Plus Minus

Kto widział maki na Monte Cassino?

Feliks Konarski: natchnienie przyszło po szturmie
Fotonova
Książkę Melchiora Wańkowicza „Bitwa o Monte Cassino” uważano za prawdziwy pomnik postawiony bohaterom, dziś jednak jest ona czytana głównie jako lektura. Za to piosenkę Feliksa Konarskiego i Alfreda Schütza o makach wzrastających z żołnierskiej krwi znają wszyscy Polacy.
Książkę Melchiora Wańkowicza „Bitwa o Monte Cassino" uważano za prawdziwy pomnik postawiony bohaterom, dziś jednak jest ona czytana głównie jako lektura. Za to piosenkę Feliksa Konarskiego i Alfreda Schütza o makach wzrastających z żołnierskiej krwi znają wszyscy Polacy.

W „Bitwie o Monte Cassino" o makach nie ma ani słowa. Podobnie jak o „Czerwonych makach", Konarskim i Schützu. Zapewne dlatego, że Wańkowicz mógł piosenki nie słyszeć, bo nie widział wszystkich przedstawień tzw. teatralnej czołówki, nazywanej oficjalnie The Polish Parade. W tym czasie zapewne zajęty był spisywaniem świadectw, bo przecież jego książka by nie powstała, gdyby nie setki, a może nawet tysiące wywiadów z uczestnikami bitwy, wygranej przed siedemdziesięciu laty.

O dwóch występach pisarz na marginesie jednak wspomina, opisując je w sposób nieco ironiczny, choć nie bez podziwu. Relacjonuje mianowicie, że był świadkiem, jak wielki przedwojenny gwiazdor piosenki Adam Aston nawet nie drgnął, gdy kilkadziesiąt metrów od sceny spadł niemiecki pocisk, zabijając jednego z brytyjskich artylerzystów. Ani na moment nie przerwał śpiewania. Drugiemu przedstawieniu poświęca nieco więcej miejsca, skupiając się na występie aktorki, która przy każdym wybuchu dygała i mówiła „dziękuję", w ogóle nie przejmując się trwającą bitwą. W rozdziale „Melodeklamacja: jeden fortepian, jedne skrzypce, dwie baterie" wspomina też o wierszu traktującym o pewnym Maćku, „co prał za Polskę". Ale o „Czerwonych makach na Monte Cassino" ani słowa, mimo że, jeśli wierzyć świadectwom, piosenka zrobiła na publiczności ogromne wrażenie. Co nie dziwi, choćby z tego powodu, że powstała niemal na polu bitwy. Zapewne Wańkowicz traktował twórczość artystów z Polish Parade trochę lekceważąco, traktując ją jako produkt podkasanej muzy, jak wtedy mawiano. Bo przecież nie mógł przewidzieć, że piosenka Konarskiego i Schütza przebije kiedyś popularnością jego książkę, przez wielu uważaną za arcydzieło, bezdyskusyjną literacką klasykę i bezcenny dokument epoki. Bez względu na to, co dziś się pisze o historycznej wiarygodności tego tekstu (jedni krytycy „Bitwy pod Monte Cassino" wytykają pisarzowi nieścisłości, a inni gloryfikowanie bohaterstwa polskich żołnierzy wbrew faktom), jego wartości nie sposób podważyć. Ale jeś++++++li chodzi o „Czerwone maki", to jego autorzy i wykonawcy również od samego początku byli przekonani, że udało im się stworzyć coś wyjątkowego.

Linia Gustawa

Siedemnastego maja 1944 roku upłynęły równo cztery miesiące od momentu rozpoczęcia walk o Monte Cassino czy też o przełamanie linii Gustawa, bo o to w istocie chodziło. Wzgórze próbowali zdobywać Nowozelandczycy, Hindusi i Brytyjczycy, od drugiej strony bezskutecznie atakowali też Amerykanie i Marokańczycy z korpusu francuskiego. Zmagania o górę Cassino, która nadała nazwę aż czterem różnym bitwom, należały do najkrwawszych w całej II wojnie światowej, a na pewno na froncie zachodnim. Zginęło w niej w ciągu pięciu miesięcy około 200 tysięcy alianckich żołnierzy (poza wyżej wymienionymi również Południowi Afrykanie i Kanadyjczycy). 2. Korpus Polski dowodzony przez generała Władysława Andersa ruszył do boju w jej ostatniej fazie, choć wcześniej, na samym początku walk, w akcji dywersyjnej udział wzięli komandosi majora Władysława Smrokowskiego. Jednak to była akcja o marginalnym znaczeniu dla przebiegu bitwy.
W prawdziwej walce o przełamanie linii Gustawa Polacy mieli wziąć udział dopiero 12 maja. Atak rozpoczął się o 1.00 w nocy. Dzień wcześniej żołnierzom odczytano podpisany przez generała Andersa rozkaz, bez którego piosenka zapewne nigdy by nie powstała. Bo to akurat wiadomo dokładnie, jako że okoliczności jej napisania w nocy z 17 na 18 maja 1944 roku są doskonale znane za sprawą Feliksa Konarskiego, znanego jako „Ref-Ren". Podobnie jak inspiracje autora. Wszystko to znajdziemy w książeczce „Historia »Czerwonych maków na Monte Casino«" wydanej w 1961 roku w Londynie. I to przez samego twórcę, który uważał ten utwór za swoje opus magnum. Jak najbardziej słusznie, choć jest również autorem innych piosenek śpiewanych do dziś, takich jak „Strażak" („A tu się pali jak cholera..."), „Warszawski kataryniarz" czy „Pięciu chłopców z »Albatrosa«". Skąd jednak popularny przedwojenny artysta rewiowy – autor, aktor i piosenkarz w jednym – wziął się pod Monte Cassino? To znaczy, mówiąc precyzyjniej, jak to się stało, że zamiast walczyć, mógł pisać piosenki? Bo skąd się wziął, to akurat oczywiste. Jak wszyscy inni żołnierze Andersa – ze Związku Sowieckiego. Chciałoby się odruchowo napisać, że z łagru czy zesłania (bo stamtąd właśnie trafiali Polacy do 2. Korpusu), ale nie byłaby to prawda. Bo wbrew temu, co można przeczytać w niektórych źródłach, artyści z Polskiej Parady zwykle nie siedzieli wcześniej w więzieniach. W Sowietach zajmowali się dokładnie tym samym co przed wojną. Pisali i występowali. Większość po wybuchu wojny wylądowała we Lwowie i tam próbowała działać po wkroczeniu Rosjan, a kiedy teatry upaństwowiono, dostali przyzwoite pensje. Później jeździli z występami po całym ZSRR, a po wkroczeniu Niemców szczęśliwie wylądowali za Uralem. Udało im się przeżyć, bo większość, w tym Konarski i kompozytor piosenki Alfred Schütz, przyjęła sowieckie paszporty. Źle kończyli ci, którzy odmawiali, jak kolega z lwowskiego teatru Eugeniusz Bodo. Jako obywatel Szwajcarii był przekonany, że paszport tego kraju jest dla niego gwarancją bezpieczeństwa. Mylił się i pewnie dlatego zginął w łagrze. Tymczasem większość artystów tworzących później teatralną czołówkę 2. Korpusu radziła sobie nieźle, wykonując programy z rosyjską konferansjerką i polskimi piosenkami w Samarkandach czy innych Biszkekach. Żeby było jasne, nie oznacza to, że świetnie im się powodziło; niektórzy, np. Adam Aston czy Schütz, byli bliscy śmierci głodowej. Pierwszy przeżył dzięki temu, że znalazł miejsce na występy we Frunze, drugi napisał muzykę do hymnu Kirgizji i 400 rubli honorarium pozwoliło mu przetrwać do momentu, gdy został zmobilizowany do armii Andresa. Dowódcy korpusu utworzonego po podpisaniu układu Sikorski-Majski doszli bowiem do słusznego wniosku, że żołnierzom potrzebna będzie rozrywka, i kiedy zgłosił się do nich jeden z członków zespołu Żeleznodorożny Jazz, wysłali powołania wszystkim. Polska Parada powstała bowiem z połączenia tego właśnie zespołu, stworzonego przez Konarskiego – „Ref-Rena" i „Tea Jazz" Henryka Warsa, kompozytora największych przedwojennych przebojów. Twórcy, który w historii polskiej muzyki popularnej do dziś nie ma sobie równych, jeśli chodzi o ilość hitów (z „Miłość ci wszystko wybaczy" na czele). Artyści zaczęli występować jeszcze w czasie pobytu w Związku Sowieckim, co stało się zresztą powodem skandalu, kiedy oficer Armii Czerwonej usłyszał kuplet z szopki noworocznej traktujący o NKWD („Enkawude! Kochana stara buda! Enkawude! Ten pomysł wam się udał..."). Schütz wspomina też w książce Anny Mieszkowskiej „Była sobie piosenka" epizod, gdy wspólnie z kolegami na prośbę generała Andersa przygrywał mu do zakrapianej kolacji z sowiecką generalicją (m.in. marszałkiem Żukowem). Dowódca 2. Korpusu dziękował potem artystom za to, że uratowali 3 tysiące Polaków, Żydów i Ukraińców, którzy przyjęli sowieckie dowody tożsamości. Tego wieczoru podpisano rozkaz, by wypuścić ich z łagrów. Artyści z teatralnej czołówki przebyli cały szlak z armią Andersa. Po wyjściu ze Związku Sowieckiego byli w Persji, Iraku i Palestynie. Wszędzie tam dawali setki występów. Mówimy przecież o ponad 110 tysiącach żołnierzy. Żaden, nawet najliczniejszy i najsprawniejszy zespół rewiowy (a byli to przecież fachowcy z najwyższej półki), nie jest w stanie zagrać dla takiej liczby ludzi.

Szturm ?na gniazdo szczurów

Ale we Włoszech sytuacja jest inna. To tam polscy żołnierze, którym towarzyszy teatralna czołówka, pierwszy raz ruszają do boju. Stąd ten patos w rozkazie Andersa, który pisał o „długo oczekiwanej chwili odwetu zemsty nad odwiecznym naszym wrogiem", o „zadaniu, które rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego", i przypominał o milionach wymordowanych oraz bandyckiej napaści na Polskę. Do wielu te słowa, jak się wydaje, trafiły. A na pewno zapadły w pamięć Feliksowi Konarskiemu, którego ze względu na jego metodę pisania piosenek nazywano Ref-Renem – bo zawsze od niego zaczynał. Tym razem było jednak inaczej. Kiedy 17 maja Polska Parada występuje w miejscowości Aquafondata („Złowróżbna cisza ze szczytów się zwleka / I przez wąwozy pełznie i w niebo ulata / A w ciszy czuwa i czeka / Batalion Wilków pod Aquafondata") , walki trwają już sześć dni. Artyści nie zaprzestają jednak grania. Cały czas są z żołnierzami niemal na linii frontu. Po powrocie do kwatery Konarski zasypia, ale w środku nocy się budzi. W głowie kołatają mu cytaty z rozkazu Andersa. Myśli – jak relacjonuje w swoich wspomnieniach – o „ziejącej ogniem górze klasztornej". „Widzę ją. Czarnym masywem wbijająca się w niebo. Niedostępna. Szczytem chmur sięgająca... A pod chmurami zwały gruzów... A w gruzach kryjące się wściekłe szczury, których nie sposób wytępić. Szczury w chmurach... Nielogiczne – a przecież prawdziwe". Zaczyna pisać i w ciągu kilkudziesięciu minut tworzy dwie zwrotki i refren. Zaczyna od szczurów. Czy widzisz te gruzy na szczycie? Tam wróg twój się kryje jak szczur. Musicie, musicie, musicie Za kark wziąć i strącić go z chmur. I poszli szaleni zażarci, I poszli zabijać i mścić, I poszli jak zawsze uparci, Jak zawsze za honor się bić. Później „Ref-Renowi" przypominają się maki. Myślał o nich wcześniej, wracając z Aquafondaty. Zadawał sobie wtedy pytanie, „ilu naszych wśród nich zostanie". Dopisuje refren i drugą zwrotkę. Czuje, że tekst jest tak dobry, że nie potrzebuje poprawek. Czerwone maki na Monte Cassino Zamiast rosy piły polską krew. Po tych makach szedł żołnierz i ginął, Lecz od śmierci silniejszy był gniew. Przejdą lata i wieki przeminą. Pozostaną ślady dawnych dni I wszystkie maki na Monte Cassino Czerwieńsze będą, ?bo z polskiej wzrosną krwi. Runęli przez ogień, straceńcy, niejeden z nich dostał i padł, jak ci z Samosierry szaleńcy, Jak ci spod Rokitny sprzed lat. Runęli impetem szalonym, I doszli . I udał się szturm. I sztandar swój biało-czerwony Zatknęli na gruzach wśród chmur. Jest trzecia rano. Konarski idzie obudzić Schütza. Ten początkowo nie chce wstać, „Ref-Ren" jest jednak bardzo uparty. W końcu kompozytor zaczyna czytać tekst i powoli dociera do niego, że uczestniczy w czymś wyjątkowym. Pierwszą wersję muzyki ma gotową w ciągu kilkunastu minut. Konarski jest z niej zadowolony. Idzie obudzić resztę zespołu. Tym, którzy nie chcą wstawać, wyjaśni do skutku, że zdecydował, iż „jutro jedziemy na odcinek i piosenka ma być śpiewana". W końcu zbierają się na próbę i zaczynają śpiewać. Budzą swoich włoskich gospodarzy, którzy nieśmiało oponują przeciwko nocnym hałasom. O piątej idą spać. Wszyscy poza Schützem, który już nie zaśnie. Do rana „wygładza muzykę", jak sam mówi. Jeszcze tego samego dnia utwór zostanie pierwszy raz wykonany – na uroczystości, podczas której alianci będą świętować zwycięstwo. Kilka godzin po napisaniu „Czerwonych maków" proroctwo „Ref-Rena" się spełniło, rzeczywiście na ruinach klasztoru zatknięto polski sztandar. Brytyjski znalazł się tam dopiero po interwencji generała Andersa. A jako ostatni akord na ruinach zabrzmiał hejnał mariacki. Trzecia zwrotka pieśni powstała kilkanaście godzin później. W drodze na występ Konarski widzi bezimienny krzyż żołnierski, przy którym złożono bukiet maków. Jeszcze tego samego dnia pisze: Czy widzisz ten rząd białych krzyży? To Polak z honorem brał ślub. Im dalej pójdziesz, im wyżej, Tym więcej ich znajdziesz u stóp. Ta ziemia do Polski należy, Choć Polska daleko jest stąd, Bo wolność krzyżami się mierzy, Historia niejeden zna błąd. To z tej właśnie zwrotki pochodzi cytat, który dał tytuł wielu koncertom, płytom, a także filmowi o generale Andersie („Bo wolność krzyżami się mierzy"). Na obchody 25. rocznicy bitwy „Ref-Ren" dopisze jeszcze jedną strofkę.

Solista musi śpiewać

I to już koniec tej historii? Ależ skąd! Dopiero początek! Już podczas pierwszego publicznego wykonania pieśni ludzie płaczą. Wszyscy. I wykonawcy, i publiczność. Poza Gwidonem Boruckim, który musi śpiewać. Bo nie ma żadnych wątpliwości, że to on był pierwszym interpretatorem utworu. Był z tego zresztą dumny, biografia tego artysty, którą spisała Bogumiła Żongołłowicz, nosi tytuł „Jego były »Czerwone maki«". Niestety, okres włoski był dla Boruckiego fatalny. Generał Anders odebrał mu żonę (również aktorkę z Polskiej Parady), a Adam Aston piosenkę. Późniejszy Guido Lorraine, bo pod takim pseudonimem stał się znany jako aktor, wpadł w depresję, zresztą z powodu sytuacji osobistej chętnie z Włoch wyjechał, najszybciej, jak było to możliwe. To z powodu tych perturbacji „Czerwone maki" uchodzą za utwór Astona, a nawet Renaty Bogdańskiej, czyli Ireny Andersowej (primo voto Boruckiej). Błędnie. Zresztą w 40. rocznicę bitwy to właśnie Borucki vel Lorraine wykonał utwór, w obecności prymasa Józefa Glempa, w Monte Cassino. Ale w roku 1945, jak tylko mógł najszybciej, wyjechał do Londynu i odciął się od swojego dawnego życia, rozpoczynając spektakularną jak na emigranta karierę musicalową oraz filmową jako Guido Lorraine. Grywał u boku Douglasa Fairbanksa i Petera Ustinova, a reżyserzy chętnie obsadzali go w filmach o wojnie w rolach Niemców, co jest prawdziwą ironią losu, jako że z pochodzenia był Żydem. Piosenkę przejął Adam Aston, który pierwszy raz wykonał ją w filmie. Słynna scena z „Popiołu i diamentu", kiedy Maciek Chełmicki, słuchając „Czerwonych maków", podpala kieliszki ze spirytusem, wspominając zabitych przyjaciół, nie była kinowym debiutem utworu. Pierwszy raz pieśń wykorzystano w „Wielkiej drodze", mało znanym filmie nakręconym częściowo za pieniądze 2. Korpusu przez Michała Waszyńskiego i opowiadającym o losach zesłańców ze Lwowa, którzy trafili do armii Andersa. Ludzie pracujący w wydziale propagandy armii Andersa, m.in. Jerzy Giedroyc, znali się na swojej pracy i w „Czerwonych makach" dostrzegli ogromny potencjał. I już we Włoszech, natychmiast po napisaniu utworu, polecili opublikować w kilkunastu tysiącach egzemplarzy nuty oraz tekst. Szybko trafiły one za Atlantyk, jeszcze jesienią tego samego 1944 roku ukazały się w „Tygodniku Polskim", gdzie nazwano je nowym „Rozmarynem", myśląc o słynnej pieśni z czasów I wojny. W ciągu kilku miesięcy utwór wydrukowały niemal wszystkie polskie czasopisma emigracyjne. I nie tylko polskie. Ukazał się też po angielsku, francusku (i to w Egipcie!) oraz włosku.

