Publicystyka
Samorządowa jazda bez trzymanki
Społeczeństwo obywatelskie w Polsce jest słabe i może nie udźwignąć zadań, które narzuci mu decentralizacja. Wyręczą je świetnie zorganizowane legalne i nielegalne lokalne grupy interesu – pisze politolog z Uniwersytetu Śląskiego
Oczywiście z radością należy powitać decentralizacyjne plany Platformy Obywatelskiej. Jest to ruch w odpowiednim kierunku, zgodny z ogólnoświatowymi tendencjami, które sprzyjają zasadzie subsydiarności, oddają jak największą część kompetencji obywatelom, umożliwiają realizację spontanicznej inicjatywy społecznej. W polskich warunkach któż inny jak nie partia sama siebie określająca w nazwie jako obywatelska winna dokonać tego typu dzieła? Nie oznacza to jednak, że do owej reformy autorstwa ministra Schetyny nie należy zgłosić uwag krytycznych.
Kontrola jest fikcją
Pierwsza wątpliwość jest natury ogólnej. Otóż PO chce przekazać samorządom jak największą ilość kompetencji, bez sprawdzenia, jak one sobie z nimi poradzą. Banałem, i to w dodatku fałszywym, jest teza, że na dole kontrola społeczna jest większa, a polityka bardziej przejrzysta. Pochodzę z prowincji i wiem, jak łatwo może dojść do zblatowania jednego dziennikarza lokalnej gazetki ze sprawującą władzę kliką, co na długie lata może skutecznie blokować kanały komunikacji społecznej, kontrolę obywatelską i możliwość alternacji władzy.
Rządzący są o wiele lepiej powstrzymywani przed nadużyciami i korupcją na szczeblu centralnym niż na poziomie lokalnym, właśnie przez funkcjonowanie spluralizowanych i konkurujących ze sobą ogólnopolskich mediów. Na szczeblu gminnym tego typu kontrola ze strony czwartej władzy jest fikcją.
Podobnie ma się sprawa z działalnością partii politycznych. Cokolwiek krytycznego byśmy o nich napisali, to ich konkurencja sprzyja wzajemnej kontroli. Jeśli coś ohydnego wykombinuje PO, zaraz będzie to wychwycone i skontrowane przez PiS czy SLD, i odwrotnie. Ale tego typu mechanizm nie działa na poziomie niższym niż wojewódzki. Partie są słabo zakorzenione w powiatach i gminach i tam nie stanowią dla siebie śmiertelnej, ale pożytecznej dla demokracji przeciwwagi. Ich słabość na najniższym poziomie umożliwia powstawanie lokalnych klik, dla których przynależność ideowa nie jest istotna.
Grupy interesu czekają
Platforma chce przerzucić ogrom zadań i kompetencji na barki społeczności lokalnych, nie uwzględniając, że częstokroć są one do tego nieprzygotowane. Wszelkie badania funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju wskazują na jego rachityczność. Czy zastosujemy mierniki zaproponowane przez Roberta Putnama, Francisa Fukuyamę, czy po prostu zmierzymy podstawowe wskaźniki owej obywatelskości (to znaczy frekwencję w elekcjach lokalnych oraz liczbę stowarzyszeń działających na danym terenie), dojdziemy do smutnej konstatacji, że w Polsce mamy do czynienia ze społeczeństwem obywatelskim w rudymentarnej formie.
Słynny tocqueville’owski asocjacjonizm nie jest znany naszym rodakom, frekwencja w wyborach samorządowych jest znacząco niższa niż udział w elekcjach parlamentarnych (i tak niższy niż w Europie Środkowej i Wschodniej o około 20 proc., nie mówiąc już o Europie Zachodniej). Ponad 90 proc. referendów lokalnych jest nieważne, bowiem do urn nie fatyguje się wymagane co najmniej 30 proc. wyborców.
Przy tak słabym społeczeństwie obywatelskim przerzucenie na nie ciężaru przekraczającego jego możliwości może się zakończyć tragicznie, bowiem jeśli ono nie podoła nowym zadaniom, to jego kompetencje i, co ważniejsze, środki finansowe przejmą inne podmioty. Natura nie znosi próżni, natura polityczna także. Jeśli nowym zadaniom nie da rady niezorganizowane społeczeństwo obywatelskie, to istnieje groźba, że wyręczą je świetnie zorganizowane lokalne grupy interesu – te oficjalne i nieoficjalne, legalne i nielegalne.
Biegać za rowerkiem
Wyobrażenie o tym, że Polska prowincjonalna, lokalna jest krainą łagodności, szczęśliwości i sąsiedzkiej kooperacji, jest ułudą. Polska to także Olsztyn pod rządami tamtejszego buhaja, Starachowice, gdzie przez lata kooperowali ze sobą bandyci i politycy, Opole, w którym doszło do kręcenia lodów wszystkich ze wszystkimi. Arkadyjska wizja polskiego społeczeństwa, które aktywnie działa na niwie publicznej, chętnie angażuje się w trzecim sektorze, skutecznie kontroluje swoich przywódców, spontanicznie angażuje się w lokalne inicjatywy, jest utopią.













