Kim jest człowiek, którzy rzucił w sędzię tortem

aktualizacja: 06.06.2013, 15:01
Foto: PAP/serwis codzienny, Jacek Turczyk Jac Jacek Turczyk

Zygmunt Miernik zamiast przyjść na własny proces w którym jest oskarżony o fałszerstwa wyborcze, wybrał proces gen. Kiszczaka w Warszawie.

REDAKCJA POLECA
15.08.2015
RPO do MS: uprawnienia pracowników ochrony sądów powinna regulować ustawa
kariera
Jak przekonać szefa do awansu?
60-letni Zygmunt Miernik, mieszkaniec Zagłębia na pytanie po co przyniósł tort do sądu na proces gen. Czesława Kiszczaka lekko się irytuje. Wszyscy pytają go o ten tort, a nie o to, co on chciał nim wyrazić. - Dla kogo był tort? Może dla Kiszczaka a może dla sędzi, która robi sobie kpiny a nie rozlicza stan wojenny - mówi "Rz" Miernik. I dodaje: - Nie po to ja walczyłem z komuną, z aparatczykami takimi jak Kiszczak by taka pani sędzia mogła zakładać łańcuch z orzełkiem a nie z wroną.
Zaraz też dodaje, że nie ma dowodu, że to on rzucił tortem. - A może ja go tylko trzymałem? Niech mi udowodnią że rzuciłem, proszę bardzo - zachęca. Potem jeszcze dodaje, że sędzia już nie była sędzią bo zdjęła togę i łańcuch i że ten incydent to po prostu "artystyczny performance" by zwrócić uwagę na "hańbę wymiaru sprawiedliwości".
Tego samego dnia, w środę, 5 czerwca w katowickim Sądzie Okręgowym Zygmunt Miernik miał zasiąść na ławie oskarżonych we własnym procesie (wraz z nim Adam Słomka, działacz KPN-Obóz Patriotyczny, były poseł i trzy inne działaczki), ale zamiast tego wybrał się na proces Kiszczaka do Warszawy. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach zarzuca im udział w zorganizowanej grupie przestępczej, która przed wyborami na prezydenta w 2005 r. miała fałszować podpisy poparcia. Zdaniem prokuratury, w sumie na blisko 110 tys. osób, które miały popierać kandydata na urząd Prezydenta RP Adama Słomkę aż ponad 70 tys. zostało sfałszowanych: część z nich nie żyła, część nie miała pojęcia, że ktoś wykorzystał ich dane, dane osobowe zaczerpnięto także z list poparcia z poprzednich wyborów. Wpadli, bo na Słomkę głosowało zaledwie 10 proc. osób z listy poparcia. Zdaniem prokuratury dane były brane m.in. z bazy Ruchu Obrony Bezrobotnych, której prezesuje Zygmunt Miernik. Bezrobotni wpisywali odbiór paczek z żywnością, nie wiedzieli że jest to także lista poparcia. Śledztwo, ze względu na skalę (przesłuchano ponad 70 tys. osób) prowadzono sześć lat, proces toczy się od ubiegłego roku (Miernik wygrał nawet sprawę o przewlekłość postępowania i kilka tysięcy odszkodowania).
Miernik nie przyznaje się do zarzutów. Zarzuca prokuraturze że działa na zlecenie polityczne. Oskarżający go prokurator niejednokrotnie musiał prosić o ochronę policji w sądzie z obawy o własne życie. Teraz jego koledzy z prokuratury żartują, że na rozprawy będzie musiał chodzić w ceracie.
Decyzją sędziego, proces w środę się odbył mimo nieobecności oskarżonych. Grzywny też sędzia na Słomkę i Miernika nie nałożył. - Taką możliwość daje kodeks postępowania karnego - tłumaczy sędzia Marian Zawała, rzecznik katowickiego sądu.
Miernik bagatelizuje swój proces. - To nie jest proces tylko cyrk w klatce - tłumaczy w rozmowie z "Rz". - Skoro Jaruzelski czy Kiszczak nie przychodzi na swój proces, to i ja mam do tego prawo - kwituje.
Ani prokuratorów, ani sędziów ze Śląska warszawski incydent z tortem nikogo więc nie zdziwił. - Pytanie, co wymyślą następnym razem i czy znają jakieś granice - zastanawia się jeden z prokuratorów. Wielokrotnie policja musiała na siłę wynosić z sądu grupę działaczy-obrońców Słomki i Miernika, usuwano ich też spod kopalni "Wujek", kiedy w rocznicę pacyfikacji górników przyjechał prezydent Aleksander Kwaśniewski. Dało to im asumpt do tego by policjantów nazwać ZOMO.
Niedawno wiceminister pracy i polityki społecznej Małgorzacie Ostrowskiej grupa Miernika przyniosła np. wiadro z wodą i durszlak by uświadomić jej jak przelewa się publiczne pieniądze dla najbardziej potrzebujących.
Sądy znają możliwości "grupy Słomki". Trzy lata temu prokuratura zarzuciła Adamowi Słomce nakłanianie do pobicia sędziego, gdy ten nakazał go aresztować za niestawianie się na rozprawach. Innym razem Sąd Okręgowy w Warszawie ukarał Słomkę dwutygodniowym aresztem za obrazę sądu przed ogłoszeniem wyroku w sprawie autorów stanu wojennego, a miesiąc temu nałożył kolejną karę - tym razem za niewyłączenia kamery podczas jawnej rozprawy sądowej.
Zygmunt Miernik od lat jest bezrobotny, jak twierdzi, z powodu nękania go przez "wymiar niesprawiedliwości". - Kto by zatrudnił takiego, którego 3-5 razy w miesiącu ciąga się po sądach? - pyta. - Albo przychodzą do pracodawcy smutni ludzie z pytaniem o mnie, co po komu taki kłopot - opowiada. Jak twierdzi był działaczem "Solidarności", internowany w stanie wojennym dziś walczący z "układem" wymiaru sprawiedliwości wszelkimi możliwymi środkami. - Walczę z parodią, dyspozycyjnością sądów III RP, który robi wszystko by się zhańbić broniąc zbrodniarzy - powtarza w kółko Miernik.
Jest prezesem Ogólnopolskiego Ruchu Obrony Bezrobotnych, który ma siedzibę w Katowicach, działa w Ruchu Byłych i Przyszłych Więźniów Politycznych "Niezłomni" - organizacje związane z Adamem Słomką. Miernik zapewnia, że ROB ma pomysł jak wybudować mieszkania dla młodych za 1,2 tys. zł za metr kwadratowych. - Taki program przedstawimy - mówi.
On sam zeznał przed sądem, że utrzymuje się z prac dorywczych (nie chce o tym rozmawiać) i ma 800 zł na miesiąc. - Rodziny nie okradam - zapewnia. W latach PRL, jak twierdzi, był "ajentem firmy surowców wtórnych" współpracował z Hutą Katowice. Rok temu komornik eksmitował organizację Słomki i Miernika z centrum Katowic za niepłacenie czynszu. Obecnie mają siedzibę przy ul. Ligonia.
W Sądzie Okręgowym w Warszawie trwa wyjaśnianie środowego incydentu, który jest inny od poprzednich. Sędzia Anna Wielgolewska, która zdecydowała o zawieszeniu procesu w związku ze stanem zdrowia zasiadającego na ławie oskarżonych Czesława Kiszczaka (były szef MSW jest sądzony w związku z pacyfikacją protestów w kopalni "Wujek" w 1981 roku) z powodu "poważnych problemów neurologicznych", po indydencie wróciła na rozprawę i kontynuowała proces - m.in. przesłuchała biegłych. - Ja jestem zdrowy na umyśle, choć wielu chciało mnie na tą okoliczność przebadać - dodaje Miernik.
Nie wiadomo jakie konsekwencje zostaną wyciągnięte wobec Zygmunta Miernika. - Wyjaśniamy dlaczego to się stało, czy zadziałały procedury ochrony, dziś trudno coś w tej kwestii kategorycznie stwierdzić. Był to proces jawny, respektujemy jawność postępowania - mówi "Rz" sędzia Agnieszka Domańska, rzeczniczka warszawskiego sądu. Sprawę prowadzi policja.
Sędzia Domańska twierdzi, że Zygmunt Miernik "nie był osobą znaną pracownikom ochrony gmachu, a wniesienie tortu nie zostało ujawnione". - W myśl obowiązujących przepisów tort nie stanowił przedmiotu niebezpiecznego, w związku z powyższym tak jak inne produkty spożywcze nie podlegał zakazowi wnoszenia na teren Sądu. Ochrona gmachu jak również policja Sądowa nie były poinformowane o potrzebie zabezpieczenia przedmiotowego procesu - wyjaśnia rzeczniczka.
Miernik ma usłyszeć zarzuty naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza publicznego za co grozi do roku więzienia, ale na razie jest poszukiwany (w domu go nie ma, ale bez problemu odbiera telefon komórkowy).
Czy sędzia Anna Wielgolewska nie powinna wcześniej wezwać ochrony? Wiadomo, że w sali, w której doszło do incydentu był przycisk, którym można wezwać pomoc. Warszawski sąd ochrania straż sądowa (są to pracownicy sądu), osoby wchodzące muszą przejść przez bramki wykrywające niebezpieczne przedmioty, głównie metalowe. Nie ma jednak procedury rewidowania osób.
Rozmówcy "Rz" wskazują, że jednak popełniono kilka banalnych błędów. Proces toczył się w małej sali, na sali nie było ani policji, ani ochrony, choć wiadomo, że proces gen. Kiszczaka wywołuje ogromne emocje.
- Rzeczą sądu jest by tak zorganizować i zabezpieczyć proces by toczył się on bez zakłóceń, bez wywierania nacisków i poczucia braku bezpieczeństwa - mówi sędzia Zawała.
Zygmunt Miernik nie żałuje. - Przykro mi, że sąd chroni zbrodniarzy, a zbrodnie nierozliczone będą pokutować - konkluduje. Na pytanie "co ten tort miał w ogóle oznaczać", Miernik odpowiada: "Żeby mogła pani do mnie zadzwonić i zadać to pytanie".

POLECAMY

KOMENTARZE