków. Ukryłem się między nimi. Tam mogłem czuć się bezpieczny do czasu ich podpalenia. Z tego ukrycia rozpoznałem jadącego na koniu dowódcę bojówki UPA, mieszkańca naszej wsi Piłatkowce, Ukraińca o nazwisku Żar, imienia jego nie pamiętam.

Tymczasem obok, w moim mieszkaniu, rozgrywał się dramat mojej rodziny. Słyszałem rozpaczliwe głosy i jęki torturowanego ojca, którego oprawcy wyprowadzili potem na podwórze i tam zamordowali. Po ich odejściu, nad ranem odnalazłem na podwórzu zwłoki mego ojca. Leżał w pobliżu pnia służącego do rąbania drewna i miał poderżnięte gardło. Swoją matkę znalazłem w mieszkaniu. Miała ślady kilku uderzeń młotkiem lub czymś podobnym w głowę, a na gardle ranę kłutą bagnetem na wylot. Siostra Helena otrzymała głęboki cios siekierą w głowę, tak że morderca pozostawił w niej siekierę. Najmłodszy z braci Edzio – lat 2, leżał cały we krwi z roztrzaskaną główką i wbitym nożem w piersi. Obok leżał, również cały we krwi, 16-letni brat Bronek. To jego głos, błagający o litość, słyszałem najdłużej. Kiedy go oglądałem, sprawiał wrażenie bryły zmasakrowanego mięsa, nogi i ręce miał połamane. To nad nim mordercy znęcali się najdłużej.

Do dziś, gdy wspomnę sobie ten tragiczny zimowy wieczór, wydaje mi się, że słyszę jęki matki, ojca i brata Bronka. Wtedy robi mi się na przemian gorąco i zimno.

Wówczas, ukryty w szczelinach budynku, pragnąłem za wszelką cenę przeżyć. Siedziałem tam jak sparaliżowany, bezsilny świadek wobec okrutnej śmierci moich najbliższych. Widziałem, jak bandyci wynosili różne przedmioty i ładowali na podstawione sanie. Z obory wywlekli trzy duże świnie, które zastrzelili na podwórzu i wrzucili na sanie. Następnie wyprowadzili konie i bydło z obory i skoro zaczęło świtać, podpalili budynki, opuszczając naszą zagrodę. Mój brat Franek ocalał, ukryty w lesie. (...)

Podobna tragedia do tej, jaka dotknęła moją rodzinę, tej nocy spotkała również kilka innych rodzin. Józefowi Dubińskiemu i Stefanowi Kalmukowi, po zadaniu różnych tortur, Ukraińcy rezuni poderżnęli gardła. Ludwika Barańskiego powieszono. Żonę Barańskiego wraz z sześcioletnią córeczką i Jadwigę Tracz oprawcy zamordowali w podobny okrutny sposób. Tego wieczoru zginęło 18 osób.

—wybór i opracowanie Lucyna Kulińska

Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>