Rzeź na Kresach
Zagłada Puźnik
Noc poprzedzająca Środę Popielcową z 12 na 13 lutego 1945 roku miała być dla mieszkańców podolskiej wsi Puźniki, (pow. Buczacz) spokojna. Dzień wcześniej do wsi przyjechał wysoki rangą urzędnik sowiecki z umundurowaną obstawą
Ich obecność miała zagwarantować bezpieczeństwo żyjącym od kilku lat w ciągłym strachu Polakom. Zwłaszcza ostatnie dni napawały grozą…W nocy z 4 na 5 lutego w sąsiednim Baryszu dowodzeni przez ounowca Petro Chamczuka „Bystrego” ukraińscy nacjonaliści dokonali napadu na polskich mieszkańców miasteczka. W ciągu kilku godzin wymordowano tam w bestialski sposób 135 Polaków. Ocaleli ci, którzy zorganizowali opór w kościele i szkole.
8 lutego w oddalonym o 4 km od Puźnik Zalesiu dokonano masakry mieszkających tam Polaków, a także stających w ich obronie ukraińskich sąsiadów. Młynarza Jarosława Danyłewycza, syna Ukraińca i Polki, który próbował przeciwstawiać się masakrze, przywiązano do sań i włóczono polnymi drogami. Po kilkudziesięciu kilometrach skatowanego przywalono kamienną płytą, aby skonał w męczarniach. Jego matkę Bronisławę spalono żywcem w suszarni tytoniu wraz z grupą innych Polaków.
W Zalesiu znaleźli się też mieszkańcy Puźnik, a także sąsiedniej Nowosiółki zagarnięci przez banderowców z obstawionych dróg. Kilkunastoletnią Danutę Borkowską z babcią oraz Marię Jarzycką, Władysławę Jasińską, Anastazję Łapiak, Domicelę Jasińską i Genowefę Kulikowską wraz z dziećmi zaprowadzono do jednego z domów, gdzie próbowano torturami wymusić informacje na temat polskiej samoobrony w Puźnikach. Władysławie Jasińskiej założono na szyję pętlę i ciągnięto po podłodze aż skonała, inne kobiety zarąbano siekierami bądź zastrzelono. Z masakry ocalała Danuta Borkowska: „Przytomność odzyskałam o świcie i widziałam obok mnie leżącą martwą babcię Borkowską i małą Stasię Jarzycką. Wtedy do izby wszedł stary Ukrainiec, znajomy mojego ojca. Kiedy to zobaczył, zaczął płakać i kląć na banderowców. Zwrócił się do mnie, abym poszła razem z nim, to on mnie uratuje. Podniósł mnie, a kiedy stanęłam na własnych nogach, poczułam się pewniej, mogłam iść o własnych siłach. Skorzystałam z tego i zaczęłam uciekać w stronę Puźnik”.
W przeciwieństwie do napadu w 1943 r., kiedy we wsi stacjonował oddział AK, siły obrońców były dużo skromniejsze. W dodatku większość Polaków – członków Istriebitielnych Batalionów z Barysza i Puźnik działających pod komendą sowiecką, otrzymała rozkaz stawienia się w Buczaczu, co zupełnie osłabiło polski potencjał. Niektórzy mieszkańcy postanowili opuścić wieś. Kilkunastoletni Stanisław Baraniecki zapamiętał:
„Wieczorem (…) w naszym domu odbyła się spokojna i długa rozmowa. Oprócz naszej rodziny uczestniczyli w niej brat mamy Stach Działoszyński i brat ojca Michał Baraniecki. Przeważała opinia, że banderowcy zaatakują Puźniki, a nasza samoobrona jest zbyt słaba, aby nas obronić. W końcu zdecydowano, że dla ratowania życia musimy opuścić naszą ojcowiznę (…).
Droga do Buczacza biegła przez Barysz. (…) W Baryszu byliśmy 3 dni po spaleniu i wymordowaniu jej mieszkańców z dzielnicy Mazury. (…) Z popiołów i resztek ścian sterczały kominy. Przed niektórymi zgliszczami domów leżały pokaleczone, jedynie w bieliźnie, ludzkie ciała, dzieci i dorosłych. Wzdłuż drogi, po jej prawej stronie, płynęła rzeczka lub kanał. (…) Gdzieś w połowie drogi na kanale była śluza pozwalająca spiętrzać wodę. Na wystającym ostrzu śluzy wbite było brzuszkiem nagie ciało niemowlęcia. (…) Wiele wydarzeń tamtych lat czas wymazał z pamięci, ale obrazu tego niemowlęcia na śluzie do końca moich dni nie zapomnę”.Pojawienie się sowieckich wysokich urzędników z Koropca dawało pewną nadzieję, że banderowcy tym razem nie odważą się uderzyć na wieś.
Puźniczan wezwano do zdania broni, zapewniając, że nie będzie już potrzebna, bo władze biorą wszystkich Polaków pod ochronę. Sowieci dokonali spisu ludności. Na zakończenie wszelkich czynności formalnych wśród zapewnień o przyjaźni i potędze Związku Radzieckiego dowódca wystrzelił na wiwat trzy razy w powietrze.
Mimo obaw, wielu mieszkańców zmęczonych codziennym nocowaniem w zamaskowanych schronach, zdecydowało się na spędzenie tej nocy w domach. Jak co wieczór rozstawiono straże, jednak tym razem okazały się niewystarczające. W nocy wieś została otoczona przez banderowców. W momencie zmiany wart nastąpił atak z kilku stron jednocześnie.















