REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Opinie » Publicystyka

Publicystyka

Normalna książka w nienormalnym kraju

Piotr Semka 20-06-2008, ostatnia aktualizacja 20-06-2008 01:27
źródło: Rzeczpospolita

Cenckiewicz i Gontarczyk pracowali jak wytrawni detektywi. Spróbowali ustalić prawdę na podstawie tego, co w archiwach pozostało po parokrotnym czyszczeniu ich przez Wałęsę – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Niełatwo pisać o książce „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, gdy trwają wokół niej ostre spory publicystów i polityków. Bo czy należy pisać wyłącznie o treści pracy, czy odnieść się do medialnej burzy? A w dodatku przy takim poziomie emocji trudno zachować chłód zdystansowanego obserwatora.

Zacznijmy od stwierdzenia Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, które rozpoczyna książkę – to nie jest biografia Lecha Wałęsy. Autorzy postawili sobie za cel wyjaśnienie na podstawie materiałów, które znajdują się w IPN, sprawy kontaktów Lecha Wałęsy z SB oraz jej wpływu na późniejszą karierę lidera „Solidarności” i prezydenta Polski.

Takie postawienie sprawy już wzbudziło kontrowersje. Liczni publicyści pytają z przyganą, dlaczego IPN zaczął swoje publikacje na temat Wałęsy akurat od badania sprawy „Bolka”. Sugerują, że Instytut wpierw winien zająć się pomnikową monografią Wałęsy, a dopiero potem roztrząsać cienie jego kariery. Czy jednak można było pisać poważną monografię Wałęsy, pomijając pytania o kwestię współpracy z SB? I kolejne pytanie – dlaczego nikt ze sław polskiej nauki historycznej przez ostatnie 20 lat nie siadł do pisania monografii o liderze „S”?

W jakim żyję kraju

Nikt z obozu obrońców Wałęsy nie chce dziś odpowiadać na pytanie, dlaczego sprawa „Bolka” nie była dotąd zbadana. Być może dlatego, że odpowiedź ukazałaby, w jaki sposób wokół przeszłości Lecha Wałęsy on sam i jego obrońcy stworzyli atmosferę tabu. Dlatego pisząc o tej książce, trzeba zacząć od podkreślenia, w jak bardzo nienormalnej atmosferze autorzy podjęli się wyjaśnienia kwestii, o której wszyscy wiedzą przynajmniej od 1992 roku, ale nikt nie miał odwagi wyjaśnić jej do końca.

Bagatelizowanie współpracy Wałęsy z SB po Grudniu ,70 musi budzić sprzeciw. Raporty „Bolka” wskazują, że był agentem świadomym, aktywnym i szkodzącym swoim kolegom

Czytając tę książkę, miałem z jednej strony poczucie, że wracamy do normalności, do sytuacji, gdy historycy mogą korzystać z prawa do badania przeszłości osób publicznych i dziejów najnowszych naszego kraju. Ale z drugiej strony, gdy słucham ataków, oskarżeń wobec autorów publikacji IPN o politykierstwo, podłość czy złamanie prawa, wciąż wydaje mi się, że żyję w kraju nienormalnym.

Jednym z zarzutów wobec Cenckiewicza i Gontarczyka jest to, że wyszli poza cezurę roku 1990, gdy przestała istnieć SB. Problem w tym, że bez prześledzenia późniejszych losów dokumentów dotyczących sprawy „Bolka” nie da się wyjaśnić wydarzeń z początku lat 70. Bez wyjawienia, że najważniejsze dokumenty i donosy zagarnął sam zainteresowany – Lech Wałęsa, autorzy nie mogliby odeprzeć zarzutów, iż bazują w swoich wywodach jedynie na kopiach. Z kolei bez krytycznej analizy procesu lustracyjnego zarzucano by historykom, że ignorują wyrok prawomocnego sądu.

Niechęć do badań

To rozciągnięcie obszaru badań na 30 lat, podczas których sprawa „Bolka” żyła własnym życiem, wymagało znacznie większego nakładu pracy niż tylko badanie lat 1970 – 1976. Cenckiewicz i Gontarczyk wykonali iście herkulesową pracę zanalizowania tysięcy źródeł z tego czasu. Udało im się trafić na wiele kapitalnych materiałów, na które nikt nie zwrócił uwagi, mimo że były łatwo dostępne. Choćby zapis z dzienników politycznych Mieczysława Rakowskiego z 2004 roku, w którym były szef PZPR wspomina, jak pytał wysokiego oficera SB, dlaczego służby nie wykorzystują przeciw Wałęsie jego dawnego epizodu współpracy z SB.

Już samo zgromadzenie i porównanie setek często sprzecznych wypowiedzi Lecha Wałęsy na temat jego przeszłości to zadanie żmudne i niełatwe. Cenckiewicz i Gontarczyk wykonali tę pracę jak wytrawni detektywi. Spróbowali ustalić prawdę na podstawie tego, co w archiwach pozostało po parokrotnym czyszczeniu ich przez Wałęsę.

Bardzo solidna wiedza warsztatowa Cenckiewicza, zdobyta przez lata badania akt SB, pozwoliła mu na umiejętne analizowanie kopii dokumentów i wskazywanie na próby fałszerstw. Jego adwersarze, hołdujący tezie, że esbeckie papiery winny budzić jedynie obrzydzenie, na takie żmudne badania źródeł nie mieli ochoty. Woleli uparte poznawanie typologii akt przez gdańskiego historyka kwitować stwierdzeniem, że Cenckiewicz „klęczy przed teczkami”.

Poprzednia
1 2 3 4
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Zychowicz: KARTA na krawędzi

Ośrodek KARTA od ćwierć wieku wyręcza państwo, kompletując wiedzę o sowieckich zbrodniach na Polakach. Teraz państwo może doprowadzić do upadku tej instytucji >>