Maki przeciw Bierutowi

Gorzej było w kraju, gdzie generał Anders nawet w okresie tużpowojennego chaosu uchodził za tego, który chce wywołać III wojnę światową, po to, by „wjechać do Polski na białym koniu". Nuty pieśni wydano dwukrotnie: w 1946 i 1947 roku, ale ważniejsze było to, że ludzie i tak znali „Czerwone maki" z emigracyjnego radia, gdzie często je nadawano. Zresztą tuż po wojnie nagrał je z Chórem Czejanda Mieczysław Fogg, który (wbrew swojemu wizerunkowi z późnego okresu kariery, kiedy uważano go za dobrodusznego matuzalema) był człowiekiem energicznym i odważnym. Scena z „Popiołu i diamentu" bliska jest prawdy. Istnieje wiele świadectw potwierdzających, że takie sytuacje się zdarzały. Niektóre spisali obcokrajowcy. Korespondent szwedzkiej prasy opisał w swoim artykule, jak w roku 1946 „Czerwone maki" wykonywano na dansingach w Warszawie i Sopocie. Tyle że nikt przy nich nie tańczył. Ludzie wstawali, traktując utwór jak „drugi hymn narodowy". Nawet zwolennicy nowego porządku tak reagowali, bo – jak konkludował szwedzki dziennikarz – „patriotyzm jest mocniejszy niż wszelkie polityczne zapatrywania". Niestety, później okazało się, że to nieprawda, i na osiem lat, do 1956 roku, zakazano publicznego wykonywania utworu, choć nie był to chyba zakaz formalny. Ale wszyscy i tak wiedzieli, jak się to może skończyć. Konarski cytuje we wspomnieniach historię o pewnym młodzieńcu aresztowanym za śpiewanie „Czerwonych maków" oraz pyszną anegdotę o wojskowym inwalidzie, akordeoniście, który wykonał pieśń na żołnierskiej uroczystości w czasach stalinowskich. Kiedy przybiegł do niego wściekły organizator, wrzeszcząc „Co pan gra?... Tu?... Na żołnierskiej akademii?", w odpowiedzi usłyszał „A pod Cassinem to kto się bił? Chińczyki???". Legenda zakazanej pieśni wciąż rosła i w 1958 roku, kiedy Wajda umieścił ją w „Popiele i diamencie", naprawdę była alternatywnym hymnem Polski. Hymnem, który mieścił w sobie protest przeciwko sowieckiemu zniewoleniu i propagandowemu zakłamaniu. I pewnie dlatego wciąż jest pamiętana. Powojenne losy twórców „Czerwonych maków" potoczyły się tak jak większości żołnierzy armii Andersa. „Ref-Ren" mieszkał najpierw w Anglii, potem w USA, gdzie wydawał książki i pisał kolejne przedstawienia. Podobnie jak Hemar okazał się zresztą twardym antykomunistą, piętnującym w swoich utworach jałtańską zdradę i mord katyński. Schütz z Włoch trafił do Brazylii, gdzie m.in. występował razem z Jerzym Petersburskim, a później osiedlił się w Monachium. Tam związał się z Radiem Wolna Europa. Na ironię losu może zakrawać informacja, która obiegła polskie media kilka miesięcy temu: dziś pozwolenia na wykorzystanie muzyki z utworu udzielają Niemcy, a konkretnie reprezentująca spadkobierców Schütza kancelaria prawnicza. I, jak twierdzi artysta Lech Makowiecki, robią z tym problemy. Kompozytor zmarł zresztą w ubóstwie i gdyby nie interwencja organizacji emigracyjnych, zostałby pochowany w bezimiennym grobie. A maki? Czy naprawdę rosły na Monte Cassino? W swoich wspomnieniach potwierdzają to tylko autorzy piosenki: Schütz i Konarski. Więc może ich tam nie było? A zresztą, jakie to ma znaczenie?
Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL