W sieci opinii

Stanisław Remuszko: Dwie rocznice

Stanisław Remuszko
Fotorzepa
Dziesięć lat temu zmarł papież. Dwa lata temu abdykował papież.

Krok Benedykta XVI postrzegam osobiście jako cichą rewolucję w Kościele Powszechnym.

Pozornie nic się nie stało, gdyż w żaden sposób nie zostały naruszone zasady wiary ujęte w oficjalnym katechizmie. Ustąpienie z Urzędu odbyło się zgodnie z prawem kanonicznym. Papież-emeryt niewidocznie zamieszkał w Watykanie, konklawe zaś wybrało nowego Ojca Świętego, który przybrał imię Franciszek. Znów wszystko miało być tak jak dawniej...

Otóż nic już nie będzie tak jak dawniej – z kilku powodów.

Po pierwsze, Benedykt XVI przełamał sześćsetletnią Tradycję, która nakazuje papieżowi umrzeć w papieskim łóżku. Tradycja jako taka odgrywa w duszach i umysłach wszystkich ludzi rolę ogromną, większą czasem niż prawo pisane, papież zaś – przynajmniej dla katolików – jest w wielu dziedzinach najwyższym autorytetem. Jeśli zatem TAKI autorytet w ułamku sekundy zmienia TAKĄ Tradycję – musi to w umysłach wiernych spowodować istne trzęsienie myśli (lawiny pytań), których odleglejsze skutki są nie do przewidzenia.

Po drugie, swą suwerenną decyzją ("gromem z jasnego nieba") Jego Świątobliwość przypomniał rzeszom katolików, kim jest, a kim nie jest. Z niejakim elementarnym rozumowym wstydem czytałem i słyszałem wtedy w poważnych (wydawałoby się) miejscach medialnych, że natchnieni Duchem Świętym kardynałowie wybiorą wkrótce kolejnego następcę Chrystusa. Skoro tak mówią mądre głowy w telewizorze, to co ma myśleć wielomilionowy szary niedzielny wierny (a założę się, że i niejeden czytelnik niniejszego)? Tymczasem papież nie jest następcą Chrystusa, lecz następcą jego ucznia, człowieka o imieniu Piotr! Na wszelki wypadek przypomnę, że Jezus Chrystus jest Bogiem, który wieki temu przez 33 lata był również jednym z ludzi; tak przynajmniej głosi Kościół.

Po trzecie (i najważniejsze), dwa lata temu Benedykt XVI krzyknął na cały świat: jestem człowiekiem! CZŁO-WIE-KIEM! Starszym, a nawet starym (86 lat) mężczyzną, który czuje, że słabnie, i który wie, że jest to proces zawsze jednostronny: młodszy, silniejszy i zdrowszy już nie będzie, może być tylko gorzej. Tymczasem przypadło mu sterować Nawą Piotrową – instytucją skupiającą w świeckim wymiarze miliard ludzkich istnień i zarządzaną w sposób bardziej scentralizowany niż nawet niegdysiejsze monarchie absolutne. Żaden samotny człowiek nie dźwiga takiej odpowiedzialności, jaka spoczywa na barkach i na głowie papieża. Na jego ciele i na umyśle.

I tu przechodzimy do oczywistego "po czwarte". Choroby podeszłego wieku bywają różne, ale część z nich dotyka mózgu. Osłabienie pamięci, procesy otępienne, alzheimer, utrata sprawności intelektualnych i zdolności poznawczych (w tym - aparatu samokrytycznego), demencja, parkinson, miażdżyca, zespoły depresyjne – to nie wyjątki, lecz naturalna reguła naszego biologicznego gatunku, której podlegają nawet najwybitniejsi filozofowie i uczeni, królów i prezydentów nie wyłączając. Opieka nad taką osobą jest trudna – przede wszystkim ze względu na sukcesywny zanik kontaktu. Grono ludzi rozumiejących chorego stopniowo zacieśnia się do pojedynczych paru osób. Przypuszczam, że Benedykt XVI obawiał się takiego rozwoju wydarzeń i swą decyzją (jak to określił, „głęboko przemyślaną, podjętą dla dobra całego Kościoła") na wszelki wypadek im zapobiegł.

Masz pytanie do autora? remuszko@gmail.com

Źródło: W Sieci Opinii

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL