Rozmowa "Rz"
Nadmiar zasad bywa szkodliwy
Członków demokratycznej partii nie będzie można karać jak uczniów - uważa Jarosław Gowin z PO
Prawybory wywołują silne emocje w Platformie. Spodziewał się pan tego?
Jarosław Gowin, członek zarządu PO, poseł: Nie ma w Platformie problemu prawyborów. Co najwyżej jest problem Janusza Palikota i naruszania przez niego ustalonych standardów. Ale jego wyskoki w niczym nie umniejszają znaczenia prawyborów dla partii, a nawet dla całej sceny politycznej.
Co warte są prawybory, jeśli zwolennik jednego z kandydatów nie może powiedzieć, co myśli o przeciwniku?
Skoro umówiliśmy się, że będziemy uprawiać kampanię pozytywną, to trzeba się tego trzymać. Nie ogranicza to demokratycznego charakteru prawyborów. Poza tym w polskiej kulturze politycznej wzajemne atakowanie się przez kandydatów tej samej partii byłoby źle odebrane.
Posłanka Joanna Mucha powiedziała niedawno, że Palikot zaczął grać na siebie, a nie na partię, i to jest złe.
Trafna ocena. Pytanie tylko, kiedy Palikot zaczął: ostatnio czy już dawno temu?
Widać, że się nie lubicie. Czy dlatego, że pan popiera Radosława Sikorskiego, a on Bronisława Komorowskiego?
Nie. Nie akceptuję stylu uprawiania polityki, który przyjął Palikot.
A dlaczego opowiedział się pan za Sikorskim, który zawala obowiązki szefa MSZ, żeby robić sobie kampanię?
Nie zauważyłem, żeby poświęcał prawyborom więcej czasu niż jego konkurent. A popieram go ze względu na zakres konstytucyjnych uprawnień głowy państwa. Prezydent w Polsce zajmuje się obronnością i polityką zagraniczną. W pierwszym przypadku obaj nasi kandydaci mają odpowiednią wiedzę i doświadczenie. Ale jeżeli chodzi o politykę zagraniczną, to większe kwalifikacje ma Sikorski.
A osobiste sympatie lub antypatie nie wchodzą w grę?
Nie mam żadnych powodów, żeby nie głosować na Komorowskiego. Przecież przez jakiś czas był związany ze środowiskiem konserwatywnym. Po prostu mamy dwóch świetnych kandydatów, z których jednego oceniam nieznacznie lepiej.
Sikorski to polityczny singiel. Po objęciu stanowiska prezydenta mógłby się odciąć od Platformy.
Nie sądzę, by taki scenariusz był o milimetr bardziej prawdopodobny w przypadku Sikorskiego niż w przypadku Komorowskiego.
A nie razi pana styl, jaki szef MSZ przyjął w kampanii? Na przykład osobiste wycieczki pod adresem prezydenta Lecha Kaczyńskiego?
Nie lubię ostrego języka w polityce. Myślę zresztą, że Polacy źle to odbierają. Choć od biedy mieści się to w konwencji kampanii wyborczej.
A czy w tej konwencji mieszczą się sugestie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, że Sikorski ma coś na sumieniu?
Nie jestem Dziewicą Orleańską – wiem, że w polityce trzeba mieć twarde łokcie. Wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego mieści się w granicach polskiej konwencji uprawiania polityki, dość zresztą miernej. Jestem jednak pewien, że prezes PiS swoimi wynurzeniami na temat Sikorskiego strzelił sobie w kolano.
Dlaczego?
Bo przypomniał najgorsze stereotypy, jakie przypisuje się PiS, czyli skłonność do zbierania haków i posługiwanie się bezpodstawnymi oskarżeniami. PiS straciło przez tę wypowiedź naprawdę sporo punktów.
Jest pan pierwszym politykiem PO, który przełamał niechęć do LPR. Wciągnął pan dwóch radnych z tej partii do klubu PO w sejmiku małopolskim.
Nie jestem pierwszy, bo w środowiskach lokalnych dochodziło już do takich porozumień. Dwaj radni, o których mówimy, od początku kadencji głosowali tak jak PO. Teraz postanowiliśmy sformalizować naszą współpracę, a media zrobiły z tego wielkie halo. Wśród dziennikarzy dosyć powszechne jest przekonanie, że jeżeli ktoś był wszechpolakiem, to do końca życia nie należy mu podawać ręki. Ci sami ludzie z dużą wyrozumiałością traktują agentów bezpieki. Nie znoszę takiej hipokryzji.
Może media wypatrują zbliżenia PO i LPR, bo gdy Roman Giertych ogłosił, że Jarosław Kaczyński zbierał haki na opozycję, Platforma skwapliwie to podchwyciła?
Negocjowałem porozumienie z Giertychem długo przed jego wystąpieniem. Te negocjacje były bardzo racjonalne, a ich efekt – zadowalający.













