Literatura

Giełda kawowa

Antoni Słonimski w kawiarni „Czytelnika”, 1959: jeden mistrz, dwie kawiarnie, dwie epoki
EAST NEWS
Czasem w kawiarniach spotykano się, żeby porozmawiać o sprawach ważnych dla literatury, ale jednak częściej – żeby wymienić plotki, dowcipy, komentarze ?i anegdoty.
Czym była kawiarnia literacka? Bo chyba można używać czasu przeszłego, miejsca takie jak opisane przez pana w „Warszawskich kawiarniach literackich" już nie istnieją.
Andrzej Z. Makowiecki, historyk literatury: Istnieją miejsca spotkań środowiska literackiego, na przykład reporterska kawiarnia Wrzenie Świata czy Czuły Barbarzyńca, tyle że tam brakuje publiczności. Dopiero wtedy, kiedy do kawiarni przychodzą ludzie, żeby na pisarzy popatrzeć albo ich podsłuchać, możemy mówić o społecznym obiegu literatury. To teraz wytłumaczmy, o co chodzi. Wyobraźmy sobie np. Małą Ziemiańską, rok 1927. Przy stoliku na pięterku siedzi Jan Lechoń, bo on był tam mistrzem ceremonii. Jeden ze skamandrytów, wielki poeta, którego wiersze były powszechnie znane, znajomy wielkich tamtego świata.
Od razu można założyć, że nie siedzi sam. Bo to było miejsce spotkań nie tylko wielkiej piątki poetów, ale także ludzi z kręgów sympatyzujących ze skamandrytami. W mojej książce próbowałem prostować pewne stereotypowe sądy. W 1927 roku Lechoń mógł siedzieć na pięterku, bo ono się właśnie wtedy pojawiło, po remoncie. I właściciel kawiarni zaoferował mu stolik dla „Cyrulika Warszawskiego", bo on był w tym czasie redaktorem naczelnym. Ale Ziemiańska już od 1918 roku była miejscem spotkań literatów i ich wielbicieli, jednak rzeczywiście dopiero pojawienie się stolika sprawiło, że stała się gwiazdą wśród warszawskich kawiarni literackich. Co pisarze robią przy swoim stoliku? Cóż, rzadko się zdarzało, żeby tam powstawały dzieła. Oni się po prostu spotykali o określonej godzinie, żeby porozmawiać o sprawach ważnych dla literatury, ale jednak częściej, żeby wymienić plotki, dowcipy, komentarze i anegdoty. Nie da się pisać w towarzystwie, więc to, co się dzieje w kawiarni, jest rodzajem teatru. Jak najbardziej. Więc oni obgadują nieobecnych, w tym także swoich najbliższych znajomych. Można założyć, że przy stoliku Kwadrygi, na parterze Ziemiańskiej, wypowiada się złośliwości o skamandrytach, a na pięterku o awangardzie. A Witold Gombrowicz, który dopiero aspiruje i pojawia się tam regularnie w latach 30., wypowiada złośliwości na temat jednych i drugich. Między innymi na tym polegał ten rynek. Ale tego rynku nie ma bez anegdot literackich, bez bon motów, których publiczność oczekuje. Choć rzadko ma do nich dostęp. Ale łatwo jest je podawać, bo ktoś odchodzi od stolika i powtarza dowcip Słonimskiego. Albo któreś z powiedzonek Franca Fiszera, np. o Leśmianie. Przyjechała pusta dorożka i wysiadł z niej Bolesław Leśmian – to słynny bon mot Fiszera, co do którego nie ma nawet pewności, kto go wymyślił. W Paryżu podobnie mówiono o aktorce Sarze Bernhardt, która też była bardzo szczupła i niska. Ale o to mniejsza. Do bon motów stosuje się zasadę „nieważne, czy prawdziwe, ważne, że dobrze powiedziane". A Fiszer był mistrzem bon motu, kawiarnianym mędrcem, i to przez dwie epoki, od czasów Młodej Polski do wybuchu wojny. Tyle że był Sokratesem, który nie znalazł swojego Platona. Mało po nim zostało, choć eseje poświęcili mu Kotarbiński i Błeszyński, ale on bez reszty realizował się w kawiarnianych rozmowach. Nie miał potrzeby zapisywania swoich błyskotliwych anegdot i ripost. Dziś pewnie prowadziłby talk-show. To prawdopodobne. Ale możemy żałować, że ocalał głównie w pamięci swoich przyjaciół. Takich jak np. bohaterka „Pożegnania jesieni" Bela Hertz, później Izabela Czajka-Stachowicz, sportretowana przez Witkacego jako Hela Bertz. Zresztą to była prawdziwa egeria środowiska literackiego, Zbigniew Uniłowski opisał ją we „Wspólnym pokoju" jako femme fatale, ale nie wydaje się, że jest to portret bliski prawdy. Ona wraz z mężem przez lata utrzymywała Fiszera, który swój majątek zaprzepaścił, ba, dawała mu nawet dach nad głową. A on był ważnym elementem krajobrazu kulturalnego Warszawy przez pierwsze trzy dekady XX wieku, mimo że niczego nie dokonał. Poza Fiszerem mistrzami bon motów byli przed wojną skamandryci. Oczekiwano tego od nich, bo byli w tamtych czasach kimś, kogo dziś nazywamy celebrytami. Zwłaszcza Julian Tuwim jako autor tekstów kabaretowych i Antoni Słonimski jako felietonista. Umiejętności tego środowiska – PR-owskie, jak powiedzielibyśmy dziś – były naprawdę imponujące. Jedna sprawa jest taka, że oni stworzyli najważniejszy tygodnik kulturalny tamtych czasów, prowadzone przez Mieczysława Grydzewskiego „Wiadomości Literackie". Ale świetnie funkcjonowali też na salonach, przyjaźnili się z wieloma ludźmi władzy, adiutant Piłsudskiego Wieniawa-Długoszowski był stałym gościem ich stolika. Potrafili sobie załatwić posady w dyplomacji, zadbali o swój wysoki status materialny i decydowali o hierarchiach literackich. Czego chcieć więcej? Ale jeżeli będziemy rozmawiać tylko o skamandrytach, to ktoś może pomyśleć, że fenomen kawiarni literackich dotyczy jedynie czasów przedwojennych, a przecież w PRL one się odrodziły. Oczywiście, po wojnie też powstały sławne miejsca literackie: Czytelnik, PIW czy Ujazdowska. Niektóre zresztą dalej istnieją, ale stolików już nie ma. Henryk Bereza nie żyje, Tadeusz Konwicki bywa rzadko, zresztą nie miałby już z kim siedzieć. Niesłychanie ważną postacią był po wojnie Antoni Słonimski, który łączył dwie epoki, był kawałkiem przedwojennej kawiarni w czasach komunizmu, bohaterem anegdot i autorem bon motów. Takich jak ten z 1968 roku, powtarzany w związku z antysemicką nagonką, rozpętaną przy okazji wojny izraelsko-egipskiej, kiedy na słowa Gomułki, że Polak powinien mieć jedną ojczyznę, odpowiedział: „Rozumiem, że Polak powinien mieć jedną ojczyznę, ale dlaczego to miałby być Egipt?". Mamy tu zresztą drugie dno, bo przecież Słonimski jest autorem słynnego wiersza „Dwie ojczyzny", o różnym rozumieniu powinności wobec narodu i wobec ojczyzny. Za to został w 1938 spoliczkowany w Ziemiańskiej przez endeka Ipohorskiego, który uderzając go, krzyknął: „Masz, Żydzie, nie będziesz więcej Polski szkalował". Ale dla mnie nie do przelicytowania jest słynna riposta Słonimskiego skierowana do Aleksieja Surkowa, prezesa sowieckiego związku pisarzy, na zjeździe polskich literatów w 1957 roku. „Panie Antoni – pyta Surkow – gdzie tu można zrobić siusiu?" „Pan? Wszędzie!" – odpowiedział Słonimski. Teoretycznie to anegdota literacka, ale ma przecież charakter polityczny. Tak jak bon mot o Egipcie. Wydaje mi się, że najważniejsza różnica między kawiarnią przedwojenną a powojenną polega na tym, że w PRL te miejsca były ośrodkami życia politycznego. Kształtowały się tam opinie, których z powodu cenzury nie można było ogłaszać w prasie. Kawiarnie kanalizowały napięcie związane z brakiem wolności słowa. To przy stoliku Słonimskiego w PIW pojawił się, w roku 1964, pomysł Listu 34. Właściwie można powiedzieć, że w kawiarniach literackich narodziła się opozycja. A do Czytelnika, o czym pan pisze w książce, regularnie wpadał druh Jacek Kuroń, który znalazł się nawet z tego tytułu w pierwszym wydaniu „Bedekera warszawskiego" Olgierda Budrewicza. A potem trzeba go było wyciąć. Bo choć PIW nadawał ton w kwestiach politycznych, to w Czytelniku też podpisywano listy i protesty. Ale chyba portret warszawskich kawiarni literackich byłby niepełny, gdybyśmy nie wspomnieli, że to właśnie tam namaszczano młodych pisarzy na wybitność. To funkcjonowało jeszcze w czasach PRL. Jeśli Tadeusz Konwicki rzucał do kogoś swoje magiczne „przychodź", nie: „przyjdź", tylko „przychodź", to znaczyło, że jesteś kimś poważnym. Symboliczne pasowanie na pisarzy Janusza Głowackiego czy Edwarda Stachury też odbyło się w Czytelniku, tyle że przy stoliku Henryka Berezy. Ale tylko o Ziemiańskiej mówiono przed wojną, że to rodzaj mafii. To była oczywiście przesada, ale skamandryci i ich stolik mieli broń straszliwą, „Wiadomości Literackie". Jeżeli zrecenzowali kogoś w rubryce „Książki najgorsze", to oznaczało śmierć i literacką, i towarzyską. Zresztą podobną moc miały recenzje teatralne Słonimskiego. Kiedy wystawiono kiepską bulwarową sztukę „Kartka papieru", podsumował ją słowami „To nie była kartka, to była rolka". Musimy jeszcze dodać, że warszawskie kawiarnie literackie nie zaczęły się wraz z Ziemiańską, tylko znacznie wcześniej, na przełomie XIX i XX wieku, kiedy pojawia się grupa, którą później nazwano bohemą artystyczną. Najważniejszą kawiarnią tamtych czasów była Udziałowa na Nowym Świecie, w miejscu dzisiejszego Empiku. Zresztą w jednej z jej siedmiu filii w 1918 r. rozpoczął swoją działalność Pikador, w którym narodził się Skamander. Była też Nadświdrzańska i kawiarnia Mueckego. Ale to w Udziałowej Żeromski poznał Annę, swoją drugą żonę, co skończyło się skandalem. Tam bywali pisarze młodopolscy. On zresztą chodził też do Ziemiańskiej. Podobnie jak Reymont. Ale już Sienkiewicz w kawiarniach się nie pojawiał, za bardzo dbał o swój image. Zabawna jest opowieść, jak umówił się kiedyś z Przybyszewskim i Stach nie bardzo wiedział, jak się wobec klasyka zachować, zaproponował więc, by napili się wódki. Możemy chyba powiedzieć, że w Polsce wiek XX był epoką kawiarni literackich i że one zniknęły wraz z końcem tego stulecia. Dziś prawdziwych kawiarni już nie ma. Mamy inne sposoby komunikacji: istnieją instytucjonalne formy opozycji, a ponieważ zniknęły inteligenckie snobizmy, pisarze przestali być celebrytami. Teraz są nimi ludzie z telewizji. Mało kogo obchodzi, co mają do powiedzenia literaci, jak wyglądają, z kim romansują, więc po co komu kawiarnia? Prof. dr hab. Andrzej Zdzisław Makowiecki jest historykiem literatury okresu Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego, emerytowanym profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Teatralnej. Opublikował m.in.: „Młodopolski portret artysty", „Trzy legendy literackie. Przybyszewski – Witkacy – Gałczyński" czy „Wokół modernizmu".
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL