Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Mariusz Cieślik pisze o tym, że kultura staje się polem bitwy

Czy linia artystyczna przyjęta przez Jana Klatę, urodzonego eksperymentatora, pasuje do sceny, która nosi szczytne miano narodowej?
Fotorzepa
Kultura staje się w Polsce polem œwiatopoglšdowej bitwy. Dlatego, że mamy dziœ do czynienia z sytuacjš, kiedy mniejszoœć usiłuje narzucić większoœci swój punkt widzenia i estetykę – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.
Jeszcze miesišc temu mało kto w Polsce wiedział o istnieniu tęczy na placu Zbawiciela i jej autorki Julity Wójcik, symulujšcego seks z krzyżem artysty Jacka Markiewicza czy reżysera Jana Klaty (a może nawet w ogóle Narodowego Starego Teatru w Krakowie). Dziœ działalnoœć tych współczesnych twórców stała się tematem debaty. Co w zasadzie wszystkich powinno cieszyć, bo dla tożsamoœci społeczeństw nie ma nic ważniejszego niż kultura. Oczywiœcie, trudno się radować z tego, że ktoœ niszczy instalacje (tęcza) czy zrywa przedstawienia („Do Damaszku" Klaty). Ale już demonstrowanie pod galeriš (jak w przypadku Centrum Sztuki Współczesnej) czy nawet wygłaszanie opinii na sali teatralnej w Krakowie wydajš się uprawnionymi formami krytyki. W końcu to my wszyscy jesteœmy sponsorami tych współczesnych artystów, bo dzieła, o których mowa, powstajš za pienišdze publiczne bšdŸ prezentowane sš w miejscach utrzymywanych przez podatników. Reżyser wytropił wštki antysemickie w sztuce Zygmunta Krasińskiego. Chciał zrobić spektakl o polskim antysemityzmie. Z klasycznego tekstu zostałyby strzępki

Wszystkiemu winna prawica

Powiedzmy sobie zresztš szczerze, żaden prywatny inwestor nie będzie finansował spektakli Jana Klaty czy instalacji Jacka Markiewicza. Wystarczy przejœć się do któregokolwiek z prywatnych teatrów, by się przekonać, co tam się gra. O eksperymentach w rodzaju tych, na jakie pozwala sobie dyrektor Starego Teatru w Krakowie, nie ma tam mowy. Ani o wystawianiu Strindberga. Na prywatnych scenach, utrzymywanych z pieniędzy zostawionych przez widzów w kasach, wystawia się przede wszystkim komedie. Ewentualnie dalekie od poetyki Klaty, współczesne sztuki obyczajowe, które dajš gwiazdom szansę aktorskiego popisu. Podobnie jest w przypadku komercyjnych galerii, gdzie nikt nie pokazuje dziwactw w stylu instalacji wideo, a już tym bardziej takich, z powodu których ktoœ może się poczuć obrażony. Marszandzi eksponujš to, co może znaleŸć nabywców, czyli najczęœciej pejzaże i portrety. Krótko mówišc, ci, którzy sš zmuszeni na sztuce zarabiać, dajš publicznoœci to, czego ona naprawdę chce. A większoœć ludzi, jeœli pragnie mieć w domu dzieło sztuki, to takie, które można by nazwać pięknym. Do teatru zaœ chodzi się rozerwać, a nie męczyć czymœ, czego nie rozumie. Można to nazwać gustem mieszczańskim albo nawet filisterskim, jak ktoœ woli, ale nie ma specjalnych wštpliwoœci, że takie właœnie sš powszechne upodobania. Takich dzieł nie zobaczymy jednak ani w Centrum Sztuki Współczesnej, ani w Starym Teatrze w Krakowie. Tam twórcy, dzięki polityce kierownictw tych instytucji, mogš sobie pozwolić na eksperyment, prowokację i pójœcie pod pršd gustów większoœci. Ale jest to możliwe, powtórzmy, tylko dzięki publicznym pienišdzom. Czy to znaczy, że należałoby zmusić szefostwo warszawskiej galerii, żeby pokazywało jelenie na rykowisku, bo ludzie je lubiš, a dyrekcję Starego Teatru do wystawiania fars? Nie w tym rzecz. Nawet jeœli niektóre dzieła sztuki majš nielicznych odbiorców, to przecież państwo powinno zadbać o ofertę również dla nich. Należy jednak mieć œwiadomoœć, że w Polsce mamy dziœ do czynienia z sytuacjš, kiedy to mniejszoœć usiłuje narzucić większoœci swój punkt widzenia i estetykę. Ten, kto uważa, że scena narodowa nie jest odpowiednim miejscem dla eksperymentów Jana Klaty; że w galeriach finansowanych z publicznych œrodków nie należy pokazywać dzieł, które częœć publicznoœci uważa za bluŸniercze; że symbol homoseksualistów nie powinien być eksponowany obok koœcioła, bo to mogłoby kogoœ urazić; piętnowany jest jako osobnik pozbawiony elementarnej kultury i straszny prawicowiec. Pół biedy, kiedy mówiš tak dziennikarze czy krytycy, gorzej, gdy z pouczeniami występujš urzędnicy, bo akurat oni powinni brać pod uwagę wrażliwoœć publicznoœci. Również tej konserwatywnej. Oczywiœcie, każdy z omawianych przypadków jest inny, ale warto zwrócić uwagę, że wszystkie stały się polem bitwy œwiatopoglšdowej między rzšdzšcymi i kibicujšcymi im mediami oraz szeroko pojętš prawicš. Przy okazji zerwania spektaklu usłyszeliœmy od dyrektora Starego Teatru, że zrobiła to prawica; w zwišzku z protestami przed Centrum Sztuki Współczesnej mówiono, że akcję zorganizowali ludzie z kręgów Radio Maryja; a co do tęczy, to nie ma wštpliwoœci, że została spalona przez osobników uważajšcych się za narodowców. Choć, na moje oko, przede wszystkim sš oni bandytami.

W obronie tęczowej Polski

A skoro już jesteœmy przy tęczy, to od niej zacznijmy. Szczerze mówišc, praca Julity Wójcik bardzo mi się podobała, a zaskoczyła mnie tym bardziej, że wczeœniej kojarzyłem tę artystkę jedynie z akcjš obierania ziemniaków w Zachęcie. Nie przywidziało się Państwu, autorka tęczy siedziała sobie w najbardziej prestiżowej galerii kraju i obierała kartofle. Czy zostały zjedzone czy wyrzucone, niestety nie wiem. Tak czy owak, podobnie jak palma Joanny Rajkowskiej na warszawskim rondzie de Gaulle'a, tęcza na Placu Zbawiciela wydawała mi się dobrym pomysłem na jakoœciowš odmianę przestrzeni publicznej w stolicy. Głosy, że chodzi o prowokację wymierzonš w katolików, bo instalacja stoi obok koœcioła, uważałem za przesadne. Tymczasem dziœ okazuje się, że się myliłem. To jest prowokacja. W „Apelu w obronie tęczowej Polski" (podpisanym m.in. przez Agnieszkę Holland, Sławomira Sierakowskiego i Jacka Żakowskiego) jasno napisano, że zniszczony został pomnik „tolerancji przede wszystkim wobec osób LGBT", czyli symbol walki o prawa homoseksualistów. To jednak zmienia postać rzeczy, bo wczeœniej słyszeliœmy, że każdy, kto twierdzi, iż chodzi o gejów, to paranoik, bo przecież tęcza to również symbol chrzeœcijaństwa. Jak widać, kibole nie sš tacy głupi, jak się powszechnie sšdzi. Skoro spalili tęczę jako symbol znienawidzonego przez siebie „pedalstwa", wykazali się przenikliwoœciš godnš krytyków sztuki, bo przecież przez długie miesišce mówiono, że chodzi o coœ zupełnie innego. Żeby było jasne: bez względu na to, czego symbolem jest tęcza, nie ma przyzwolenia na wandalizm i bandytyzm. Ale pani prezydent Warszawy, zamiast bezwarunkowo wspierać inicjatywę odtworzenia instalacji w dotychczasowym miejscu, powinna jednak sprawę na nowo przemyœleć. Albo zrobić sondaż wœród mieszkańców stolicy z pytaniem, czy życzš sobie symboli ruchu homoseksualnego w pobliżu koœciołów. Skoro mogła zapytać w sprawie pomnika smoleńskiego i wyszło jej, że ludzie go nie chcš, to dlaczego nie w kwestii tęczy? O „Adoracji Chrystusa" Jacka Markiewicza nie mam wiele do powiedzenia, bo dzieło jest żenujšce i szkoda mi czasu na komentowanie tego, że ktoœ nagi dobiera się do krzyża. Sšdzę, że jest to bardziej przypadek dla psychiatry niż publicysty. A to, że instalacja jest prezentowana w prestiżowym Centrum Sztuki Współczesnej, dowodzi jedynie, że w obiegu galerii przestały już obowišzywać jakiekolwiek kryteria i wystarczy, że ktoœ skończył studia artystyczne, by to, co wytwarza, uznać za sztukę. Praca na takim poziomie w ogóle nie powinna być nigdzie pokazywana. Można by jeszcze ewentualnie dodać, że połšczenie seksu i krzyża to w Polsce najlepszy sposób dla artysty, by zyskać rozgłos, dlatego co jakiœ czas ktoœ się na to decyduje (najgłoœniejszy przykład to ukrzyżowane genitalia, czyli „Pasja" Doroty Nieznalskiej). I tyle, bo na dłużej chciałbym się zatrzymać przy kwestii konfliktu w Starym Teatrze. Wbrew temu, co słyszeliœmy jeszcze niedawno, nie chodzi bowiem o żadnych prawicowców, tylko o konflikt pomiędzy częœciš zespołu a dyrektorem. Owszem, zaczęło się od protestu w trakcie przedstawienia „Do Damaszku" w reżyserii Jana Klaty, z którego podczas symulowanej sceny seksu z udziałem Krzysztofa Globisza i Doroty Segdy wyszła częœć publicznoœci.

