Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Biegactwo i inne religie

Dominik Zdort
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
W weekendy zazwyczaj ulice w Warszawie pustoszejš. Przyjemnoœciš jest wsišœć w samochód i nie zatrzymujšc się w korku przed każdym skrzyżowaniem, pohasać po mieœcie, choćby dla samej przyjemnoœci jazdy autem, która w dni powszednie jest marzeniem œciętej głowy, bo cała stolica została rozkopana i końca remontów nie widać.
W ubiegłš niedzielę jednak z Żoliborza do pracy na bliskiej Woli jechałem niemal godzinę. W korku, metr po metrze, bez możliwoœci zjazdu na bok. Okazało się, że przyczynš był bieg uliczny, jakiœ „półmaraton", nad którym zresztš – jak się potem dowiedziałem – miała patronat redakcja „Rzeczpospolitej". Już sama nazwa „półmaraton" wywołuje mój protest. Trasa maratonu to 42 kilometry, i jeœli ktoœ biegnie 21 kilometrów, to biegnie właœnie tyle – i z maratonem to nie ma nic wspólnego. Na tej zasadzie można mówić o biegu na nieco ponad 10 kilometrów jako o ćwierćmaratonie, a o biegu na 4200 metrów, że to decymaraton (albo jakoœ tak). Jak rozumiem, nazwę „półmaraton" wymyœlono w czasach politycznej poprawnoœci po to, żeby nie urazić tych uczestników biegu, którzy na przebiegnięcie całej trasy nie majš siły. Tu dygresja, która może trochę wytłumaczy mojš niechęć do maratonów i innych tego rodzaju fascynujšcych rozrywek. Nie biegam. Nigdy tego nie lubiłem i nie zdołał mnie namówić nawet mój młodszy brat, który jest wielkim fanem tego sportu (brał też udział w tym nieszczęsnym warszawskim „półmaratonie"). Nie chciałbym tu nikogo urazić, ale bieganie zawsze uważałem za rozrywkę dla ludzi (wybacz, Pawle, jestem pewien, że Ciebie to nie dotyczy) o, powiedzmy, niezbyt subtelnej umysłowoœci. Proszę mnie nie pytać, na czym polega różnica, ale wolę rower – każdego wieczoru bez problemu pedałuję po kilkadziesišt kilometrów, a już 5 minut biegu powoduje u mnie poczucie nudy i kompletnego odmóżdżenia.
Mam jednak znacznie lepszy i bardziej racjonalny powód, żeby nie lubić biegania – drażni mnie to, że w ostatnich latach zostało ono wyniesione do poziomu religii. To już nie bieganie, to raczej „biegactwo", którego uprawianie nie jest sportem, ale wyznaniem wiary. Znam niezmiernie zapracowanych ludzi, którzy nie majš czasu, aby raz w tygodniu spędzić w koœciele trzy kwadranse, za to wstajš codziennie przed œwitem, aby pobiegać sobie przez dwie godziny. I choć nie sš w stanie spotkać się raz w miesišcu z rodzinš czy przyjaciółmi, to zawsze wygospodarujš parę dni, aby wyskoczyć z podobnymi sobie wyznawcami na maraton do Berlina. Jak każdy kult, ma „biegactwo" swoje œwięte przedmioty, których używa się przy sprawowaniu obrzędów. Ogromnie œmieszš mnie rozmowy biegaczy, na których trafiam czasem tu i ówdzie. Prowadzone w poważnym tonie długie dyskusje o najwyższej klasy gadżetach mierzšcych czas, puls i trasę za pomocš GPS, zakupionych w specjalistycznych sklepach za grube dziesištki tysięcy złotych, o koszulkach i dresach z kosmicznych materiałów oddychajšcych w tę i z powrotem, o kosztujšcych kilkaset dolarów superbutach ze skomplikowanymi systemami amortyzacji. I pomyœleć, że jeszcze podczas olimpiady w Rzymie w 1960 roku etiopski maratończyk Abebe Bikila zdobył złoty medal, przebiegajšc cały dystans bez butów. Tak, ten, kto wymyœlił wyniesienie biegania do roli religii, powinien otrzymać specjalnš premię od wielkich firm produkujšcych sprzęt sportowy. Choć najpewniej to one same owš wiarę wymyœliły i wypromowały. Koledzy z jednej z warszawskich redakcji opowiadali zabawne historyjki o wicenaczelnym, który jako człowiek w sile wieku nawrócił się na tę religię. Skutkiem było po pierwsze przyjęcie przez owš gazetę „biegactwa" jako oficjalnej linii politycznej, a po drugie powołanie wewnštrz owej firmy półoficjalnej sekty biegaczy. Przynależnoœć do tej grupy, w której wspomniany ważny redaktor objšł funkcję guru, dawała szybszy awans. Odmowa zaœ udziału w różnorakich „biegackich" obrzędach mogła prowadzić nawet do załamania dziennikarskiej kariery. Nurtowało mnie pytanie, dlaczego biegacze nie odprawiajš swoich obrzędów na peryferiach miast. Dlaczego zamiast truchtać w ekologicznych warunkach Lasku Młocińskiego czy Moczydłowskiego, zamiast œcigać się w Puszczy Kampinoskiej, zawsze muszš to robić w centrum, gdzie powietrze pełne jest spalin? Dlaczego muszš zatrzymywać ruch w wielkich metropoliach – Warszawie, Nowym Jorku, Berlinie – w imię swojej rozrywki? Czy wartoœć ich wysiłku byłaby mniejsza, gdyby wraz z naprawdę wiernymi (a nie zmuszonymi do tego przez zamknięcie ulic) kibicami zrobili sobie rundkę wokół Zalewu Zegrzyńskiego? Pierwsza – i najprostsza – odpowiedŸ brzmi: tu w ogóle nie chodzi o bieganie. Chodzi o okazję do pokazania się firm produkujšcych stroje i sprzęt, sponsorów płacšcych za organizację biegu oraz jego organizację. Kiedy przypadkowi kibice poczekajš sobie dwie godziny na autobus, kiedy kierowcy postojš półtorej godziny w korku tuż obok logo sponsora, to jego nazwa na pewno utrwali im się w pamięci. Ale jest też inne wyjaœnienie. Koœcioły i silne ruchy religijne zawsze budowały gmachy swoich œwištyń na wzgórzu w centrum miasta. Pewnie więc i wyznawcy „biegactwa" chcš nam pokazać, że ich bóg jest najważniejszy.
ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL