Dwie strony Everestu

aktualizacja: 23.08.2013, 00:00
Tylko na pomoc jaków można jeszcze liczyć bez obaw
Tylko na pomoc jaków można jeszcze liczyć bez obaw
Foto: Plus Minus, Bartłomiej Wróblewski

Na Dachu Świata nie obowiązują ani zawarte wcześniej kontrakty, ani dobre obyczaje. Agresywni Szerpowie rzucają kamieniami w himalaistów, a ci nie mogą liczyć na wzajemną solidarność.

W ostatnich latach uczestniczyłem w dwóch wyprawach na Everest. Wiosną 2012 r. wspinałem się od strony tybetańskiej granią północno-wschodnią. Powodem przerwania ataku szczytowego na wysokości ok. 7700 metrów było załamanie pogody. Wiosną 2013 r. wchodziłem na Everest od strony nepalskiej granią południowo-wschodnią. Tym razem dotarłem do ok. 8300 metrów. Przerwanie ataku szczytowego związane było z awarią maski tlenowej. Nie jest to jednak cała prawda o powodach niepowodzenia obu wypraw. Były też inne powody. W tym tekście chciałbym ujawnić trzy z nich: przemoc ze strony Szerpów, złe praktyki agencji wspinaczkowych i problemy z ratowaniem życia.

Spektakularna historia alpinistów, Szwajcara Ueliego Stecka oraz Włocha Simona Moro, którzy zostali zaatakowani przez grupę stu Szerpów, odbiła się szerokim echem na świecie i wznowiła dyskusje o stanie himalaizmu i etyce w górach.
Gdy zażądałem od Szerpy wywiązania się z umowy, zagroził mi, że zabije mnie na szczycie Mount Everestu
Zdjęcia Szerpów atakujących podobóz Ueliego Stecka i Simona Moro obiegły świat. Będąc w bazie pod Everestem, nie miałem dostępu do telewizji, toteż zdarzenia te znałem tylko z pośredniej relacji wspinaczy, którzy o niej słyszeli bądź, rzadziej, osobiście widzieli. O sprawie kilkakrotnie rozmawiałem z innymi alpinistami. Charakterystyczna była wypowiedź lidera mojej wyprawy: „Zapewne nie jest prawdą, że Szerpowie obrzucili kamieniami namioty Stecka i Moro. Ueli Steck to zresztą kawał gnojka. Ma wiele znajomości na świecie. Zadzwonił do zaprzyjaźnionych dziennikarzy, a ci sprzedali światu jego wersję wydarzeń".
Wydawało mi się mało prawdopodobne, aby historia została zupełnie zmyślona, bo rozmawiali o niej wszyscy w bazie pod Everestem, ale dopiero gdy wróciłem do Katmandu, na własne oczy zobaczyłem w telewizji Al-Jazeera, że to rzeczywiście się wydarzyło. Niezależnie od tego, czy Steck i Moro w jakiś sposób sprowokowali sytuację, i niezależnie od tego, czy ktoś jest gnojkiem, czy nie, nie powinniśmy w żadnym przypadku pozwalać na dokonywanie samosądów i agresję ze strony Szerpów.

Wyprawa za 22 tys. dolarów

Wspinaczka na ośmiotysięczniki, w szczególności na Everest, jest niemożliwa bez wsparcia agencji wspinaczkowych. W 2012 r. korzystałem z usług firmy World Records Expedition and Trek. Polecił mi ją mój szwajcarski partner Urs Bernard, który korzystał z jej usług rok wcześniej. Jednym z właścicieli i jej prezesem jest Lhakpa Gelu Sherpa, 14-krotny zdobywca Everestu, a w przeszłości najszybszy wspinacz na Evereście.
Na początku marca 2012 r. zapłaciłem tej agencji 22 200 dolarów. Okazało się jednak, że firma z powodu braku wystarczajacej liczby klientów nie zdecydowała się na organizację wyprawy i sprzedała nas spółce Monterosa Treks and Expedition. Oczywiście nie informując mnie o tym.
Nazwę tej agencji poznałem dopiero 12 kwietnia na granicy nepalsko-chińskiej. W niemieckiej ambasadzie w Katmandu, którą informowałem o szczegółach śmierci wspinacza Ralfa Arnolda, który także zaufał tej agencji, dowiedziałem się, że Monterosa od wielu lat ma fatalną reputację.
W World Records zostało ustalone, że w skład naszego zespołu wchodzimy ja i mój szwajcarski partner, a także dwóch wskazanych z nazwiska Szerpów, Ang Pasang oraz Pasang Karma. W przypadku gdyby jeden z nas musiał się wycofać, obaj Szerpowie mieli pozostać z drugą osobą.
Następnego dnia po przekroczeniu granicy z Chinami, wieczorem 13 kwietnia 2012 r., mój partner miał wypadek i 15 kwietnia wrócił do Nepalu. Agencja – znów bez informowania mnie o tym – nakazała jednemu z Szerpów, Pasangowi Karmie, natychmiastowy powrót do domu. Moje próby interweniowania w tej sprawie okazały się bezskuteczne.
17 kwietnia drugi z Szerpów, Ang Pasang z rozbrajającą szczerością wyznał mi, że rok wcześniej, w 2011 r., na wysokości 6000 metrów złapała go choroba wysokościowa i musiał być ewakuowany helikopterem do szpitala w Katmandu. W certyfikacie, który otrzymałem przed wyprawą i który poświadczał doświadczenie i dobry stan zdrowia Anga Pasanga, nie było naturalnie o tym informacji.
Trzeba dodać, że ponad jedna trzecia kosztów ekspedycji to pozwolenie na wspinaczkę (3000 dolarów) i honorarium Szerpy (5000 dolarów). Piszę o tym, ponieważ w czasie naszej wyprawy Ang Pasang ponownie złapał chorobę wysokościową na wysokości 6400 metrów. Oznaczało to przerwanie aklimatyzacji i utratę ponad tygodnia. W związku z jego niedyspozycją byłem także zmuszony wynająć tragarzy, którzy byliby w stanie przenieść część sprzętu do obozów I, II i III.
Po powrocie do Katmandu zgłosiłem sprawę na policję. Śledztwo trwało pięć dni, z których cztery spędziłem na przesłuchaniach. Ostatecznie dowiedziałem się, że nie mogę otrzymać pomocy i jedynym rozwiązaniem jest oddanie sprawy do sądu. Udałem się także do Ministerstwa Turystyki, gdzie dowiedziałem się, że sprzedawanie klientów jest zakazane, a firma Monterosa działa w Nepalu nielegalnie.

Inna idea wspinaczki

Przygotowując się do wyprawy w 2013 r., starałem się uniknąć problemów, na które natknąłem się rok wcześniej. Pamiętając o własnych doświadczeniach, korzystając z rad innych i sugestii z Ministerstwa Turystyki, przyjąłem, że nie będę korzystał z usług żadnej z tanich agencji wspinaczkowych (Monterosa, World Records etc.). Można bowiem zakładać, że w Himalajach tani znaczy nierzetelny i nieuczciwy.
Od stycznia do marca 2013 r. rozmawiałem z trzema nepalskimi agencjami średniej klasy. Wszystkie one prowadzone są przez Szerpów. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na agencję Rolwaling Excursion, prowadzoną przez dwóch braci, Chhiringa Dorje Sherpę oraz Ngawanga Tashi Sherpę.
Chhiring jest znanym Szerpą, 12-krotnym zdobywcą Everestu, jego zasługująca na uznanie postawa w czasie katastrofy na K2 w 2008 r. została opisana w książce „Buried in the Sky" Petera Zuckermana i Amandy Padoan. Rok wcześniej poznałem go osobiście w Tybecie. Budził zaufanie i zapewniał, że w jego agencji historie, jakich doświadczyłem z World Records, nie zdarzają się.
Przed podpisaniem umowy dokładnie omówiłem inne warunki wyprawy, w szczególności ważne kwestie maski tlenowej, regulatora ciśnienia i butli z tlenem. Dodatkową gwarancją, że tym razem nie zdarzą się podobne do wcześniejszych historie, miał być fakt, że drugim liderem ekspedycji został Amerykanin Christopher Klinke. W e-mailu z dnia 3 marca określił on poziom agencji Rolwaling jako „business class".
W czasie wyprawy okazało się jednak, że Chris Klinke będzie jedynym liderem wyprawy, a Chhiring w ogóle na Evereście się nie pojawi. W stosunku do zapewnień z okresu przed podpisaniem umowy mieliśmy także do dyspozycji mniejszą liczbę Szerpów. Jedną z konsekwencji było to, że po przybyciu do bazy pod Everestem okazało się, że będę musiał wspinać się sam. Pembie Ricie wyznaczono inne zadania,  głównie kierowanie grupą Szerpów, którzy odpowiadali za transport sprzętu do wyższych obozów.
Na moją uwagę, że Rolwaling Excursion w umowie zobowiązało się do zapewnienia mi konkretnego Szerpy, usłyszałem od Chrisa Klinke, iż ma on inną „ideę wspinaczki". Gdy pokazałem tekst umowy, Chris Klinke i Tashi Sherpa powiedzieli, że „to nie Katmandu", że „w Himalajach umowy nie obowiązują", a Chris dodał, że jest liderem, więc „może ustnie zmieniać warunki umowy". Nie zgodziłem się na takie traktowanie, co było przyczyną konfliktu.
Po ataku na Stecka i Moro 3 maja ok. godz. 9.00 rano przyszedł do mojego namiotu Tashi Sherpa, sirdar (tj. kierownik grupy Szerpów) Rolwaling Excursion. Zwróciłem mu uwagę, że jego firma nie wywiązuje się z umowy. Wtedy sirdar zagroził mi, że zabije mnie na Evereście.
Scysję obserwowało kilku uczestników wyprawy, którzy jednak nie zareagowali na groźby. Następnego dnia opowiedziałem całą historię liderowi, Christopherowi Klinke, oraz innym uczestnikom wyprawy. Byliśmy już w miejscowości Pangboche (3950 metrów), gdzie odpoczywaliśmy przed atakiem szczytowym. Lider obiecał zająć się sprawą. I rzeczywiście – później poinformował mnie, że rozmawiał z Tashim, który ma mnie przeprosić.
Jednocześnie stwierdził jednak, że jestem współwinny incydentowi. Jego zdaniem nie miałem prawa powoływać się na umowę i to on będzie decydować, które jej elementy będą realizowane. Przez dalszą część wyprawy utrzymywało się między mną a sirdarem oraz Klinke napięcie. A zachowanie sirdara oraz niektórych podległych mu Szerpów odbierałem jako próbę zastraszenia mnie.
Tuż przed atakiem szczytowym napięcie było na tyle duże, że wieczorem 17 maja poprosiłem dwóch niewspinających się członków wyprawy, Susannę Polak i Jacoba Gomeza (naukowców badających organizację wypraw na Everest), o poinformowanie policji oraz polskiego konsulatu o groźbach – na wypadek, gdybym uległ jakiemuś wypadkowi w czasie ataku szczytowego.

Bez pomocy

A tak rozpoczęliśmy 18 maja 2013 r. Około godz. 11.00 dotarłem do podobozu mojej agencji Rolwaling Excursion w obozie II (6350 metrów). Niedługo potem przez radio dowiedziałem się, że w obozie IV na Lhotse (7900 metrów, pomiędzy obozem III a IV na Evereście) znajduje się będący w ciężkim stanie wspinacz z Tajwanu, który dwa dni wcześniej zdobył Lhotse. Po południu 18 maja nad Kotłem Zachodnim, gdzie jest zlokalizowany obóz II, przylatywał helikopter, który – jak słyszeliśmy – miał ewakuować chorego Tajwańczyka.
Niestety było jasne, że z powodów technicznych ewakuacja z obozu IV nie jest możliwa. Akcja taka mogła się powieść dopiero wtedy, gdyby udało się przetransportować chorego himalaistę do obozu III (ok. 7000–7200 metrów). Do tego potrzebnych było sześciu Szerpów.
Przez całe popołudnie 18 maja i cały 19 maja trwały przez radio dyskusje, kto spośród znajdujących się na górze może i powinien udzielić takiej pomocy. Próby zorganizowania akcji ratunkowej były podejmowane przez Damiana Benegasa, jednego z przewodników znajdującego się w bazie pod Everestem (5350 metrów). Jednak sama pomoc mogła przyjść jedynie z obozu II, obozu III lub obozu IV.
W tym czasie w tych obozach było ponad 300 osób, w tym więcej niż połowę stanowili Szerpowie. Przynajmniej 10 agencji wspinaczkowych dysponowało dostatecznie dużymi zespołami Szerpów, żeby samodzielnie udzielić takiej pomocy. Niemniej jednak żadna z agencji nie zdecydowała się na to.
Dwa dni trwały negocjacje. Jedna z agencji była gotowa wysłać jednego Szerpę, druga dwóch, ale za dwa dni, ktoś zadeklarował, że może wyjść na odległość godziny drogi z obozu III, aby wspomóc ewentualną akcję ratunkową. Na prośbę żony chorego Tajwańczyka co jakiś czas przylatywał helikopter, ale ponieważ chory wciąż tkwił w obozie IV, trudno powiedzieć po co...
Na Evereście zaś dalej negocjowano. Poszedłem do Chrisa Klinke, i spytałem, dlaczego my nie możemy z naszych dziesięciu Szerpów wysłać sześciu i zakończyć te przykre negocjacje. Nie uzyskałem odpowiedzi, ale zostałem zapewniony, że uda się zorganizować wspólną akcję ratunkową.
Nie udało się, ale wieczorem 19 maja usłyszeliśmy, że agencja Asian Trekking sama wyśle następnego dnia sześciu Szerpów, aby sprowadzić chorego do obozu III. Niestety było już za późno, gdyż Lee Hsiao-shih zmarł w nocy z 19 na 20 maja.
Jest prawdą, że większość agencji będących wówczas w obozie I, II i III miało większe możliwości niż Rolwaling Excursion. Jest prawdą też, że nawet w przypadku najsilniejszej z agencji w każdym przypadku udzielenie pomocy mogło oznaczać mniejsze bądź większe komplikacje dla wspinającego się z jej wsparciem zespołu. Być może nawet mogłoby oznaczać, że poszczególne osoby (a przy niekorzystnym rozwoju wypadków nawet cała grupa) nie miałyby szansy na wejście na Dach Świata. Czy to jednak stanowi wystarczające usprawiedliwienie zaniechania udzielenia pomocy w sytuacji zagrożenia życia?
Ostatnio dowiedziałem się o dwóch innych przykładach nieodpowiedniego zachowania Szerpów. Według relacji Piotra Tomali, jednego z uczestników polskiej narodowej wyprawy na Dhaulagiri wiosną 2013 r., kucharz jednej z wypraw, niezadowolony z prób wezwania helikoptera ratunkowego z pominięciem jego agencji, wziął spory kamień i cisnął w jednego z niemieckich alpinistów. Przy próbie rzucenia drugim kamieniem został obezwładniony. Z braku czasu sprawa nie została jednak zgłoszona na policję.
O wzroście agresji w Himalajach opowiadał mi także znany słowacki himalaista Peter Hamor. Według niego od kilku lat rośnie liczba takich incydentów. Dotyczy to na przykład tragarzy, którzy w ostatnich latach zaczęli wyrażać swoje niezadowolenie rzucaniem kamieniami w turystów robiących im fotografie.
Przemoc, oszustwo i brak gotowości ratowania życia są, wydaje mi, się konsekwencjami z jednej strony umasowienia wspinaczki i obniżenia standardów etycznych wśród wspinaczy, z drugiej jednak są także skutkiem słabości państwa nepalskiego. To – obok Afganistanu – najbiedniejszy kraj w Azji, należy też do najuboższych na świecie. Policja, administracja, wymiar sprawiedliwości albo w ogóle nie działają, albo funkcjonują słabo. Mało prawdopodobne, aby przestępca został ukarany albo żeby agencja wspinaczkowa poniosła finansowe konsekwencje zaniedbań.
Problem nie dotyczy tylko Everestu, ale także całych Himalajów. Bezpośrednimi sprawcami kłopotów byli niemal w każdym przypadku Szerpowie. Właściciel jednej z dużych agencji wspinaczkowych Russell Brice obciążył odpowiedzialnością za wzrost agresji w górach Szerpów z regionu Makalu. W rzeczywistości agresywnie zachowują się także Szerpowie z innych regionów: Khumbu i Rolwaling. W każdym razie winowajcy powinni ponosić odpowiedzialność karną.
Agencje wspinaczkowe oraz ich właściciele powinni zaś ponosić odpowiedzialność finansową, jeśli dopuszczają się oszustw i nie wywiązują się ze zobowiązań. Właścicielami obu firm, z których korzystałem, są także Szerpowie z regionów Khumbu i Rolwaling.
Można też postawić pytanie o odpowiedzialność innych osób i instytucji. Grupa stu Szerpów, która zaatakowała Stecka i Moro, nie znalazła się pod Everestem przypadkowo. Państwo nepalskie wydało im licencje, a agencje – w niemałym stopniu amerykańskie i inne zachodnie – dały pracę. Nie słyszałem jednak, aby którakolwiek z owych agencji wyciągnęła wobec któregokolwiek ze swoich Szerpów konsekwencje.
Groźby sirdara mojej wyprawy nie spotkały się z odpowiednią reakcją lidera, który był przecież Amerykaninem. Z kolei po wyprawie nie tylko agencja, ale także i on podjęli próby bagatelizowania i tuszowania sprawy, włączając w to składanie nieprawdziwych zeznań na policji.

Trzeba głośno mówić

Do wszystkich tych kłopotów z Szerpami dochodzi brak solidarności między wspinaczami. Było to dla mnie, nie powiem, że nieoczekiwane, ale mimo wszystko nieprzyjemne doświadczenie. Mój partner ze Szwajcarii, który w początkach 2012 r. rekomendował firmę World Records i jej lidera, a którym po jego wypadku przez dwa dni opiekowałem się w Tybecie, nie tylko nie zwrócił tej firmie uwagi na popełniane oszustwo, ale później także odmówił zeznawania w tej sprawie w sądzie.
Świadkami złamania umowy przez Rolwaling Excursion byli wszyscy uczestnicy mojej tegorocznej wyprawy. Choć relacje między nami w czasie wyprawy były dobre, a gdy pojawiły się kłopoty, wiem, że niektórym było przykro, to jednak nie doczekałem się publicznego wsparcia. Dlaczego?
Jeden z Indonezyjczyków powiedział, że podnosząc kwestię niedotrzymania umowy, ryzykuję, iż któryś z Szerpów może „zrzucić mnie w przepaść". Ponadto koszty wypraw są na tyle duże, że mało kto jest gotów podejmować działania, które zmniejszałyby jego osobiste szanse na wejście na szczyt. Dlatego w ograniczonym stopniu można liczyć na solidarność partnerów.
Wobec słabości państwa nepalskiego i bierności środowiska wspinaczkowego trudno oczekiwać, aby sytuacja na Evereście i w Himalajach szybko się poprawiła. Jednak trzeba o tym głośno mówić.
Autor jest prawnikiem konstytucjonalistą, dyrektorem Instytutu Prawa Wydziału Zamiejscowego SWPS w Poznaniu. Jest także podróżnikiem i himalaistą – przed dwiema nieudanymi próbami wejścia na Mount Everest zdobył pozostałe osiem szczytów należących do Korony Ziemi.

POLECAMY

KOMENTARZE