Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Uniwersytet Potiomkinowski obiecuje innowacje

Rzeczpospolita
Częœci młodzieży powinniœmy uczciwie powiedzieć, że dobry hydraulik zarobi więcej niż absolwent kiepskich studiów. Ale w imię politycznych sloganów zbudowano fikcję studiów masowych – piszš naukowcy
Zaczęło się od edukacji. W cišgu ostatnich dziesięciu lat wyszliœmy – jak mówiš politycy – naprzeciw aspiracjom edukacyjnym młodzieży. Odsetek studiujšcych w pokoleniu 19 – 23-latków przekracza w Polsce 50 proc. i jest wyższy niż w Niemczech, Francji, Holandii czy Japonii, a znacznie wyższy niż w Czechach i Słowacji. Tylko czy na pewno te studia sš warte inwestowania kilku lat życia?
Władza dostrzega problem jakoœci edukacji i rozwišzuje go tak, jak potrafi: kontrolami i regulacjš. Szkoły odpowiadajš tak, jak zawsze odpowiada się na kontrole: tworzeniem fasadowej rzeczywistoœci. Ustawa stawia uczelniom, które chcš kształcić studentów, dwa warunki. Po pierwsze majš dysponować kompetentnš kadrš nauczycieli, przy czym kompetencję mierzy się za pomocš stopni naukowych. Wymóg ten daje dożywotniš pewnoœć zatrudnienia każdemu, kto ma habilitację w chodliwej dziedzinie. Kwalifikacje nie majš znaczenia, podobnie jak wiek, stan zdrowia ani odległoœć od miejsca pracy, w którym w końcu nie trzeba często bywać. Po drugie szkoły majš realizować ustalone przez ministra nauki i szkolnictwa wyższego programy, tzw. standardy nauczania, takie same na Uniwersytecie Warszawskim i w prywatnej wyższej szkole tego i owego. Warunek ten wypływa z tego, że – formalnie rzecz bioršc – uczelnie nadajš w imieniu RP państwowy tytuł magistra (coœ niepojętego dla Amerykanów) – i państwo życzy sobie, aby ten tytuł znaczył tyle samo niezależnie od tego, kto go nadaje. Ta centralistyczna ułuda niszczy autonomię dobrych szkół, uniemożliwiajšc konstruowanie w nich interesujšcego, odpowiadajšcego możliwoœciom studentów curriculum. A jednoczeœnie kieruje słabsze szkoły, których studenci (a często również kadra) nie sš w stanie zrozumieć zagadnień objętych standardami, na drogę kompletnej fikcji: codziennie w setkach audytoriów w całej Polsce wykładowcy wygłaszajš ponad głowami dziesištek tysięcy drzemišcych słuchaczy długie akapity zbyt trudnego dla nich tekstu. Czynišc zadoœć ministerialnym standardom oraz idei porównywalnych dyplomów. Jeden z nas, pracujšc dla Państwowej Komisji Akredytacyjnej, instytucji kontrolujšcej, czy pozory jakoœci kształcenia sš należycie zachowywane, wizytował pewnš liczbę szkół spoza pierwszej dwudziestki najlepszych polskich uczelni. Wszędzie brakowało dwóch najbardziej podstawowych dla uczelni składników: dobrych studentów i wartoœciowej kadry. Bo w Polsce dramatycznie brakuje odpowiednio przygotowanych kandydatów na studia. Uczniów bardzo dobrych jest u nas wielokrotnie mniej niż w większoœci krajów rozwiniętych Opublikowane w listopadzie wyniki badań PISA (Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętnoœci Uczniów) mówiš niby, że œrednia jakoœć wykształcenia uczniów szkół ponadpodstawowych lokuje Polskę powyżej œredniej OECD, ale ta œrednia bierze się jedynie z tego, że mamy bardzo niewielu uczniów bardzo słabych. Bo uczniów dobrych i bardzo dobrych, tych, w których dalszš edukację rzeczywiœcie warto inwestować, jest w Polsce wielokrotnie mniej niż w zdecydowanej większoœci krajów rozwiniętych. Majšc tak niewielu młodych ludzi, których warto dalej kształcić, powinniœmy koncentrować œrodki w najlepszych wydziałach paru przyzwoitych uczelni. Kształcić absolwentów, który potrafiš potem realizować się w różnych dziedzinach, być może również bardzo odległych od kierunku wykształcenia. Żeby, jak w Cambridge, nie dziwiły osoby, które ukończyły studia humanistyczne, a potem sš szanowanymi audytorami lub z sukcesem zakładajš firmy tworzšce wyrafinowane oprogramowanie. Tylko tacy ludzie mogš tworzyć „knowledge based economy”. Jeden z nas od kilku lat prowadzi praktyki badawcze dla wyselekcjonowanej grupy studentów z wiodšcych polskich uczelni, których celem jest przenoszenie do Polski najlepszych brytyjskich wzorców akademickich. Uzyskane wyniki pozwalajš stwierdzić, że z młodzieżš tš można pracować jak w Cambridge i uzyskiwać wyniki, które nadajš się do pokazania poza murami macierzystej instytucji akademickiej. Tej zaœ częœci młodzieży, która zrobiłaby lepiej, uczšc się jakiegoœ rzemiosła, nie powinniœmy mamić bajkami o dyplomie, lecz uczciwie powiedzieć, że dobry hydraulik zarobi więcej niż absolwent kiepskich studiów. Zamiast tego, w imię oderwanych od rzeczywistoœci politycznych sloganów, zbudowano fikcję studiów masowych. Z której to fikcji nasi liczni koledzy odnoszš zupełnie niefikcyjne korzyœci. Ale zajęci – na kilku etatach – udawaniem, że uczš, porzucajš marzenia o naukowej pogoni za œwiatem. Dziœ fikcja edukacji akademickiej przestaje być wielkim interesem. Z jednej bowiem strony niż demograficzny i otwarcie granic ograniczajš uczelniom bazę rekrutacyjnš, z drugiej zaœ prawdziwe pienišdze pojawiły się gdzie indziej. W nauce. Pod warunkiem, że się obieca przełożenie na innowacyjnš gospodarkę. Bo politycy uznali, że rozwišzali już problem wyższej edukacji, i teraz ich konikiem jest strategia lizbońska: centralnie sterowana, jak u Nikity Chruszczowa, europejska pogoń za innowacyjnš Amerykš. Finansowanie nauki opierało się w Polsce od wczesnych lat 90. na systemie otwartych konkursów o granty. Projekty, składane niezależnie od siebie przez ubiegajšce się o finansowanie niewielkie zespoły badawcze, były anonimowo recenzowane przez innych naukowców, a te, które uzyskały najlepsze recenzje, otrzymywały finansowanie. Wiele było narzekań na ten system. Na nieuczciwoœć recenzentów, na popierajšce się nawzajem kliki. Politycy uznali, że rozwišzali już problem wyższej edukacji i teraz ich konikiem jest: centralnie sterowana, jak u Nikity Chruszczowa, pogoń Europy za Amerykš Ale, przynajmniej od strony procedury, przypominało to przyjęte w œwiecie reguły. Œrodki przeznaczane na te projekty były niewielkie, ale zdarzało się czasem, że grant dostawali młodzi uczeni nieuczestniczšcy w żadnych układach i niewikłajšcy się w żadne większe łgarstwa. Mogli w ten sposób częœciowo się wyzwolić z więzów feudalnego systemu. Dziœ pieniędzy w polskiej nauce jest nagle bardzo dużo. Ale teraz dzielš je politycy. A każdy polityk w Polsce chce mieć u siebie Dolinę Krzemowš i chętnie słucha rad tych spoœród naszych uczonych kolegów, którzy mu za pienišdze takš dolinę obiecajš. Powstajš wielkie i przeraŸliwie rozrzutne projekty, warte często wiele milionów złotych: instytuty technologiczne, parki technologiczne i klastry innowacji (cokolwiek to oznacza), hojnie dofinansowywane łatwymi europejskimi pieniędzmi. Bo pomysł jest europejski – jak pisze „The Economist” (11 paŸdziernika 2007 r. ) w przeglšdowym artykule o innowacyjnej gospodarce: „Niemcy w zasadzie roztrwoniły 20 miliardów dolarów, tworzšc klastry biotechnologiczne”, podczas gdy „najlepsze, co rzšdy mogš zrobić, aby promować innowacyjnoœć, to zejœć z drogi”. Wobec braku jakichkolwiek merytorycznych procedur władzę nad wielkimi projektami uzyskujš naukowcy, którzy opanowali politycznš nowomowę i nie majš skrupułów, aby budować wokół siebie aurę innowatorów. Tak odradza się system kliencki, który zaczšł pomału umierać w epoce małych, indywidualnych grantów. Mówi się potocznie, że w polskiej nauce wolnoœć uzyskuje się po habilitacji. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. W klienckim systemie jedynie ci, którzy sš najniżej, zachowujš odrobinę wolnoœci. Kto zaczyna odpowiadać za zespół, instytut, wydział czy uczelnię, musi dziœ znów, jak w czasach komunizmu, wikłać się w grę uœmiechów i zależnoœci. Znamy ludzi stojšcych w hierarchii rzetelnej nauki znacznie wyżej niż my, którzy powodowani poczuciem odpowiedzialnoœci, pokornie zabiegajš o uczestnictwo w tego rodzaju wielkich projektach, mimo że zdajš sobie sprawę, iż będš tam służyć najwyżej jako pewien rodzaj liœcia figowego. Uważajš bowiem, że ich obecnoœć pozwoli ocalić przynajmniej częœć przeznaczonych na projekt œrodków przed roztrwonieniem. A jednoczeœnie widzš w tym uczestnictwie, dla swoich zespołów, szansę dostępu do œrodków (np. œrodków na aparaturę), o jakich inaczej mogliby tylko pomarzyć.Bo prawdziwej Doliny Krzemowej w Polsce nie będzie. Nawet jeœli wydamy miliardy na atrapę, która od strony fasady będzie wyglšdać dokładnie jak w Ameryce. Nie będzie jej z co najmniej dwóch powodów. Jeden jest taki sam jak prawie wszędzie w Europie – nie ma w Polsce anglosaskiej kultury przedsiębiorczoœci. Jest za to potężna tradycja wycišgania pieniędzy od państwa pod dowolnym pretekstem, w który akurat wierzš politycy. Na przykład pod pretekstem innowacyjnej gospodarki. Tymczasem, jak pokazali œwiatu Brytyjczycy i Amerykanie, jedynym skutecznym sposobem finansowania inwestycji w wysokie technologie jest udział w tym procesie prywatnego kapitału wysokiego ryzyka. To, czego nie rozumiejš eurokraci, dobrze wiedzš studenci jednego z nas. Stworzyli, jako swój projekt programistyczny, portal Nasza-Klasa, a następnie wspólnie z takim venture capital zamienili go w żyłę złota. I zupełnie nie przyszło im do głowy, żeby się przy tym próbować podpierać państwowymi lub europejskimi pieniędzmi. Drugim powodem jest stan polskiej nauki. Oczywiœcie istniejš w Polsce œwietne zespoły naukowe pozostajšce w œcisłym kontakcie ze œwiatem. Obaj autorzy mieli okazję na swojej drodze spotkać znakomitych starszych kolegów (wœród nich porzšdnych ludzi, wobec których mamy znaczne długi wdzięcznoœci), pokonujšcych opór polskiej codziennoœci i tworzšcych wokół siebie całkiem dobre szkoły. Ale takie zespoły sš, w porównaniu z ogromem współczesnej nauki, tak nieliczne, że prawdopodobnie większoœć publikacji dotyczšcych nowoczesnych dziedzin wiedzy nie może w Polsce liczyć na choćby jednego rozumiejšcego, o co chodzi, czytelnika. Codziennoœć polskiej nauki to trzeciorzędni liderzy, którzy niejednokrotnie przez całe naukowe życie nie wytknęli nosa poza mury jednej uczelni, a nawet jeœli gdzieœ wyjechali, to rzadko coœ przywieŸli z powrotem. Ludzie, których jedynym marzeniem jest dotrwać do emerytury, niczego nie zmieniajšc i nie uczšc się już nigdy niczego nowego. I ich czwartorzędni uczniowie, kontynuujšcy anachronicznš tematykę badawczš i feudalny sposób myœlenia swoich mistrzów. Budujšcy polskie „kariery naukowe”, tak samo fasadowe jak polska edukacja, bo zamiast na dokonywaniu odkryć polegajšce na cierpliwym ciułaniu, w oderwaniu od œwiata, polskich stopni naukowych. Do tego negatywna selekcja: wyjazdy uzdolnionych ludzi za granicę i odchodzenie do przemysłu. Z którego, z powodu sformalizowanego charakteru polskiego awansu naukowego, nie ma właœciwie powrotu na uczelnię. Wszystko to razem czyni z polskich instytucji akademickich œrodowisko modelowo antyinnowacyjne. I żadne większe pienišdze tego nie zmieniš. Polska „knowledge based economy” nieuchronnie okaże się takš samš fikcjš jak masowa edukacja. Ale też oczywiœcie, tak samo jak edukacja, przyniesie wielu obrotnym ludziom całkiem niefikcyjne korzyœci. A kiedy „innowacja” przestanie być modnym sloganem, ci sami ludzie przemieszczš się na inne, bardziej zielone pastwiska. Dr hab. Jerzy Marcinkowski jest profesorem w Instytucie Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego. Dr Kamil Kulesza zajmuje się informatykš i zastosowaniami matematyki. Pracuje w University of Cambridge, jest adiunktem Polskiej Akademii Nauk. Na Politechnice Warszawskiej powstał program Cambridge PYTHON. Ma on wykorzystać brytyjskie doœwiadczenia współpracy nauki z biznesem w Polsce. Jednym z celów programu jest selekcja najlepszych projektów naukowych, z których potencjalnie można stworzyć firmy, i znaleŸć inwestorów. Organizatorzy chcš również uczyć młodych naukowców, jak myœleć w sposób rynkowy i jak rozmawiać z przedstawicielami biznesu. Patronem programu jest „Rzeczpospolita”. W najbliższy poniedziałek w naszej redakcji odbędzie się debata na ten temat.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL