Węgrzy bronią internetu

aktualizacja: 28.10.2014, 01:00
Foto: AFP

Protest przeciwko podatkowi sieciowemu to poważne ostrzeżenie dla przywódców Fideszu.

Demonstracja ponad 10 tysięcy ludzi zebranych w niedzielę na budapeszteńskim placu Bohaterów okazała się największym wystąpieniem wymierzonym w rządy Fideszu od wielu miesięcy.
Mimo trzech kampanii wyborczych odbywających się na Węgrzech w ciągu ostatniego roku opozycja nie była w stanie zmobilizować znaczących tłumów. Dokonała tego grupa aktywistów bez określonej afiliacji politycznej (choć niektórzy z nich wywodzą się z lewicy) w ciągu zaledwie kilku dni. Na profilu facebookowym „Sto tysięcy przeciw podatkowi od internetu" wzywającym do udziału w proteście podpisało się około 40 tys. osób.
Iskrą zapalną protestu okazała się propozycja rządu opodatkowania ruchu w internecie (150 forintów, czyli ok. ?2 zł za gigabajt transferu). To skutek gwałtownego poszukiwania dochodów państwa, ponieważ mimo prognozowanego na ok. 3 proc. wzrostu PKB w tym roku sytuacja budżetu znacząco się nie poprawiła. Nawet mimo zejścia deficytu poniżej 3 proc. zadłużenie przekracza 84 proc. PKB (dwa lata temu było już poniżej 80 proc.). Co więcej, skończyły się środki przejęte z prywatnych funduszy emerytalnych.
To po części skutek błędów polityki budżetowej, ale także konsekwencja zbyt dużego osłabienia forinta wobec głównych walut. Według nieoficjalnych szacunków rząd powinien ciąć  wydatki i zwiększyć przychody, by poprawić rachunek bieżący o ok. 5 proc. Z powodu długiego cyklu wyborów opóźniano przedstawianie planów niepopularnych posunięć. Czas na to nadszedł po ostatnich w serii wyborach samorządowych, a jednym z pomysłów okazał się „nowatorski" podatek internetowy.
– Nie był to najlepszy pomysł i zapewne nie pochodził od samego Viktora Orbána – mówi András Stumpf, publicysta zbliżonego do Fideszu tygodnika „Heti Válasz". – Myślę, że rzucili go ad hoc  urzędnicy Ministerstwa Finansów na gwałt szukający oszczędności. W parlamencie nikt nie będzie go popierał i sprawa zapewne upadnie – tłumaczy.
Pomysł jest o tyle kuriozalny, że takiego podatku nie ma w żadnym państwie europejskim (uwagę na to zwróciła unijna komisarz Neeli Kroes). Nic dziwnego, że Węgrzy, zwłaszcza młodzież i miejska inteligencja, zareagowali z irytacją.
– Początkowo ludzie protestowali rzeczywiście przeciwko zwiększaniu kosztów użytkowania internetu, dopiero potem pojawiły się także przejawy niechęci do władzy – tłumaczy „Rz" András Szakács, analityk centrum politologicznego Méltányosság. Część demonstrantów udała się pod siedzibę Fideszu na ulicy Lendvai. Aresztowano tam 6 najbardziej agresywnych osób, jednak do większych starć z policją nie doszło.
Mimo antyrządowych haseł pojawiających się na placu Bohaterów analitycy są zgodni, że przekucie niezadowolenia młodych ludzi bojących się, że władza może utrudnić im dostęp do najważniejszego dla nich medium komunikacji ze światem, w poparcie dla opozycji będzie trudne. – Opozycja nie ma dziś ani charyzmatycznych przywódców, ani wizji. Pozostaje jej bazowanie na konkretnych sprawach, które wywołują niezadowolenie – uważa Szakács.
– Problemem dla Fideszu może być za to utrata kontaktu z młodą inteligencją, która po raz drugi w ciągu roku wychodzi na ulice (pierwszy raz z powodu niekorzystnej dla studentów reformy szkolnictwa wyższego – przyp. red.) – mówi prof. Pál Tamás, socjolog z Węgierskiej Akademii Nauk. – Przywódcy partii, która kiedyś nazywała się Związkiem Młodych Demokratów, mają dziś około 50 lat i nie rozumieją współczesnych dwudziestolatków. Prowadząc politykę, bazują na niższej klasie średniej, głównie z prowincji. Tymczasem teraz odezwała się grupa wykształconej wielkomiejskiej młodzieży  nastawionej promodernizacyjnie i proeuropejsko. Dla niej nieograniczony dostęp do internetu jest równie ważny, jak dla młodych ludzi z lat 80. było posiadanie paszportu.
Wiele wskazuje na to, że rząd będzie chciał się wycofać z niefortunnego pomysłu. Pozostaje jedynie kwestia wyjścia z twarzą z kłopotliwej sytuacji, organizatorzy niedzielnej demonstracji dali bowiem władzy 48 godzin na wycofanie podatku internetowego, grożąc kolejnymi protestami od wtorku.
Z jednej strony przywódcy Fideszu nie chcą sprawiać wrażenia, że ustępują pod presją ulicy. Z drugiej zaś zaognianie sporu nie jest w interesie partii rządzącej, która znalazła się ostatnio w ogniu krytyki po kilku konfliktach zarówno z organizacjami pozarządowymi na Węgrzech, jak i z partnerami za granicą. Wyjątkowo złą prasę przyniosło Budapesztowi ogłoszenie tydzień temu zakazu wjazdu do USA dla kilku wysokich rangą urzędników oskarżonych przez Amerykanów o korupcję.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE