Rozmowa "Rz"
Starcie światów, nie tylko partii
Kampania będzie ostra. W Polsce doszło do najtwardszego podziału od 1989 r. – mówi konsultant polityczny
Rz: Powiedział pan ostatnio w „Rz”, że komitety honorowe w tej kampanii prezydenckiej nie będą miały żadnego znaczenia. Bo ta kampania będzie zupełnie inna niż te, które były dotąd. Dlaczego? "Rz" rozpoczyna nową serię sondaży prezydenckich. Od dziś wyniki będą się ukazywać co tydzień - zobacz najnowsze badania
Eryk Mistewicz: Ta kampania odesłała do lamusa wszystkie klasyczne elementy. Komitety honorowe, żony i dzieci kandydatów, baloniki i objazdy po kraju, oficjalne strony internetowe, a nawet debaty przedwyborcze kandydatów – w tej akurat kampanii zupełnie straciły na ważności. To nie na tym polu zostaną rozegrane te wybory.
Wszystko mamy odstawić do lamusa?
Nie ma podręcznika na kampanię prowadzoną w takich warunkach wrażliwości społecznej. To będzie kampania, jakiej nigdzie nie było. Kampania symboliczna.
Dlaczego właściwie tragedia smoleńska ma mieć takie konsekwencje dla przebiegu kampanii prezydenckiej?
Nastąpiło starcie dwóch światów, nie tylko dwóch partii, z silnymi emocjami w całej populacji, do której dotarła poruszająca opowieść. Jak w żadnych wyborach nawet nie zaczęli się liczyć kandydaci z pozycji trzeciej czy czwartej, w badaniach trudno im wyjść nawet powyżej 5 procent. To będzie bardzo ostra kampania.
W czym ta ostrość miałaby się przejawiać?
W ostrej, bezkompromisowej, twardej linii podziału. Najtwardszej od 1989 roku.
A rola mediów w kampanii? Też są nieważne?
Tu – na styku media, politycy, odbiorcy – rzeczywiście zaszły zmiany. Od dawna politycy starali się ponad mediami znaleźć własny język z wyborcą. Platforma zorganizowała miesięczny festiwal prawyborów, w którym media sprowadzono do parteru z pamiętnym „Halo, Kubo, jaki nastrój na Politechnice?”.
PiS postąpił podobnie na konferencji prasowej lidera, który na nią nie przyszedł, bo to, co miał do powiedzenia, nagrał na YouTube.
W wydanej właśnie „Anatomii władzy” stawiam tezę, że politycy coraz bardziej potrafią obejść się bez mediów, nie wchodząc w zobowiązania, nie przyjmując oferty „Tusku musisz”. Niezależnie, o jakiej partii mówimy. Równolegle zwiększa się rola mediów społecznościowych jako miejsca gromadzenia się fanów, wyznawców, supporterów, najbardziej aktywnych bojowników opowiedzianej sprawy i mocnego przekazu. To bardzo interesujący proces.
Nie rozumiem jednak, dlaczego uważa pan, że debaty między kandydatami są w tej kampanii niepotrzebne? Przecież to „sól” każdej kampanii? Także w Polsce to właśnie one często rozstrzygały o ostatecznym wyniku.
Tak, to, jak mówią Francuzi, „msza demokracji”. Tylko proszę pamiętać, że to nie kwestie merytoryczne decydują o wygranej bądź przegranej uczestników debaty, nie kwestie programowe przyciągają miliony ludzi przed ekrany. Ale to, czy kandydat zareagował z refleksem, jaką zrobił minę, czy sprowokował konkurenta, nie podając mu ręki, czy ograł go, wyprowadzając na tysiąc sposobów z równowagi. To teatr i tylko teatr. Przecież „program” i „merytorykę” tak Jarosława Kaczyńskiego, jak i Bronisława Komorowskiego znamy od 20 lat. Co najmniej. Przecież to nie kwestie ich stosunku do deficytu budżetowego, traktatu lizbońskiego i reakcji na kryzys w Grecji zadecydują, który z nich teraz zostanie prezydentem.
To co się ma dziać w kampanii?
Polityka wypoważniała na chwilę. Później zapewne znów wróci w naturalne koleiny. W tej chwili jednak jest daleka od teatralnej debaty, gdzie zwycięża ten, kto lepiej wykona wyuczony gest zwycięstwa na koniec programu. Albo wyzwie drugiego z większą klasą, tak aby poszło mu w pięty. Nie widzę interesu, poza interesem stacji telewizyjnych, przeprowadzenia takich debat. Kandydatom nic one nie dadzą.
Nie ma kampanii merytorycznych. Tak jak nie ma ciepłego śniegu. Te słowa się wykluczają
Mówi pan: zadecyduje symbolika. Jaka?












