Polityka
Zmasakrować prezydenta
Platformie opłaca się drażnić Lecha Kaczyńskiego. Zwłaszcza że jego reakcje są zwykle nieskuteczne, a wyborcy i tak wybaczą PO nawet najbardziej chamską prowokację – pisze publicysta „Rz”
Przy takich wydarzeniach jak szczyt w Brukseli prezydent Lech Kaczyński na własne życzenie pakuje się w kłopoty. Można zaryzykować tezę, że starcie przegrywa z własnej woli. Popełnił błąd, ruszając do boju ze straconej pozycji. A liderzy Platformy Obywatelskiej na takie okazje zawsze czekają jak myśliwi na zwierzynę.
Zamieszanie, jakie politycy PO robią z powodu wyjazdu prezydenta do Brukseli, nie jest przypadkowe. To wynik prowadzonej od jakiegoś czasu wyrafinowanej strategii. Jest ona konsekwentna, dość przejrzysta i niezbyt trudna w realizacji.
Prowokacja za prowokacją
Wynika z dwóch założeń. Po pierwsze, że niechęć dużej części wyborców do Prawa i Sprawiedliwości oraz do braci Kaczyńskich jest tak duża, iż każdy konflikt z nimi działa na korzyść Platformy. Po drugie – że Lech Kaczyński gra tak nieumiejętnie, iż każda próba jego obrony czy przejścia do kontrataku zostanie przez ten elektorat źle odebrana. Panuje zatem przekonanie: „on sam się ośmieszy, dajmy mu tylko działać”.
Stratedzy Platformy wierzą, że duża część „antykaczystowskiego” elektoratu z ochotą wynajduje w prezydencie wady czy śmieszności. Stąd żaden spór między premierem a głową państwa nie jest łagodzony, lecz dodatkowo wyostrzany. Poza tym platformerscy spin doktorzy doskonale wiedzą, jak bardzo Lech Kaczyński jest wrażliwy na swoim punkcie, czuły na brak okazywanego mu szacunku, jak trudno znosi chamstwo i prowokacje. Nie tracą więc żadnej okazji, by to wykorzystać.
Prezydent zaś daje się na to złapać. Poruszają go grubiańskie wypowiedzi Janusza Palikota, Radosława Sikorskiego czy Bogdana Klicha. Ale rozmaite prowokacje odbywają się też na niższych poziomach. MSZ na przykład bez ogródek odmówił wydania Lechowi Kaczyńskiemu dokumentów dotyczących brukselskiego szczytu, bo „nie ma potrzeby” – jak napisano w oficjalnym piśmie. Urzędnicy z otoczenia prezydenta narzekają, że dyplomaci z polskich ambasad otrzymują zakaz obsługiwania przedstawicieli głowy państwa. Gra jest tak ostra, że minister Sikorski odmówił nawet wydania paszportu dyplomatycznego Witoldowi Waszczykowskiemu, wcześniej swemu zastępcy, a dziś współpracownikowi szefa państwa.
Jezu, jaki obciach!
Przekaz, jaki ma trafić od odbiorców, jest następujący: Kaczyński jest śmieszny, zacofany infantylny, zakompleksiony.
Przyjrzyjmy się sprawie wyjazdu głowy państwa do Brukseli. Co sugeruje rząd? Przekaz pierwszy: „Jak on tam poleci, będzie obciach”. Europejski jest Donald Tusk, Radosław Sikorski, Jacek Rostowski, a „Kaczor”... wiadomo.
To, że strategia Platformy przynosi efekt, widać choćby po komentarzach w niektórych audycjach radiowych czy dyskusjach na forach internetowych. Jak odbierany jest prezydent? „Boże, dlaczego on tam się pcha”, „Jezu, jaki to obciach”, „Co z nim zrobić?” – piszą internauci. I jest to dokładnie ten efekt, o który rządowi chodzi.
Oczywiście mamy szacunek dla urzędu, dlatego z nim rozmawiamy. Kiedy musimy. Ale są granice – zdaje się sugerować z powagą premier. Nie możemy dopuścić do totalnej kompromitacji Polski. Przecież jak prezydent poleci do Brukseli, to zawali się nie tylko szczyt i ośmieszona zostanie Polska, ale prawdopodobnie kryzys finansowy będzie miał jeszcze bardziej dramatyczne skutki dla Polaków. Musimy ich przed tym obronić.
To dlatego premier z zaciętą twarzą jedzie do Pałacu Prezydenckiego i twardo stawia sprawy. Radosław Sikorski zaś „błaga prezydenta na kolanach”, by nie jechał, bo będzie katastrofa. Trochę mruży przy tym oko, ale przecież wszyscy wiedzą, że z Kaczyńskim trzeba jak z dzieckiem. Można kpić, bo kpi się z kogoś, o kim wszyscy wiemy, że jest nienormalny.Jednocześnie przekazywany jest komunikat: Lech Kaczyński jest niekompetentny i nie ma pojęcia o poważnych sprawach. W Brukseli zaś będziemy naprawdę rozmawiać o losach Europy, a ten śmieszny prezydent może nam bardzo przeszkadzać. Nie zna się na zmianach klimatycznych, nie ma nic do powiedzenia na temat emisji CO2, o gospodarce też nie ma pojęcia.
By całej historii dodać dramaturgii, premier postraszył nawet, że to przez Lecha Kaczyńskiego ceny energii mogą pójść w górę o 90 procent (wcześniej mówiono, że możliwość 50-procentowej podwyżki to najgorszy scenariusz).















