Kot polityczny

aktualizacja: 15.02.2015, 14:43
Larry, Główny Łowca Myszy w Kancelarii Rządu, w stroju galowym
Larry, Główny Łowca Myszy w Kancelarii Rządu, w stroju galowym
Foto: AFP

Rozpowszechniona opinia głosi, że konserwatyści kochają koty, podczas gdy ludzie lewicy i centrum wolą psy. Z jednej strony Benedykt XVI, Churchill, pani Thatcher, Cameron, Kaczyńscy, z drugiej – demokrata Clinton, który kota porzucił dla psa. Czyżby coś było na rzeczy?

REDAKCJA POLECA
17.12.2015
Rosja: Chcą kota na burmistrza miasta
kariera
Wulgaryzmy w pracy niedopuszczalne, chociaż powszechne

Sam Cam powiedziała mi, że w mieście Xalapa w Meksyku jakiś kot imieniem Morris chce być wybrany na burmistrza. Z początku myślałem, że mnie nabiera. Ale Sam zapewniła mnie, że to prawda, a Morris sprawił, że zacząłem się zastanawiać nad własną karierą.

Zamieniłem na ten temat słówko z DC, jak nazywam naszego wielkiego przywódcę. Właśnie zdejmował krawat, podwinąwszy rękawy i podziwiając samego siebie w lustrze łazienkowym. „Czy słyszał pan o Morrisie?" – zapytałem. „Cóż takiego zrobił ten blond bufon?" – odparł DC, płucząc usta i prawie się krztusząc. „Nie Boris, lecz Morris. Kot, który w Meksyku chce zostać burmistrzem". DC wiedział o nim wszystko. Wiedział, że Morris najwyraźniej wyczuwa nastroje głębokiego niezadowolenia i wykorzystuje kryzys zaufania do systemu politycznego.

Powiedziałem DC, że Boris działa dokładnie tak samo i że mam plan, jak go pohamować. „Kot Larry na burmistrza Londynu – co pan o tym sądzi?" DC spoglądał z przyganą, ale zwróciłem mu uwagę, że są precedensy historyczne. Już więc pracuję nad tym, jak w Londynie rozwiązać problem szczurów. Myślę, że DC może się przekonać do mojego pomysłu. Powiedziałem mu, że, tak jak faceci z UKIP, mogę przyciągnąć głosy tych, którzy mają dosyć polityki".

W najwyższych sferach

Rozszyfrujmy: DC to David Cameron, premier Wielkiej Brytanii. Sam Cam – jego żona Samantha. Boris to Boris Johnson, niekonwencjonalny burmistrz Londynu, z grzywą blond włosów w charakterze znaku firmowego. A autor, któremu miejsca na łamach użyczył poważny dziennik „The Guardian"?

Nie przypadkiem ma z Davidem Cameronem kontakt tak bliski, że może swobodnie towarzyszyć premierowi podczas codziennej toalety. Też mieszka na Downing Street (cztery lata, o rok tylko krócej niż premier), też ma odpowiedzialne zadania i też zajmuje nie byle jakie stanowisko, o czym świadczy przysługujący mu oficjalny tytuł: Chief Mouser to the Cabinet Office – Główny Łowca Myszy w Kancelarii Rządu.

Czemu jednak Larry, zadomowiony w miejscu tak prestiżowym, miałby zabiegać o nowe stanowisko? Jako przyjaciel, lojalny współpracownik i domownik premiera mógłby być dla niego o wiele bardziej pożyteczny niż nieobliczalny Boris Johnson, enfant terrible Partii Konserwatywnej. A zamorski precedens pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość: kot Morris, kandydat na burmistrza czterystutysięcznego miasta Xalapa, stolicy stanu Veracruz, nie został wprawdzie wybrany, ale wypadł bardzo przyzwoicie: uzyskał 12 tys. głosów i był czwarty wśród 11 kandydatów.

Jak bardzo Larry zadomowił się w najwyższych sferach politycznych, widać na stronie internetowej Downing Street 10. „Larry – czytamy – zdobył sobie serca Brytyjczyków i ekip prasowych, które często stoją przy drzwiach wejściowych. Ludzie codziennie przysyłają mu podarunki i coś dobrego do jedzenia. Larry spędza czas, witając gości, sprawdzając, jak działają systemy bezpieczeństwa, i badając, czy stare meble nadają się do drzemki. Jego codzienne obowiązki obejmują również szukanie rozwiązania problemu myszy, które objęły dom w posiadanie. Larry mówi, że ciągle jest na etapie planowania taktyki".

No i zdjęcie, którego nie powstydziłby się sam premier: Chief Mouser na stole obrad rządu, w stroju galowym, czyli z kokardką we wzór flagi brytyjskiej. Tak nosi się w dniach wielkich uroczystości w rodzaju ślubu księcia Williama oraz świąt państwowych. Pełen spokoju i poczucia godności. Właściwy kot na właściwym miejscu. Tym bardziej że Larry nie musi tworzyć sobie poglądów politycznych, bo już je ma. Na przykład: jak uzyskać oszczędności w budżecie? To proste: trzeba ograniczyć wydatki na psy.

Na etacie Home Office

Larry nie jest ani jedyny, ani pierwszy. W kręgach władzy i wokół polityków – nie tylko w Wielkiej Brytanii, choć tam, z uwagi na starą miłość Brytyjczyków do zwierząt, jest to bardziej widoczne – zawsze kręciły się koty. Niektóre po prostu towarzyszyły ważnym osobom publicznym, wnosząc do ich otoczenia spokój, elegancję i czar właściwe kociej rasie. Inne zajęte były pracą.

Gdy przed paroma laty odtajniono część archiwów Home Office, ministerstwa spraw wewnętrznych, Brytyjczycy dowiedzieli się, że od końca lat 20. stale zatrudniony był tam na etacie kot, który gwoli tradycji zawsze nosił to samo imię Peter lub, jeśli był kotką, Peta. Wśród dokumentów zachował się złożony w 1929 roku pierwszy wniosek o przyznanie kwoty pensa dziennie na wyżywienie dla kota. Zapewne dzięki temu, że wniosek rozpatrzono pozytywnie, materiały archiwalne Home Office przetrwały do dziś w dobrym stanie.

Któż bowiem może wiedzieć, co się stanie z papierami i dokumentami zgromadzonymi w Izbie Gmin? W wielkim budynku, według deputowanych, szaleją myszy, o czym świadczą zarówno ślady po kątach, jak i ponadgryzane dokumenty. Mimo to wniosek deputowanej Anne McIntosh, według której parlament powinien pójść w dobre ślady Downing Street i przyjąć do pracy kota, został odrzucony. Komisja ds. Izby Gmin, sprawująca nadzór nad jej administracją, odparła, że „wobec rozmiarów budynku należałoby zatrudnić całe stado kotów, a to także zrodziłoby problemy". Nie inaczej skończyły się podobne zabiegi w parlamencie szkockim. Szkockiej komisji nie przekonał nawet argument, że „parę bezdomnych kotów znalazłoby sensowną pracę".

Władze brytyjskie natomiast w pełni doceniły zasługi innego pracującego kota – słynnego Simona z fregaty „Amethyst", skierowanej do Chin podczas wojny domowej z końca lat 40. Simon miał za zadanie pilnować magazynu z żywnością przed gryzoniami i wywiązywał się z tego doskonale. Trafiony odłamkami i ciężko ranny, przeżył, ale – już po powrocie do Wielkiej Brytanii, gdzie był witany jak bohater – zmarł wskutek związanej z ranami infekcji.

Za męstwo Simon został pośmiertnie odznaczony Medalem Dickin, odpowiednikiem Victoria Cross dla zwierząt. Gdy parę lat temu zorganizowano uroczystości upamiętniające 50-lecie wycofania okrętu ze służby, jego ostatni dowódca, składając wieniec na grobie Simona, podkreślił, ile znaczyła obecność kota na pokładzie: „Jego towarzystwo i doświadczenie – mówił komandor Stuart Hett – były nieocenione, bo podnosiło morale młodych marynarzy". Simon jest jedynym kotem wśród 66 zwierząt odznaczonych Medalem Dickin.

Gajowy kontra Kociarz

Churchill w testamencie zarządził, by w Chartwell, jego posiadłości, która dziś jest muzeum, zawsze rezydował kot, obowiązkowo z białymi łapkami i białym gorsem. Koty, które seryjnie noszą imię Jock (ostatnio do Chartwell wprowadził się kolejny, szósty już z rzędu), mają tak uprzywilejowaną pozycję, że podobno posiłki podaje się tam dopiero wtedy, gdy kot raczy się pojawić.

Margaret Thatcher podczas wizyty w Moskwie pamiętała, by Wilberforce'owi, ówczesnemu mieszkańcowi Downing Street 10, kupić w prezencie puszkę sardynek. Lech Kaczyński zaskarbił sobie sympatię wszystkich miłośników kotów, gdy jako prezydent Warszawy zarządził, by przy ratuszu postawić budy dla bezpańskich kotów. „Gajowy kontra Kociarz" – tak przed wyborami prezydenckimi z 2010 roku opisywał kampanię jeden z felietonistów, w miłej roli Kociarza obsadzając, i słusznie, Jarosława  Kaczyńskiego.

Wśród osób publicznych kociarzy jest bardzo wielu, ale chyba żaden nie uosabia miłości do kotów tak mocno jak papież Benedykt XVI. I o żadnym kot nie napisał książki! Życie Josepha Ratzingera od chwili, gdy przyszedł na świat w małym bawarskim miasteczku Marktl am Inn, do czasu, gdy został wybrany na papieża, opowiedział, z pomocą włoskiej dziennikarki Jeanne Perego, pręgowany rudzielec Cziko.

Cziko nie jest kotem Benedykta XVI, lecz jego sąsiada z miejscowości Pentling koło Ratyzbony, gdzie emerytowany papież od lat ma dom. Kiedy powstawała książka, Cziko miał nadzieję, że Benedykt XVI, który jako głowa Kościoła nie miał czasu ani okazji, by przyjechać do Pentling, odwiedzi kiedyś swój dom i starych przyjaciół, zwłaszcza pewnego rudego kota. – Cziko tęskni, chodzi do ogrodu papieża, siada przed drzwiami i czeka – opowiadał dziennikowi „New York Times" Rudolf Hofbauer, właściciel Cziko. Ale kot się nie doczekał. Umarł w 2012 roku, na parę miesięcy przed rezygnacją papieża z urzędu.

– Powszechnie uważa się, że papież Benedykt kocha koty. Ale to nie jest prawda. Bo papież koty uwielbia – w taki, nieco przewrotny, sposób mówił o Benedykcie i kotach amerykański kardynał Roger Mahony, emerytowany arcybiskup Los Angeles. I on, i inni znający papieża w czasach, gdy jako kardynał Ratzinger mieszkał poza murami Watykanu, wspominają, że podczas spacerów często towarzyszyły mu okoliczne koty. A on miał dla każdego małą przegryzkę.

Natomiast swych własnych dwóch kotów papież Benedykt nie mógł zabrać ze sobą do Pałacu Apostolskiego, bo watykańskie zasady nie przewidują obecności zwierząt. Nie pomogły nawet delikatne sugestie włoskich miłośników zwierząt, że w tym szczególnym wypadku można by było zasady rozluźnić... Dopiero teraz, gdy mieszka w klasztorze Mater Ecclesiae, emerytowany papież znów ma przy sobie swą kotkę Contessinę. Do Pentling już nie wróci, ale mimo to jego starszy brat Georg co roku wiesza w domu nowy kalendarz. Zawsze z kotami.

„Cherie ma krew na rękach"

Mieć kota u boku to dla polityka czysta korzyść – bo kot, nawet niesforny, robi dobre wrażenie i przysparza popularności. Świadomość tego, wraz z angielską miłością do zwierząt, sprawiła, że zwłaszcza brytyjscy politycy do perfekcji opanowali sztukę współpracy z kotami. Gdy w 1995 roku Humphrey, najsłynniejszy lokator Downing Street, na parę tygodni zniknął, urząd premiera wydał specjalne oświadczenie wyrażające obawę, że mogło stać się coś złego: „Boimy się, że nie żyje". Co skądinąd sprawiło, że kot się odnalazł, bo został rozpoznany jako Humphrey i odprowadzony do domu.

Na Downing Street kot odbył triumf jak prawdziwy wódz – tłumy dziennikarzy, ekipy telewizyjne – i złożył krótkie oświadczenie: „Bawiłem się świetnie, ale dobrze jest wrócić do siebie". Konferencję prasową odnotowały wszystkie brytyjskie media, na czele z szacownym „Timesem", który uhonorował kota wielkim zdjęciem na pół pierwszej strony. Bo wszyscy docenili humor i świetną zabawę. Również za morzem, skąd Socks, kot Billa Clintona, przysłał depeszę z gratulacjami: „Dobrze, że jesteś z powrotem".

Kot polityczny jest prawdziwym dobrem narodowym, ale cień choćby podejrzenia, że dzieje mu się krzywda, może fatalnie zszargać reputację rządzących. Boleśnie przekonali się o tym państwo Blairowie.

Burza rozpętała się w pół roku po zwycięstwie wyborczym Partii Pracy. Gdy Humphrey znowu zniknął z widoku, opinia publiczna nabrała podejrzeń, że kot został wyekspediowany z domu, a może nawet uśpiony, bo Cherie Blair, żona premiera, kotów specjalnie nie lubi. „Uważano, że Cherie ma krew na rękach" – donosiło BBC. Urząd premiera informował, że Humphrey z powodu dolegliwości nerek przeszedł na emeryturę i zamieszkał w podlondyńskim domu jednego z pracowników. Ale nie bardzo chciano w to wierzyć.

Sprawa oparła się o parlament. „Po ośmiu szczęśliwych latach za rządów konserwatystów (Humphrey przybłąkał się na Downing Street w 1989 roku, w czasach Margaret Thatcher) wystarczyło sześć miesięcy z Partią Pracy, by kot kompletnie stracił chęć do życia" – ubolewał deputowany konserwatystów Nigel Evans. Alan Clark żądał od premiera przedstawienia dowodu, że Humphrey żyje. I taki dowód naród otrzymał. Dziennikarze, zawiezieni do nowego domu Humphreya, sfotografowali go jak porwanego zakładnika: na tle aktualnych gazet.

A Socks, kocur z białymi skarpetkami? Fakt, że First Cat of America, niegdyś ulubieniec domu, został potraktowany nie najlepiej, państwu Clintonom nie przysporzył sympatii. Z chwilą, gdy do Białego Domu wprowadził się labrador Buddy, Socks stracił bowiem swą wyjątkową pozycję. Wojna kota z psem stanowiła tajemnicę publiczną, a ich pan nie ukrywał, że pogodzenie stron nie należy do zadań łatwych. „Pracuję nad tym – zwierzył się prezydent pewnego razu – ale to trochę potrwa. Tak jak z pokojem na Bliskim Wschodzie czy w Irlandii". Pokój zapanował, bo  Socks się poddał i z salonów przewędrował w kuluary – bo pracownicy hołubili go bardziej niż państwo.

Bolszewik z Władywostoku

Rozpowszechniona opinia głosi, że kot to zwierzę kochane przez konserwatystów i generalnie prawicę, podczas gdy ludzie lewicy i centrum wolą psy. Czy rzeczywiście? Parę opisanych przypadków zdecydowanie by za tym przemawiało: z jednej strony Benedykt XVI, Churchill, pani Thatcher, John Major, Cameron, Kaczyńscy, z drugiej – laburzysta Blair i demokrata Clinton, który własnego kota porzucił dla psa. Tymczasem tygodnik „Time", po przeanalizowaniu opinii 200 tys. swych czytelników, twierdzi, że jest raczej odwrotnie: konserwatyści wybierają psy, podczas gdy liberałowie kochają koty. Z czym oczywiście znaczna część owych czytelników zupełnie się nie zgadza.

Pewnie jednak sprawa nie jest aż tak prosta, o czym świadczyłaby głośna ostatnio historia pewnej kotki z Władywostoku. Postępki, również kocie, rozmaicie bowiem można interpretować. Owa kotka, zamknięta przypadkiem w nocy na lotnisku, poczyniła prawdziwe spustoszenie w drogim sklepie z rybami i owocami morza. Nie tylko dlatego, że skorzystała z okazji i porządnie się najadła, ale też porozdzierała opakowania i ponadgryzała kosztowne przysmaki. Straty wyniosły tysiąc dolarów. Wyczyn kotki zwrócił uwagę komunistów z odległego Petersburga, którzy jej czyn uznali za działanie godne Robin Hooda i Che Guevary. „Wtargnęła do szykownego sklepu, w którym na zakupy stać tylko cudzoziemców i burżujów – powiedział anglojęzycznej internetowej gazecie „The Siberian Times" Siergiej Malinkowicz, szef petersburskiej sekcji partii komunistycznej. – Ale ta kotka jest z nas, robotników. Rudy bolszewik na czterech łapach uderzył w burżujów".

Komuniści zaoferowali więc kotce legitymację partyjną. Z oferty nie skorzystała, może dlatego, że przygarnął ją, w charakterze żywej maskotki, miejscowy klub hokejowy. A może jednak „Time" nie ma racji i koty od lewicy wolą się trzymać z daleka?

Co nie znaczy, że same stronią od polityki. Lista kotów, które z pomocą i inspiracją swych panów i przyjaciół postanowiły ubiegać się o urzędy publiczne, powoli się wydłuża. W Halifaxie na przykład o urząd burmistrza ubiegał się czarno-biały Tuxedo Stan. W Wirginii kot Hank kandydował do Senatu USA. Miejscowością Talkeetna na Alasce od 17 lat rządzi kremowy kocur Stubbs. Jego rządy mają charakter honorowy, bo Talkeetna nie ma statusu miasta, ale Stubbs codziennie dogląda swoich włości i czyni to z pełną powagą. Ciekawe, że koci kandydaci to sami mężczyźni. Więc jednak konserwatyzm?

Pretendenci do stanowisk nie aprobują polityki w obowiązującym wydaniu i to jest ich wspólna cecha. „Morris i jego kandydatura uświadamiają czarno na białym, jak bardzo ludzie mają dosyć partii politycznych i całego systemu" – wyjaśniał Sergio Chamorro z Xalapy, właściciel Morrisa. Choć nie krył zarazem, iż kota łączą jednak z politykami pewne wspólne cechy: „Bo śpi prawie cały dzień i nic nie robi".

Kocie kampanie mają wymiar tyleż ogólny, pod hasłem zwłaszcza wykorzenienia korupcji, co praktyczny: zapewnienia opieki bezdomnym zwierzętom, budowy schronisk, zadbania o akcję sterylizacji. I niekiedy, rzecz zadziwiająca, przynoszą rezultaty. Rada miejska Halifaxu przyznała na przykład 40 tys. dolarów na zorganizowanie dla zwierząt lecznic, w których, z dofinansowaniem ze strony miasta, mają być przeprowadzane zabiegi sterylizacji. To był właśnie program Tuxedo Stana. Stan, który niedawno, w młodym jeszcze wieku, zmarł na raka nerki, na pewno byłby szczęśliwy. „Bo Stan – jak powiedział dziennikowi „National Post" Hugh Chisholm, lekarz weterynarii i  jego pan – był politykiem z prawdziwego zdarzenia. Dotrzymywał obietnic".

POLECAMY

KOMENTARZE