Kraj
Jedenaście dni horroru wstrząsnęło Polską
Dzięki Krzysztofowi Rutkowskiemu przyspieszono wyjaśnienie sprawy zaginięcia półrocznej Madzi z Sosnowca
– Do miejsca ukrycia ciała późnym wieczorem doprowadziła policjantów matka Magdy – poinformował rzecznik śląskiej policji, podinspektor Andrzej Gąska. Dzień wcześniej przyznała się detektywowi Krzysztofowi Rutkowskiemu, że zmyśliła historię o porwaniu dziewczynki. W rzeczywistości mała Magda miała wypaść z rąk matki i śmiertelnie uderzyć się główką o próg. Przerażona matka ukryła ciało.
Jednak nad rzeką w miejscu, w którym, jak podała, miały znajdować się zwłoki, mimo prowadzonych przez cały piątek poszukiwań niczego nie znaleziono.
Różne wersje matki
Okazało się, że matka Magdy mijała się z prawdą. Dopiero wieczorna rozmowa, jaką przeprowadzili z nią policjanci z operacyjnej grupy śledczej, doprowadziła do przełomu. Kobieta przyznała się, że ukryła zwłoki gdzie indziej i pojechała tam z policjantami.
Policja na poszukiwania Magdy wydała 100 tys. zł. Detektyw Rutkowski – 15 tys.
Ciało znaleziono w kompleksie parkowym przy ul. Żeromskiego, przy torach kolejowych za halą Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. – To ok. 1 km od miejsca wskazanego wcześniej przez matkę panu Krzysztofowi Rutkowskiemu – wyjaśniał podinspektor Gąska.
Zwłoki były przykryte stertą kamieni i gruzu. Półroczna dziewczynka owinięta była w kocyk i miała na sobie rzeczy, w których rzekomo miała zostać porwana.
Z ostatecznym potwierdzeniem, że są to zwłoki małej Magdy policja czeka na przeprowadzenie sekcji zwłok. Na miejscu w nocy pracowali technicy kryminalni i biegli patolodzy.
Matka Magdy formalnie zostanie przesłuchana w sobotę. Wcześniej w piątek zeznawał mąż kobiety. Prokuratura nie chce jednak ujawniać szczegółów przesłuchania. Śledczy zdecydują, jakie przedstawić zarzuty. Policja na razie nie informuje, czy według niej ktoś mógł pomagać matce w ukryciu zwłok.
Konflikt detektyw – policja
Przez cały piątek oprócz poszukiwań ciała małej Magdy trwały też przepychanki na linii detektyw Rutkowski – policja. Detektyw podkreślał, że rozwiązał sprawę, którą żyła cała Polska i oskarżał funkcjonariuszy o nieudolność. Policjanci oskarżali go o utrudnianie postępowania i twierdzili, że cała sprawa wcale jeszcze nie jest zamknięta. Nie wykluczali nawet wersji, że mała Magda żyje.
Nerwom policjantów nie ma się co dziwić. Rutkowski, za którym nie stoi cały aparat państwowy – policjanci, prokuratorzy czy psychologowie – przedstawił w piątek rozwiązanie sprawy, którą przez półtora tygodnia żyła cała Polska. Zaprezentował nagranie matki Magdy, która się przyznała, że przedstawiana wcześniej wersja o porwaniu dziewczynki jest nieprawdziwa. Kobieta wyjawiła detektywowi, że dziecko nie żyje.
Policjanci twierdzili, że ujawnienie taśmy w mediach utrudnia im śledztwo. Mówili, iż udział rodziny w zniknięciu Magdy to jedna z najintensywniej weryfikowanych w ostatnich dniach wersji śledczych. Jak wynika z informacji „Rz", prowadzona była m.in. obserwacja rodziny, a rozważano nawet założenie im podsłuchów telefonów. – Jeśli rodzina była w to zamieszana, w końcu czymś by się zdradzili – mówił „Rz" jeden z uczestniczących w poszukiwaniach funkcjonariuszy.
Jednak to nie policja, ale Rutkowski z hukiem ogłosił, jakie jest rozwiązanie tej tajemniczej historii. Pozostało więc wrażenie o nieudolnej policji i sprawnym detektywie.
Rutkowski na policji nie zostawia suchej nitki. Zarzuca jej nieudolność: – Koszty, jakie poniosła na te poszukiwania, to ponad 100 tys. zł. Moje biuro wydało od 10 do 15 tys. zł.
Ale jak twierdzi dr Zbigniew Rau, były wiceszef MSWiA, mówienie o błędach policji jest w tej sprawie nadużyciem. – Policja prowadzi działania, tylko nie o wszystkim informuje. Jedną z czynności w takiej sprawie jak zaginięcie dziecka jest zawsze prześwietlenie rodziny – podkreśla.
Dotyczy to zwłaszcza takich dziwnych przypadków, jak zaginięcie Magdy, gdy nie ma żadnych świadków.
Porwanie czy tragiczny wypadek
Sześciomiesięczna Magda zaginęła 24 stycznia, około godz. 18. Według wersji matki dziewczynki 22-letniej Katarzyny chciała zostawić dziecko u swojej matki mieszkającej w blokach przy ul. Wesołej. To dwa kroki z osiedla wieżowców przy ul. Legionów, gdzie miało dojść do uprowadzenia dziecka. Katarzyna opowiada, że nagle straciła przytomność za kładką nad Czarną Przemszą, która płynie wzdłuż osiedla. Kiedy podniosła się z ziemi, w wózku leżał tylko pluszowy lisek.