Strategia prowokatora

Ale dziœ sytuacja jest zupełnie inna. Ze Starego odchodzi wielka aktorka Anna Polony, a siedmioro artystów (z Anna Dymnš i Tadeuszem Hukiem na czele) rezygnuje z ról w „Nie-Boskiej komedii". Efektem jest zawieszenie prób spektaklu przygotowywanego przez Olivera Frljicia. Tak zatem nie dowiemy się pewnie już nigdy, o co naprawdę poszło, bo przedstawienie prawie na pewno nie ujrzy œwiatła dziennego. Sporo wiadomo jednak z przecieków do lokalnych krakowskich mediów. Pochodzšcy z Boœni reżyser chciał ponoć zrobić spektakl o polskim antysemityzmie, bo wštki antysemickie wytropił w sztuce Zygmunta Krasińskiego i w inscenizacji Konrada Swinarskiego (do której spektakl miał nawišzywać). Z klasycznego tekstu zostałyby strzępki, bo aktorzy mieli improwizować na temat. Nic to, że „Nie-Boska komedia" traktuje o czym innym. Kogo to obchodzi – zdawał się nam komunikować realizator. Okazało się, że znaleŸli się wœród aktorów tacy ludzie. Obchodzi ich, o czym sš spektakle, w których grajš. I, jak rozumiem, nie podzielajš opinii reżysera, że arcydzieło polskiego romantyzmu to tekst antysemicki. Również i w tym wypadku dyrektor Starego otrzymał niemal bezwarunkowe wsparcie od władz, konkretnie od ministra kultury. Pytanie brzmi jednak, czy Bogdan Zdrojewski naprawdę znał sytuację w teatrze. Bo, oczywiœcie, zrywanie przedstawień czy obrażanie aktorów to zachowanie naganne, ale dziœ już wyraŸnie widać, że w okolicach narodowej sceny dzieje się coœ złego. Być może Jan Klata, utalentowany reżyser, twórca wielu wybitnych przedstawień (w tym wspaniałej „Orestei" w Starym Teatrze) po prostu nie nadaje się na dyrektora, skoro dopuœcił do takiej sytuacji? W kuriozalnym komentarzu w „Gazecie Wyborczej" Roman Pawłowski oburzał się na aktorów, że wynoszš informacje na temat niegotowego spektaklu na zewnštrz, do mediów. A co majš zrobić w sytuacji, kiedy uważajš, że na scenie ich teatru dziejš się rzeczy niedopuszczalne? Wszystko wskazuje bowiem na to, że to, jak wyglšda obecnie repertuar Starego Teatru, oburza nie tylko częœć publicznoœci, ale i zespołu aktorskiego. Być może strategia artystyczna przyjęta przez Jana Klatę, urodzonego prowokatora i eksperymentatora, po prostu nie pasuje do tej sceny, która nosi szczytne miano narodowej? Kolejny raz powtarzam „być może", bo zasadniczš kwestiš jest sformułowanie celu, jaki chce osišgnšć państwowy mecenas. Jeœli chodzi o artystyczne prowokacje i nierozerwalnie z nimi zwišzane skandale, to powierzenie dyrekcji teatru Klacie miało sens, ale może chodziło jednak o coœ innego.

W sobotę w Plusie Minusie: Joanna Szczepkowska - Nowe w Starym

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby Jan Klata założył własny teatr. Myœlę, że Ministerstwo Kultury w uznaniu  zasług chętnie wyłoży œrodki na działalnoœć takiej sceny...  Natomiast proponować, żeby Anna Dymna wyniosła się ze Starego, jak jej się nie podoba? Hańba!
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL