Rocznica Sierpnia
Kto się bał imprezy w upadłej stoczni
PO sabotuje obchody 30-lecia Sierpnia '80 – uważa "S". Zarząd firmy nie zgodził się na koncert na terenie zakładu
– Władza nie chce, żeby ta rocznica kojarzyła się ludziom z jedną z największych klęsk polityki gospodarczej rządu PO – mówi Mieczysław Jurek, szef zachodniopomorskiej "Solidarności".
Związek, który chce to rządowi przypominać, zorganizował wczoraj kilkusetosobową manifestację w obronie miejsc pracy.
Jurek podkreśla, że zarządca szczecińskiej stoczni nie tylko odmówił zgody na rocznicowy koncert, ale też udostępnienia stołówki zakładowej na wczorajszy wiec. Tej samej, w której 30 sierpnia 1980 r. reprezentujący robotników Marian Jurczyk i Kazimierz Barcikowski z KC PZPR sygnowali pierwsze porozumienia po fali strajków, które otworzyły m.in. drogę do powołania Wolnych Związków Zawodowych.
– Nie wierzę, żeby ktoś z naszej partii wpłynął na tę decyzję – mówi Arkadiusz Litwiński, poseł PO ze Szczecina. – Koncert Platformie by nie zaszkodził, za to obecna atmosfera zaszkodzi.
Nieoczekiwana decyzja
Koncert "Freedom Symphony – Tribute to Solidarity" na 3 tys. widzów miał być ozdobą szczecińskich obchodów 30-lecia podpisania Porozumień Sierpniowych. W programie były m.in. pokazy multimedialne na ekranach zwisających ze stoczniowej suwnicy, orkiestra symfoniczna, chóry, performerzy. I gwóźdź programu – utwór skomponowany specjalnie ku czci "S". Wszystko to w zakładzie, w którym tworzyła się historia.
– Koncert wymagał miejsca godnego, by uczcić taką rocznicę – mówi Rafał Roguszka, dyrektor Klubu XIII Muz, głównego organizatora imprezy. – Stocznia była miejscem oczywistym.
Ale koncertu tam nie będzie, choć wydano już część zaproszeń. W ostatniej chwili trzeba było zmienić lokalizację i datę (na amfiteatr i 26, a nie 27 sierpnia), bo Roman Nojszewski, zarządca upadłej stoczni, odmówił zgody, powołując się na względy bezpieczeństwa. Nojszewski nie chciał rozmawiać z "Rz". W Agencji Rozwoju Przemysłu, która z nim współpracuje, usłyszeliśmy nieoficjalnie: "po tragedii w Niemczech na Love Parade (w tunelu w Duisburgu z powodu paniki zginęło 19 osób – red.) decyzja zarządcy jest zrozumiała".
W 2005 r. nie było jednak problemu z Requiem Krzysztofa Pendereckiego, które zgromadziło w stoczni 6 tys. osób. – I tym razem nic nie zapowiadało kłopotów – mówi Roguszka. – Zadbaliśmy o szczegóły, było kilka wizji lokalnych, ustalenia, aprobata służb technicznych stoczni, nikt nie wskazywał na zagrożenia. A my dzięki współpracy z firmą, która obsługiwała m.in. Open'er Festival (impreza na 100 tys. osób – red.), gwarantowaliśmy wszelkie zabezpieczenia.
Polityczne konteksty
– Nie wierzę, żeby zarządca podjął decyzję sam, bez sugestii z góry – mówi Jurek. Nieoficjalnie związkowcy wskazują na konflikt w lokalnej PO: – Pomysłodawcą zorganizowania koncertu w stoczni był prezydent Szczecina Piotr Krzystek, więc jego oponentom było na rękę zablokowanie imprezy.
Krzystek nie chce szukać takich kontekstów. – Pewnie były, a na pewno jest rozczarowanie, bo zabrakło dobrej woli – mówi. Jego zastępca Krzysztof Soska przytacza słowa zarządcy stoczni, który miał powiedzieć na jednym spotkań: "jak sobie kupicie stocznię, to sobie możecie organizować koncerty". – Ta wypowiedź to skandal – oburza się. – Poza tym to bardzo źle, jeśli o tym, gdzie organizować uroczystości rocznicowe, decydują panowie z Warszawy.
Kto konkretnie? – Nie wiem, ale względy bezpieczeństwa, to pretekst – twierdzi Soska. Litwiński odrzuca teorię knucia: – Najbardziej martwi mnie, że nie udało się uwrażliwić ministra skarbu Aleksandra Grada na sprawy stoczni w wymiarze symbolicznym. Jestem też rozczarowany postawą prezesa ARP, który obiecywał pomóc w sprawie ustaleń dotyczących koncertu w stoczni.
Wojciech Dąbrowski, szef ARP, bronił w poniedziałek zarządcy: – Organizatorzy nie dostarczyli żadnego z wymaganych dokumentów i pozwoleń.
– Kiedy się zorientowaliśmy, co się dzieje, zrezygnowaliśmy z finalizowania procedur – przyznaje Roguszka. – Mam wrażenie, że grali z nami na czas. Może z założeniem, że impreza w ogóle nie wypali, bo przecież mogliśmy nie zdążyć znaleźć alternatywy.















