Plus Minus

Biegactwo i inne religie

Dominik Zdort
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
W weekendy zazwyczaj ulice w Warszawie pustoszeją. Przyjemnością jest wsiąść w samochód i nie zatrzymując się w korku przed każdym skrzyżowaniem, pohasać po mieście, choćby dla samej przyjemności jazdy autem, która w dni powszednie jest marzeniem ściętej głowy, bo cała stolica została rozkopana i końca remontów nie widać.
W ubiegłą niedzielę jednak z Żoliborza do pracy na bliskiej Woli jechałem niemal godzinę. W korku, metr po metrze, bez możliwości zjazdu na bok. Okazało się, że przyczyną był bieg uliczny, jakiś „półmaraton", nad którym zresztą – jak się potem dowiedziałem – miała patronat redakcja „Rzeczpospolitej".
Już sama nazwa „półmaraton" wywołuje mój protest. Trasa maratonu to 42 kilometry, i jeśli ktoś biegnie 21 kilometrów, to biegnie właśnie tyle – i z maratonem to nie ma nic wspólnego. Na tej zasadzie można mówić o biegu na nieco ponad 10 kilometrów jako o ćwierćmaratonie, a o biegu na 4200 metrów, że to decymaraton (albo jakoś tak). Jak rozumiem, nazwę „półmaraton" wymyślono w czasach politycznej poprawności po to, żeby nie urazić tych uczestników biegu, którzy na przebiegnięcie całej trasy nie mają siły. Tu dygresja, która może trochę wytłumaczy moją niechęć do maratonów i innych tego rodzaju fascynujących rozrywek. Nie biegam. Nigdy tego nie lubiłem i nie zdołał mnie namówić nawet mój młodszy brat, który jest wielkim fanem tego sportu (brał też udział w tym nieszczęsnym warszawskim „półmaratonie"). Nie chciałbym tu nikogo urazić, ale bieganie zawsze uważałem za rozrywkę dla ludzi (wybacz, Pawle, jestem pewien, że Ciebie to nie dotyczy) o, powiedzmy, niezbyt subtelnej umysłowości. Proszę mnie nie pytać, na czym polega różnica, ale wolę rower – każdego wieczoru bez problemu pedałuję po kilkadziesiąt kilometrów, a już 5 minut biegu powoduje u mnie poczucie nudy i kompletnego odmóżdżenia.
Mam jednak znacznie lepszy i bardziej racjonalny powód, żeby nie lubić biegania – drażni mnie to, że w ostatnich latach zostało ono wyniesione do poziomu religii. To już nie bieganie, to raczej „biegactwo", którego uprawianie nie jest sportem, ale wyznaniem wiary. Znam niezmiernie zapracowanych ludzi, którzy nie mają czasu, aby raz w tygodniu spędzić w kościele trzy kwadranse, za to wstają codziennie przed świtem, aby pobiegać sobie przez dwie godziny. I choć nie są w stanie spotkać się raz w miesiącu z rodziną czy przyjaciółmi, to zawsze wygospodarują parę dni, aby wyskoczyć z podobnymi sobie wyznawcami na maraton do Berlina. Jak każdy kult, ma „biegactwo" swoje święte przedmioty, których używa się przy sprawowaniu obrzędów. Ogromnie śmieszą mnie rozmowy biegaczy, na których trafiam czasem tu i ówdzie. Prowadzone w poważnym tonie długie dyskusje o najwyższej klasy gadżetach mierzących czas, puls i trasę za pomocą GPS, zakupionych w specjalistycznych sklepach za grube dziesiątki tysięcy złotych, o koszulkach i dresach z kosmicznych materiałów oddychających w tę i z powrotem, o kosztujących kilkaset dolarów superbutach ze skomplikowanymi systemami amortyzacji. I pomyśleć, że jeszcze podczas olimpiady w Rzymie w 1960 roku etiopski maratończyk Abebe Bikila zdobył złoty medal, przebiegając cały dystans bez butów. Tak, ten, kto wymyślił wyniesienie biegania do roli religii, powinien otrzymać specjalną premię od wielkich firm produkujących sprzęt sportowy. Choć najpewniej to one same ową wiarę wymyśliły i wypromowały. Koledzy z jednej z warszawskich redakcji opowiadali zabawne historyjki o wicenaczelnym, który jako człowiek w sile wieku nawrócił się na tę religię. Skutkiem było po pierwsze przyjęcie przez ową gazetę „biegactwa" jako oficjalnej linii politycznej, a po drugie powołanie wewnątrz owej firmy półoficjalnej sekty biegaczy. Przynależność do tej grupy, w której wspomniany ważny redaktor objął funkcję guru, dawała szybszy awans. Odmowa zaś udziału w różnorakich „biegackich" obrzędach mogła prowadzić nawet do załamania dziennikarskiej kariery. Nurtowało mnie pytanie, dlaczego biegacze nie odprawiają swoich obrzędów na peryferiach miast. Dlaczego zamiast truchtać w ekologicznych warunkach Lasku Młocińskiego czy Moczydłowskiego, zamiast ścigać się w Puszczy Kampinoskiej, zawsze muszą to robić w centrum, gdzie powietrze pełne jest spalin? Dlaczego muszą zatrzymywać ruch w wielkich metropoliach – Warszawie, Nowym Jorku, Berlinie – w imię swojej rozrywki? Czy wartość ich wysiłku byłaby mniejsza, gdyby wraz z naprawdę wiernymi (a nie zmuszonymi do tego przez zamknięcie ulic) kibicami zrobili sobie rundkę wokół Zalewu Zegrzyńskiego? Pierwsza – i najprostsza – odpowiedź brzmi: tu w ogóle nie chodzi o bieganie. Chodzi o okazję do pokazania się firm produkujących stroje i sprzęt, sponsorów płacących za organizację biegu oraz jego organizację. Kiedy przypadkowi kibice poczekają sobie dwie godziny na autobus, kiedy kierowcy postoją półtorej godziny w korku tuż obok logo sponsora, to jego nazwa na pewno utrwali im się w pamięci. Ale jest też inne wyjaśnienie. Kościoły i silne ruchy religijne zawsze budowały gmachy swoich świątyń na wzgórzu w centrum miasta. Pewnie więc i wyznawcy „biegactwa" chcą nam pokazać, że ich bóg jest najważniejszy.
Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL