Rozmowa "Rz"
Na prawo od nas tylko ściana
My mówimy: naród powinien być bardziej zintegrowany, oświata powinna być nastawiona na przekazywanie wartości patriotycznych w nauczaniu historii, języka polskiego, różnego rodzaju elementów kulturoznawstwa w programach szkolnych – przekonuje szef PiS w rozmowie z Joanną Lichocką
Po roku w opozycji jaki ma pan pomysł na powrót do rządzenia?
W demokracji jest coś takiego jak stała relacja między rządem a opozycją. Jesteśmy główną partią opozycyjną w Polsce. I cała rzecz polega na tym, żeby, po pierwsze, mieć alternatywny wobec rządzących projekt dla kraju, a po drugie – dotrzeć z nim do opinii publicznej. Projekt mamy i mieliśmy przez cały czas. Jego nowa wersja będzie przedstawiona w początku przyszłego roku. To, co – jeśli chodzi o PiS – jest dużo trudniejsze, to dotrzeć z nim do opinii publicznej. Dotrzeć nie z karykaturą partii, tylko z jej rzeczywistym obrazem. PiS jest dalekie od ideału, ale jednak zupełnie nie przypomina tej karykatury, która jest przez ogromną część mediów pokazywana.
Jak pan chce to zmienić?
Doświadczenie podkarpackie pokazuje, że daje się dotrzeć do wyborców mimo niechęci mediów. Da się to robić, mówiąc w przenośni, na piechotę, gdy punktem dotarcia dla naszych działaczy, posłów, senatorów jest parafia. Nie w sensie religijnym, tylko w sensie jednostki terytorialnej. Spotkania z ludźmi, rozmowy – to bardzo dobrze działa. Oczywiście nie da się spotkać wszystkich, ale wystarczy trafić do części, by nasz przekaz został podany dalej. Jeżeli podsumować wynik PO i PSL i nasz wynik w wyborach 2007 r., to na Podkarpaciu było prawie równo. Jeżeli porównać wynik w ostatnich uzupełniających wyborach do Senatu, to myśmy dostali już prawie dwa razy więcej głosów niż oni. Oczywiście nie było takiej frekwencji jak zwykle, ale wynik i tak daje znacznie bardziej wiarygodną wiedzę niż to, co czytamy w sondażach.
Co to znaczy, że chce pan zdobywać poparcie na piechotę? Wyśle pan swoich posłów do gmin i parafii, niech namawiają do popierania PiS?
Nie ma rady, trzeba kontaktować się z ludźmi bezpośrednio. Ale wiem, że w skali całego kraju zastosowanie tej metody jest niemożliwe. Nie mamy takich sił, nie jesteśmy w stanie dotrzeć wszędzie za pomocą tych struktur, które mamy. Trafienie do tych, do których nie jesteśmy w stanie dotrzeć bezpośrednio, to najtrudniejsze zadanie. Ale mamy zamiar zrobić dużo, żeby dotrzeć. Uruchamiamy różne szkolenia. Pracujemy nad wizerunkiem. Będzie nowy medialny front z nowymi twarzami PiS.
Na razie zmian nie widać. Widać chaos. A słupki w sondażach nie chcą rosnąć.
Teraz nie widać, ale doświadczenie pokazuje, że trzeba mieć jakiś punkt startu, moment odbicia – tak jak w 2005 roku mieliśmy wiec w Sali Kongresowej, który dał nam impet i ogromny postęp. Na powtórzenie tego na tą samą skalę tym razem nie liczymy, niemniej zasada pozostaje zasadą: trzeba działać etapami. Tego wymaga struktura świadomości zbiorowej i prawa rządzące przekazem medialnym. Powolne, ewolucyjne zmiany nic nie dają. Zatem na początku roku pokaże się w jakimś sensie nowe PiS. Z całą pewnością to, co prezentujemy, jest alternatywne wobec modelu, sposobu uprawiania polityki, projektu politycznego, które prezentuje PO. Jeżeli choćby po trosze ten żenujący – bo skrajnie nieobiektywny, odrzucający wszelkie reguły dziennikarstwa – charakter przekazu medialnego zostanie opanowany, to sądzimy, że mamy szanse na znaczną poprawę naszej pozycji.
Liczy pan na zmianę sposobu działania mediów, na które pan od lat narzeka? Dlaczego dziennikarze mieliby nagle posłuchać uwag prezesa PiS?
Nie liczę na zmianę postaw. Liczę na inną strukturę sytuacji. Taka sprzyjająca nam struktura powstała około 2004 roku.
Liczy pan na jakąś nową aferę Rywina?
Nie, ale są zjawiska innego charakteru, również mające dalekosiężny wpływ na zmianę sytuacji politycznej. I sądzę, że Platforma na to zjawisko decydującego wpływu nie ma.
Mówi pan o kryzysie gospodarczym?
Nietrudno się domyślić.
To dlatego PiS tak chętnie weszło w konflikt o euro?
Wejście do strefy euro nie może być rozważane bez brania pod uwagę kryzysu. Jesteśmy wciąż krajem dużo biedniejszym niż przeciętna Unii Europejskiej i wprowadzenie euro w czasie kryzysu będzie prowadziło do spowolnienia gospodarki bądź, nie daj Boże, nawet do recesji. Wprowadzenie euro oznacza politykę schładzania gospodarki. Jeśli rządzący mimo to za tym mocno optują, to warto zapytać głośno Donalda Tuska o tę „poważną załogę, która bierze się za nasze kieszenie”. Tusk, mówiąc o tej załodze w 2005 roku, mówił o PiS. Tymczasem kieszenie Polaków były w znakomitym stanie w ciągu dwóch lat naszych rządów. Natomiast teraz rzeczywiście „poważna załoga” do naszych kieszeni się wzięła i one zaczynają już w niektórych miejscach radykalnie (tak jak na wsi), a w innych mniej radykalnie, pustoszeć. I jeśli nic się nie zmieni, będą pustoszeć coraz bardziej.













