W sieci opinii

Rewolucja LTE

Rafał Tomański
Fotorzepa
Obco brzmiący skrót LTE zdążył utrwalić się już jako termin z nowoczesnej sieci komórkowej. Może oznaczać także jeszcze jedną rzecz.
Dla naukowców specjalizujących się w geologii i hydrografii LE to tzw. lot-tide elevation, wzniesienie terenu wyłaniające się z wody jedynie podczas odpływu. Gdy morze powraca, teren znika pod wodą Zgodnie z prawem międzynarodowym taki teren nie może zostać uznany za wyspę. To właśnie tereny o charakterze LTE są główną osią chińskich wysiłków budowy sztucznych podejmowanych od ponad roku na terenie Morza Południowochińskiego. Oprotestowane przez sąsiadów, krytykowane przez USA w opinii analityków mogą prowadzić do konfliktu zbrojnego o trudnych do przewidzenia konsekwencjach.

Dwie twarze tego samego skrótu

LTE z dalekiego morza w pewien sposób ma wspólny mianownik z akronimem telekomunikacyjnym. LTE znane ze smartfonów oznacza long-term evolution, czyli sieci komórkowe projektowane z myślą o dalszej rozbudowie. Sztuczne LTE, nad którymi pracuje Pekin, mają na celu wzmocnienie pozycji militarnej Chin w regionie. Także w dłuższym horyzoncie czasu. Tempo prac jest jednak zadziwiające. Jeden z dwóch najbardziej osaczonych przez chińskie jednostki straży przybrzeżnej archipelagów, wyspy Spratly zajmują teren ok 180 tys. km kwadratowych. Na tym obszarze powierzchnia setek wysp łącznie daje około 10 km kwadratowych. Natomiast działania inżynieryjne prowadzone przez Chiny w ciągu ostatnich 12 miesięcy spowodowały wzrost powierzchni lądowej o ponad 8 km kwadratowych! Pogłębiarki pracują na najwyższych obrotach pompując wodę z piaskiem i budując grunt pod kolejne prace zabezpieczające teren. Na rafie Subi w okresie od maja do czerwca 2015 roku produkowano aż 8 hektarów sztucznej wyspy dziennie.
LTE po chińsku ma także charakter mobilny. Tereny tworzone pod bazy wojskowe z pasami startowymi o długości ponad 3 kilometrów zdolnymi przyjmować największe samoloty transportowe znajdują się czasami nawet tysiąc kilometrów od wybrzeży kontynentalnych Chin. Przedsięwzięcie odbija się bardzo niekorzystnie na środowisku naturalnym. Prace nad sztucznymi wyspami zmieniają lokalny ekosystem, niszczą rafy koralowe i w efekcie zakłócają dotychczasowe prądu morskie. Szacuje się, że do tej pory zniszczono już 300 hektarów koralowców, co przełoży się na 100 mln dolarów straty każdego roku dla państw regionu. Zubożeją łowiska, zaczną ginąć i tak obecnie już zagrożone wyginięciem gatunki zwierząt morskich.

Pojedynek na statystykę

Chiny starają się bronić wytykając państwom Azji Południowowschodniej podobne praktyki. Powoływano się nawet na amerykańskie dane, które pokazywały skalę przedsięwzięć inżynieryjnych prowadzonych przez Wietnam - 48 okupowanych na spornym morzu terenów –do zaledwie ośmiu podjętych przez stronę chińską. Porównanie miało wytrącić argumenty z ręki tym, którzy wciąż krytykowali Pekin. Jednak 48 to liczba oznaczająca jedynie morskie posterunki, przy pomocy których rząd w Hanoi dba o bezpieczeństwo kraju. Chiny wielokrotnie dowiodły w poprzednich dekadach, że potrafią przejmować potrzebne im wyspy agresywnie i nie zważając na ofiary w ludziach. W 1988 roku 64 Wietnamczyków zginęło podczas chińskiej agresji na wyspy Spratly. Teren należał prawnie do Wietnamu już w XVII wieku. Chiny zaczęły interesować się archipelagami z Morza Południowochińskiego dopiero z początkiem XX wieku (1909 rok) ustanawiając południową granicę swojej strefy wpływów na północnym fragmencie morza, archipelagu Paraceli (1932 rok). Pół wieku później były w stanie walczyć o nie nie cofając się przed niczym. Dla porównania inne państwa regionu, które obecnie czują się bezprawnie osaczane przez Pekin na własnych wyspach interesowały się wyspami Spratly o wiele później. Filipiny pod koniec lat 50. XX wieku, Malezja w latach 80. Liczba ich posterunków jest także zatem z uzasadnionych powodów o wiele mniejsza niż wietnamskich. Prace związane z utrzymaniem morskich przyczółków, które prowadzi Wietnam, są zaledwie ułamkiem tego, co robią Chiny. W marcu 2015 roku było to jedynie 0,2 proc. wobec projektów sztucznych wysp made in China. LTE z dalekich stron nie ma w najmniejszym stopniu pozytywnego wydźwięku. Nie kojarzy się z piaszczystymi plażami i przejrzyście błękitnym morzem pełnym koralowców. Przypomina bardziej koszmar dziejący się w raju. Trzeba ciągle mieć się na baczności przed wojskowymi okrętami, pogłębiarkami, plamami ropy i przy okazji uważać na zniszczone koralowce.
Źródło: W Sieci Opinii

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL