Zabijanie filozofii

aktualizacja: 21.01.2014, 00:50
Ryszard Legutko
Ryszard Legutko
Foto: Fotorzepa, BS Bartek Sadowski

Ogólna formacja umysłowa nie jest już celem polskich uczelni. Jest nim natomiast ?po pierwsze, produkowanie możliwie licznej rzeszy kiepskich absolwentów. ?A po drugie, produkowanie pewnej liczby specjalistów ?o dużych kompetencjach ?– pisze filozof.

W czasach II Rzeczpospolitej filozofia miała się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Kłopoty, i to poważne, zaczęła mieć po drugiej wojnie wraz z powstaniem PRL. Dość szybko zabrano się do przeganiania najwybitniejszych filozofów z uczelni lub zmuszanie ich do upokarzających koncesji na rzecz nowej ideologii i nowego ustroju. Przede wszystkim jednak wprowadzono na długie lata panowanie filozofii marksistowskiej na uczelniach jako jedynej obowiązującej wykładni. Filozofia, zaliczona odtąd do tzw. przedmiotów ideologicznych, służyć więc miała we wszystkich szkołach wyższych, na wszystkich wydziałach i kierunkach jako przedmiot indoktrynujący młode umysły i wiążący je z ustrojem komunistycznym.

Rozszerzanie świadomości

Rzeczywistość okazała się jednak nie tak łatwa do opanowania, jak sądzili sternicy nowego ustroju. Po kilku latach starzy profesorowie wrócili na uczelnie, a chociaż niektórych z nich znowu szybko odsunięto (jak na przykład Izydorę Dąmbską), to przecież ta stara kadra sprawiła, że filozofia, mimo iż była na pierwszej linii ideologicznego frontu, nigdy nie upadła w PRL-u tak nisko jak na przykład ekonomia. Tę przecież praktycznie zlikwidowano, a od roku 1989 zaczęto ją budować od początku z dającymi się łatwo przewidzieć skutkami. Filozofii, mimo ciężkich strat, udało się zachować ciągłość.
Powszechne nauczanie historii marksistowskiej zmieniło się dość szybko w nauczanie filozofii po prostu. Nazwa wprawdzie pozostała, lecz na wielu uczelniach praktyka z nazwą nie miała wiele wspólnego. W niektórych szkołach wyższych – wówczas na szczęście nie nazywały się one jeszcze uniwersytetami – gdzie rządzili partyjni aparatczycy, indoktrynacja kwitła w najlepsze, lecz w ośrodkach bardziej cywilizowanych już tego nie było. Na mojej uczelni, Uniwersytecie Jagiellońskim, nauczanie filozofii marksistowskiej oznaczało – przynajmniej od moich czasów studenckich – nauczanie filozofii. W ten sposób pierwotny zamiar komunistów – filozofia jako narzędzie komunizowania ludzkiej świadomości – zmienił się w swoją odwrotność: filozofia stała się przedmiotem rozszerzającym świadomość.
Uczono przede wszystkim historii filozofii. Przyczyn było wiele, a jedną z nich ta, że na polskich uniwersytetach od wielu dziesięcioleci historia filozofii miała pozycję uprzywilejowaną. Jeszcze na długo przed powstaniem PRL-u traktowano ją jako podstawę edukacji filozoficznej. Greka i łacina były znane w II RP i wcześniej wszystkim lub prawie wszystkim największym polskim filozofom, a także tym mniejszym. Niektórzy z tych wielkich w czasach swojej młodości nauczali klasycznych języków w szkołach średnich Lwowa, Warszawy, Wilna czy Krakowa, a oczytanie w starożytnej filozofii wydawało się warunkiem elementarnym każdego, kto chciał zrobić karierę w filozofii. Równie silną pozycję miała znajomość języka niemieckiego, co otwierało drogę do potężnej filozofii niemieckiej.

Przygody ludzkiego umysłu

Te stare nawyki przetrwały w PRL-u i historia filozofii zachowała swoją kluczową rolę. Za wyjątkowo fortunną okoliczność należy uznać i to, że polska młodzież miała do swojej dyspozycji wyjątkową książkę, którą była „Historia filozofii" Władysława Tatarkiewicza. Trudno przecenić znaczenie tej książki w przetrwaniu w Polsce kultury filozoficznej. Całe pokolenia uczyły się na niej w PRL-u, a była ona całkowicie wolna od  komunistycznej ideologii. Próbowano stworzyć dla niej marksistowską alternatywę, na przykład podręcznik historii filozofii Jana Legowicza, ale Tatarkiewicz i tak wygrywał. Choć jego książka miała liczne słabości, a dzisiaj w wielu kwestiach trudna jest do obrony, to przecież reprezentowała ona w tamtych czasach rzeczywistą historię filozofii, a nie narzędzie utrwalania ustroju.
Uczenie się historii filozofii miało jeszcze tę dobrą cechę, że wprowadzało młode umysły w długą opowieść o przygodach ludzkiego umysłu. Dla marksizmu te przygody się skończyły wraz z dziełami Marksa, Lenina i – do pewnego momentu – Stalina, ale Tatarkiewicz przekazywał co innego. Okazywało się, że Arystoteles miał coś ciekawego do powiedzenia, a także św. Tomasz, Hobbes i wielu innych. Student, o ile włożył wystarczająco dużo wysiłku w studiowanie, nabywał przekonania, że filozofia to takie miejsce, gdzie spotykają się uczeni mężowie z okresu dwóch i pół tysiąca lat i spierają się o rzeczy zasadnicze: o to, czy świat ma sens, a jeżeli – to jaki, czy rozum rzeczywiście wyróżnia człowieka wśród innych istot, czy wraz z poznaniem prawda oddala się od nas, czy przybliża, czy czynienie dobra wynika rzeczywiście z natury ludzkiej, i wiele wiele innych.
Nauczanie filozofii zmieniło się w nauczanie pewnych konkretnych, dość ściśle oddzielonych od siebie wąskich dziedzin
Stąd liczni młodzi ludzie studiowali filozofię jako drugi kierunek, a za takimi decyzjami stały poważne zainteresowania poważnymi problemami. W moich rocznikach studenckich miałem kolegów inżynierów, lekarzy, fizyków, matematyków, filologów; wszyscy oni przychodzili studiować filozofię, ponieważ chcieli studiować filozofię. Ta motywacja miała już wkrótce stać się rzadkością. W każdym razie lata 70. i 80. to okres niezwykłej popularności filozofii wśród studentów, a także w przestrzeni publicznej (co niekoniecznie cieszyło władzę, bo wiązało się po części z przemianami w polskiej świadomości, które doprowadziły do upadku starego ustroju). Pamiętam artykuł w jednym z amerykańskich miesięczników dość znanego tamtejszego filozofa, który po kilkakrotnym pobycie w naszym kraju stwierdził – jakże dla nas pochlebnie – że Polacy są narodem filozofów, bo nieustannie do filozofii się odwołują.
Gdy komunizm upadał, wielu uważało – w tym piszący te słowa – że wreszcie po trudnym okresie filozofia odzyska swoją pozycję, taką, jaką miała w II RP, i że nie będzie się musiała rozwijać wbrew państwu, ale pod jego troskliwą opieką. Początki były rzeczywiście obiecujące, lecz po kilku latach stało się jasne, że III RP nie darzy filozofii sympatią. Zaczęło się od problemu praktycznego. Kto ma płacić za nauczanie filozofii na wszystkich kierunkach i wydziałach?

Nieprzydatny balast?

Problem praktyczny dałoby się zapewne rozwiązać, gdyby nie ogólniejsze zmiany w myśleniu. Od samego początku III RP w środowiskach akademickich zapanował nastrój reformowania, ale dość szczególnego. Miało być odtąd na naszych uczelniach „normalnie", czyli tak jak „na Zachodzie". Ale „normalnie" , a więc „na Zachodzie" kursu historii filozofii dla wszystkich studentów nie ma, a filozofia tam znajduje się raczej na marginesie.
I tak zaczęło być w Polsce. Środowisko akademickie i rządzący resortem podjęli brzemienne w skutki niefortunne decyzje.  Uniwersytety zaczęły upodabniać się do szkół zawodowych, a szkoły zawodowe stały się uniwersytetami. W nowej formule szkoły wyższe spełniały dwie podstawowe funkcje. Jedną z nich było kształcenie specjalistów w konkretnych dziedzinach, drugą – rozdawanie, najczęściej odpłatne, dyplomów szerokim rzeszom studenckim bez względu na ich wykształcenie. W żadnej z tej funkcji filozofia się nie mieściła.
Dla przyszłych specjalistów filozofia musiała być balastem. Pamiętam, gdy pewna studentka ekonomii poproszona przeze mnie o analizę krótkiego fragmentu „Obrony Sokratesa", wpadła w histeryczny gniew, krzycząc: „nienawidzę tego, to jest głupie i niepotrzebne". Dyrektorzy i dziekani takich słów nie używali, ale pogląd o nieprzydatności filozofii skłonni byli podzielać. Albo więc z niej rezygnowali, albo starali się ją uprzydatniać: filozofia zarządzania dla studentów zarządzania, filozofia historii dla historyków, filozofia fizyki dla fizyków itd. Pojawiać się zaczęły różne marketingowe bajery w rodzaju kognitywistyki, filozofii kultury, filozofii globalnej, etyki biznesu, etyki środowiska, filozofii sportu i turystyki (sic!).
Praktyka hojnego rozdawania dyplomów licencjackich i innych z początku przyniosła pewne efekty, bo przyciągnęła niemałą liczbę studentów, którzy mając w perspektywie bezrobocie, ale z możliwym wyborem dyplomów licencjackich europeistyki, amerykanistyki, zarządzania, kulturoznawstwa, kosmetologii, turystyki, stosunków międzynarodowych i filozofii, wybierali posiadanie dyplomu filozofii. Nie miało to żadnego związku z zainteresowaniami, tak jak żadnego związku z zainteresowaniami nie miał wybór kulturoznawstwa czy europeistyki, czy zarządzania kulturą. Ale i ten model się wyczerpał, również dlatego, że konkurujące w tej dziedzinie uczelnie wzajemnie się osłabiały.
Sama filozofia w nowej pokomunistycznej rzeczywistości też się zmieniała. Ona też pragnęła być „normalna" i „taka jak na Zachodzie". Upodobniła się więc trochę do innych dziedzin i zaczęła także produkować specjalistów. Rola historii filozofii, w kształceniu i w podejściu do problematyki filozoficznej, wyraźnie osłabła. Nauczanie filozofii zmieniło się w nauczanie pewnych konkretnych, dość ściśle oddzielonych od siebie wąskich dziedzin, a specjaliści od tych dziedzin już coraz mniej mieli sobie nawzajem do powiedzenia.
Ostatnia reforma szkolnictwa wyższego przypieczętowała powyższe tendencje, zarówno dla filozofii, jak i dla wszystkich uczelni. Wprowadzona regulacja mówiąca o tym, że kto chce studiować filozofię jako drugi kierunek, ten musi zapłacić, jest logicznym następstwem ukrytego, ale kluczowego założenia dla całego systemu kształcenia. Założenie to mówi, że ogólna formacja umysłowa nie jest już celem polskich uczelni. A co jest tym celem? Cel – powtórzmy, bo nigdy dość tego powtarzać – jest podwójny. Po pierwsze, produkowanie możliwie licznej rzeszy kiepskich absolwentów, ponieważ ich możliwie wielka ilość zapewnia uczelni przetrwanie, a  możliwie wysoka jakość temu przetrwaniu zagraża. Po drugie, produkowanie pewnej ilości specjalistów o dużych kompetencjach. Na razie pierwszy cel został osiągnięty. Co do drugiego, to przyjdzie poczekać jeszcze na polskie Noble, ale na razie wszystko wskazuje, że ilość wybitnych akademików to mniej więcej stała proporcja niezależnie od desperackich ruchów kolejnych ministrów.
Miejsca na filozofię w tak funkcjonującym systemie nie ma, bo resortowi trudno odpowiedzieć na pytanie, co pożytecznego wniesie wzmocnienie roli filozofii do produkcji masy źle wykształconych, lecz niezbędnych w swej ilości absolwentów i do produkcji specjalistów. A jeśli nic nie wniesie lub wniesie rzecz dzisiaj tak śmiesznie ulotną i tak mało cenioną jak kultura umysłowa, to po co za taką ekstrawagancję płacić?
Czy zatem ostatnia akcja obywatelska obrony filozofii na uczelniach nie ma sensu? Wprost przeciwnie. Sens ma wielki, lecz jej szanse są znikome, o ile nie zmieni się u nas sposób myślenia o szkolnictwie wyższym. Obawiam się jednak, że to jest znacznie trudniejsze niż uratowanie filozofii w Białymstoku. Ale próbować trzeba.
Autor jest profesorem filozofii. ?W roku 2007 był ministrem edukacji narodowej. Od roku 2009 jest posłem PiS?do Parlamentu Europejskiego
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE