Prawnik pro bono: pomaganie dodaje prawnikom skrzydeł - Sylwia Zarzycka

aktualizacja: 17.05.2015, 19:34
Sylwia Zarzycka, Prawnik Pro Bono 2014, i od lewej minister sprawiedli...
Sylwia Zarzycka, Prawnik Pro Bono 2014, i od lewej minister sprawiedliwości Borys Budka, prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński i wyróżnieni: Robert Krasnodębski oraz Jacek Świeca
Foto: Rzeczpospolita, Borys Skrzyński

O tym, jak prawnicy, gotując i rozmawiając o sensie życia, pomagają rodzinom wychowującym nieuleczalnie chore dzieci, opowiada Prawnik Pro Bono 2014 w rozmowie z Renatą Krupą-Dąbrowską.

REDAKCJA POLECA

Rz: Od wielu osób, które pomagają innym, słyszę, że robią to przede wszystkim ?dla siebie.

Sylwia Zarzycka: To prawda, coś w tym jest. Nie tak łatwo znaleźć mi jednak odpowiednie słowa, by opisać, co daje człowiekowi wspieranie innych, żeby nie zabrzmiało to zbyt górnolotnie. Może właściwe będą dwa określenia: olbrzymia energia i nieporównywalna z niczym satysfakcja.

Co takiego wydarzyło się cztery lata temu, ?że zdecydowała się pani założyć fundację?

Zawsze pomaganie chodziło mi po głowie. Odkąd pamiętam, pracowałam gdzieś społecznie. Byłam m.in. wolontariuszką Fundacji Mam Marzenie. Do końca jednak nie wiedziałam, komu chcę pomagać i w jaki sposób. Aż zdecydował o tym przypadek. Będąc na wakacjach na Pomorzu, poznałam Elizę. Od słowa do słowa dowiedziałam się, że jest mamą bardzo chorego dziecka. Mnie wtedy ciężka choroba dziecka kojarzyła się z zapaleniem płuc. Tymczasem Ala, córka Elizy, nie mówiła, nie chodziła, nie siedziała, nie utrzymywała samodzielnie głowy. A do tego Eliza wychowywała ją sama. Dziewczynka urodziła się zdrowa. Po powrocie ze szpitala do domu jednak ciągle płakała. Gdy Eliza jechała z dziewczynką do szpitala, lekarze uspokajali ją, że to tylko kolki niemowlęce. ?Aż Ala zrobiła się sina. Okazało się, że miała pęknięte jelita. Udało się ją uratować. Operacja w takim stanie spowodowała jednak, że do końca życia pozostanie niepełnosprawna.

Obecnie prowadzę sprawę o zadośćuczynienie dla Ali. Moja znajomość ?z Elizą rozwijała się i któregoś dnia odwiedziłam ją w domu. Mieszkała na 12. piętrze. W budynku była wprawdzie winda, ale dochodziła tylko do 11. piętra. Eliza, żeby wyjść z córką na spacer, musiała dźwigać ją jedno piętro. Wtedy Ala miała 11 lat i ważyła 30 kilogramów. Zaczęła się walka ?o mieszkanie komunalne dla niej. W końcu udało się. Przy pomocy ludzi dobrej woli zostało też wyposażone.

W miarę jak rozwijała się znajomość z Elizą, coraz bardziej dojrzewała we mnie myśl, ?że chcę opiekować się takimi dziećmi jak Ala. Pomagać im. Założyłam Fundację Między Niebem a Ziemią. I tak to się zaczęło.

W tej chwili opiekujemy się 50 rodzinami wychowującymi ciężko chore dzieci. Nie zawsze są chore od urodzenia. Wśród podopiecznych fundacji są i takie, które do czwartego–piątego roku życia rozwijały się wspaniale, a potem przyszła choroba. Za chorobą zawsze kryją się ludzkie dramaty.

Nieprzypadkowo pani fundacja nazywa się Między Niebem a Ziemią.

Ta nazwa świetnie odzwierciedla, gdzie znajdują się nasze fundacyjne dzieci. To jest przestrzeń między dwoma światami: tym ziemskim i tym na górze. Nasze dzieci są między: jeszcze tu na ziemi, ale trochę już tam – w niebie.

Gdy zakładała pani fundację, przyszła choroba.

Nigdy wcześniej nie chorowałam. Wydawało mi się, że jestem niezniszczalna. ?A tu lekarz stawia diagnozę: rak, i to złośliwy. To było jak grom z jasnego nieba. Ruszam ?z fundacją, działam, mam pierwsze sukcesy, ?a tu choroba, która krzyżuje mi to, co sobie misternie zaplanowałam. Przeszłam operację, radioterapię, chemioterapię. Wielkim problemem dla mnie były włosy. Zaczęły wypadać, kiedy fundacja organizowała pierwsze aukcje dla naszych podopiecznych. Pierwszą chemioterapię przeszłam po aukcji we Wrocławiu. Pielęgniarka powiedziała mi wtedy, że włosy wypadną mi po dwóch tygodniach od chemioterapii. A ja miałam kolejną aukcję, ?w Krakowie. Nie pojechałam, nie miałam siły po chemii. Ale na następnej, w Warszawie, już byłam. Dziś jestem zdrowa. Choroba jednak bardzo mnie zmieniła. Uwrażliwiła. Spowodowała, że staram się cieszyć każdym dniem i doceniać to, co mam. Teraz z perspektywy czasu widzę, że była jedną z lepszych rzeczy, które mi się w życiu trafiły.

Finansowe wsparcie 50 rodzin wymaga dużych środków. Skąd je pani bierze?

Jako prawnik nie miałam żadnych trudności z załatwieniem formalności związanych z założeniem fundacji. Ale później pojawiło się pytanie: skąd brać pieniądze? Pomyślałam, że skoro jestem radcą prawnym, to może uda mi się zaangażować polskich prawników i coś fajnego z nimi zrobić. I tak pojawił się projekt Kobiety Prawa. Wymyśliłam, że wydam kalendarz na 2012 r., w którym będą portrety 12 prawniczek, i go sprzedam.

Łatwo było je namówić?

Na początku było trudno. Wiele pań odmówiło, co było zrozumiałe. Nikt mnie przecież wtedy nie znał. Fundacja działała tylko trzy miesiące. Nie zrażałam się jednak pierwszymi niepowodzeniami i próbowałam dalej. W końcu projekt powstał. Odbyły się też pierwsze aukcje charytatywne. Udało się zebrać pieniądze, które wystarczyły na cały kolejny rok działalności fundacji.

Kalendarz był pierwszy. Jakie były następne projekty?

W 2013 r. wydaliśmy kalendarz oraz książkę, w której partnerzy dużych kancelarii opowiadali o swoich pasjach i pomaganiu. Następnie nagraliśmy dwa audiobooki ?z bajkami dla dzieci czytane przez prawników. W ubiegłym roku fundacja zorganizowała warsztaty kulinarne, które prowadzili szefowie kuchni w kilkunastu restauracjach w Polsce. Efektem – oprócz wspólnie przygotowanych dań – była książka kucharska. W tym roku organizujemy chyba najbardziej ambitną akcję „Znajdź sens" ?– o tym, jak zdrowo żyć i być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. W miastach, gdzie fundacja działa najprężniej – Trójmieście, Wrocławiu, Krakowie i Warszawie ?– organizujemy wykłady i warsztaty ?z ciekawymi ludźmi.

Nie uważa pani, że pomaganie jest po prostu modne?

Rzeczywiście, jest dziś moda na pomaganie, ale dla mnie nigdy nie liczyło się to, dlaczego ktoś chce to robić. Najważniejszy jest przecież efekt, to, że chore dzieci dostaną pomoc. Pobudka ma tu drugorzędne znaczenie. Niektórzy pomagają anonimowo, inni lubią się tym pochwalić, ale czy to jest złe? Absolutnie nie. Jeśli w wyniku naszych działań dajemy komuś szanse na godne życie, to tylko to się tak naprawdę liczy.

Pomoc naszej fundacji jest kompleksowa. Pomagamy we wszystkim. Jeżeli jest pełna rodzina, to sytuacja jest w miarę dobra. Jedno z rodziców rezygnuje z pracy ?i poświęca się dziecku, a drugie pracuje. ?Nie zawsze niestety tak jest. 70 proc. rodzin, którym pomagamy, to samotne matki. One dostają od państwa 1,2 tys. zł miesięcznie. Kupujemy wózki rehabilitacyjne, taki standardowy kosztuje 23 tys. zł. Najdroższy, który udało się nam nabyć, kosztował 84 tys. zł. Dostał go chłopiec całkowicie sparaliżowany.

Kupujemy łóżka rehabilitacyjne, pionizatory, a ostatnio schodołaz. Nie wiem, jak to wygląda, ale mama Dawidka z Zielonej Góry powiedziała, że dzięki niemu będzie mógł schodzić po schodach. Kiedy pojadę ?do Zielonej Góry, sama zobaczę. Pokrywamy koszty wizyt u lekarzy, operacji, leków. Pomagamy także rodzicom nieuleczalnie chorych dzieci. Jest to najczęściej pomoc psychologiczna. Czasami brakuje po prostu na jedzenie i opał. Staramy się również pamiętać o zdrowych dzieciach, które są rodzeństwem tego chorego. One też cierpią. Cała energia matki skupia się na chorym dziecku, a zdrowe nie dostaje za wiele, ?bo wszystkie pieniądze są przeznaczane ?na leczenie siostry czy brata.

Raz do roku organizuję weekendowy wyjazd dla tych mam, żeby odpoczęły, oderwały się od swoich problemów. Nie jest to takie proste, bo nie chcą zostawić dziecka pod czyjąś opieką, ale te wyjazdy bardzo wiele im dają.

Warto dodać, że fundacja obecnie działa tak prężnie dzięki wielu osobom, które nas wspierają. Począwszy od prawników, którzy angażują się w nasze akcje charytatywne, a skończywszy na dziennikarzach i artystach, którzy aukcje prowadzą i przekazują na nie rzeczy. Tych ludzi jest naprawdę bardzo wielu.

Mówimy dużo o pomaganiu. A gdzie w tym wszystkim pani praca, rodzina, pasje?

Staram się tak kierować swoim życiem, żeby czas znalazł się na wszystko – na pracę, na rodzinę i pasje. Na co dzień prowadzę kancelarię prawną. Specjalizuję się ?w obsłudze spółek handlowych. Mam dziesięcioletniego wspaniałego synka, ?z którym bardzo lubię spędzać czas. Lubię podróże i sport. To nie jest tak, że moja doba ma 30 godzin, po prostu wszystko planuję bardzo dokładnie, nie marnuję czasu. Organizacja akcji i aukcji charytatywnych ?w połączeniu z pracą zawodową wymaga ode mnie sporego zaangażowania, wyjazdów. ?To jest fizycznie wyczerpujące i kosztuje mnie bardzo wiele, ale ja uwielbiam to robić. Praca w fundacji jest moją pasją i nie wyobrażam sobie, że mogłabym to zostawić. Ponadto jest mnóstwo osób zaangażowanych ?w działalność fundacji. Wystarczy, że piszę e-maila: słuchajcie, tego i tego potrzebuję. Zawsze znajdzie się ktoś, kto chce pomóc. Nie zamierzam też poświęcić całego swojego życia pracy i pogoni za pieniędzmi. Wolę zarobić mniej i mieć czas dla bliskich, fundacji i tego, co sprawia mi radość.

Sylwia Zarzycka, radca prawny z Wrocławia, wspólnik ?w kancelarii Casus Zarzycka & Wspólnicy. Specjalizuje się w prawie spółek handlowych, prawie gospodarczym, ?a także prawie pracy i prawie procesowym.

W maju 2011 r. założyła i kieruje charytatywną Fundacją Między Niebem a Ziemią, która pomaga nieuleczalnie chorym dzieciom i ich rodzinom. Była dwukrotnie wyróżniona w konkursie Prawnik Pro Bono

POLECAMY

KOMENTARZE