Wybory prezydenckie 2010
Ktoś dosypał głosy do urny?
Komisja wyborcza w polskiej ambasadzie wyjęła z urny 98 głosów więcej, niż wydała kart do głosowania. Sprawa trafiła do prokuratury
O nadprogramowych kartach poinformował wczoraj portal fronda.pl zaalarmowany przez członków komisji, którzy asystowali przy wyborach.
– Po tym odkryciu wysłaliśmy do Państwowej Komisji Wyborczej protokół z informacją o nieprawidłowościach – mówi „Rz” Wiesław Cieleń z komisji wyborczej w ambasadzie. – PKW przyjęła protokół i poprosiła o wyjaśnienia. Przeliczyliśmy ponownie głosy i wciąż było ich o 98 za dużo. A my nie mieliśmy pojęcia, jak to się mogło stać.
Piotr Ładomirski, przewodniczący komisji, jest zszokowany. – Od wielu lat zasiadam podczas wyborów w komisji i nigdy nic podobnego się nie stało – mówi „Rz”. Zapewnia, że karty były dokładnie policzone. – Nikt poza członkami komisji nie miał też dostępu do pieczątki. Być może ktoś wyniósł jedną z kart poza lokal, skserował ją i potem wrzucił do urny? – zastanawia się.
– Podczas głosowania był duży tłok, cztery tysiące ludzi obsługiwało dziewięć osób – zwraca uwagę Cieleń. Dziwi się, że wokół sprawy panuje cisza, choć prócz PKW sprawą w wyborczą niedzielę interesowało się MSZ. – Do dziś nie wiemy, co z tym fantem zamierza zrobić PKW – mówi oburzony.
Na stronie PKW wciąż można przeczytać, że wydano 3970 kart do głosowania, a oddano 4o68 głosów. Jak podały „Wiadomości” TVP sprawą ma się zająć warszawska Prokuartura Okręgowa. Czy jeśli zostanie udowodnione falszerstwo, wyniki I tury wyborów zostaną zaskarżone?
– Może to być podstawą skargi wyborczej – mówi dr Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista. Jednak jego zdaniem unieważnienia wyborów z tego powodu nie będzie, gdyż nawet jeśli do naruszenia doszło, nie miało ono istotnego wpływu na wynik.
W ambasadzie w Brukseli wybory wygrał Bronisław Komorowski, uzyskując 2389 głosów. Drugie miejsce zajął Jarosław Kaczyński (1052). Z PKW nie udało nam się skontaktować.














