Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Życie Ziemi Podlaskiej

Na kolarskiej emigracji

Marcin Białobłocki zaraża innych swoim niezwykłym podejściem do pracy.
CCC Sprandi
Marcin Białobłocki przez wiele lat dzielił sportową pasję z pracą fizyczną. Dziś jest jednym z najlepszych polskich kolarzy.

W 2005 roku, gdy miał 22 lata, jak tysiące Polaków postanowił udać się na emigrację zarobkową. W Sokółce, skąd pochodzi nie widział szans na dobrą pracę. Wcześniej stracił również nadzieję, że wybije się dzięki kolarstwu. Za wielkich sukcesów nie miał, najwyżej w lokalnych wyścigach na Podlasiu i w okolicach, nie chciała związać się z nim dłużej żadna polska grupa zawodowa, a nawet półzawodowa, jeździł więc na rowerze z miłości do tego sportu. Także tam, gdzie wyemigrował i gdzie mieszka do dziś – w Anglii.

Mistrzostwo Polski i etap Tour de Pologne

O Białobłockim słuch by pewnie zaginął w peletonie, gdyby nie fenomenalny 2015 rok. Najpierw w czerwcu w Strzelinie, starując jako anonimowy zawodnik, wygrywa mistrzostwo Polski w jeździe na czas. Brakowało wtedy Macieja Bodnara i Michała Kwiatkowskiego, ale mimo to 31-letni kolarz z mało znanej brytyjskiej grupy One Pro Cycling sprawił jedną z największych sensacji MP XXI wieku. Wszyscy się dziwili, pytali skąd się wziął, łącznie z trenerem kadry Piotrem Wadeckim. Białobłocki natychmiast dostał powołanie do reprezentacji Polski.

W barwach narodowych wystartował w Tour de Pologne. Wygrał ostatni etap w Krakowie, czasówkę. Wyprzedził Białorusina Wasilija Kiryjenkę, który później wywalczył w Richmond mistrzostwo świata. Białobłocki był w USA dziewiąty. Też nieźle jak na sportowca, który jeszcze niedawno pracował fizycznie. – Zdziwiłem się. Wiedziałem, że jestem dobry, ale nie sądziłem, że mam taką moc, która pozwoliła mi w Tour de Pologne pokonać najlepszych zawodników na świecie. Nabrałem więcej pewności siebie i jeszcze bardziej chciałem pracować – wspomina ten wyjątkowy rok Białobłocki.

Z wózka widłowego na rower

Dziesięć lat wcześniej, gdy wylądował w Anglii, kolarstwo miało być dla niego tylko dodatkiem do życia, hobby. Pierwsza praca na Wyspach to obsługa wózka widłowego. Potem pracował tu i tam, dorywczo. Przez rok w supermarkecie obsługiwał magazyn z bananami. Cały czas, czy to pracował w dzień, czy w nocy, znajdywał w programie dnia dwie, trzy godziny na trening. – Przyjechał kiedyś na święta do Sokółki i zwierzał się mi. Pytał, czy to ma sens. Jego żona była przeciwna temu kolarstwu, ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że skoro i w ten sposób może zarobić parę groszy, to dlaczego nie połączyć przyjemnego z pożytecznym – mówi „Rz" pierwszy trener Białobłockiego z klubu SKK Sokół Sokółka Grzegorz Kuziuta.

W Anglii zaczął wygrywać amatorskie wyścigi. Przygotowywał się do nich sam, na trasie był sam, a mimo to zwyciężał. Trenerzy, dyrektorzy małych grup brytyjskich zaczęli zwracać na Polaka uwagę. Składali mu pierwsze propozycje angażu do zespołów amatorskich i półamatorskich. Po sześciu latach pobytu na emigracji zaczął ścigać się znów na poważnie, w drużynach kolarskiej trzeciej ligi – Motorpoint, Node4, Team UK Youth, One Pro Cycling. Na początku wcale nie zerwał z dotychczasowym życiem. Pojechał przecież pracować, a nie się ścigać. – Po zakończeniu sezonu kolarskiego w okresie zimowym wracałem do magazynu i tak przez kilka lat – opowiada.

Pomoc od Nigela Mansella

Gdy w październiku ubiegłego roku Białobłocki podpisywał kontrakt z najlepszą polską grupą zawodową CCC Sprandi Polkowice, jej dyrektor sportowy i zarazem trener kadry Piotr Wadecki uzasadniał transfer wyjątkową, ponadprzeciętną etyką pracy byłego mistrza Polski w jeździe na czas. – Chciałbym, żeby nią zaraził cały zespół – stwierdził Wadecki.

Pochodzący z Sokółki kolarz nie ukrywa, że, choć w Anglii było bardzo ciężko, to właśnie ścisły podział obowiązków nauczył go jeszcze bardziej poważnie traktować kolarstwo i doceniać to, co osiągnął. Stał się także przez te doświadczenie sportowym perfekcjonistą. Nauczył go tego nie tylko tryb życia, ale też Nigel Mansell.

W Team UK Youth Białobłocki spotkał mistrza świata Formuły 1 z 1992 roku. Brytyjski kierowca po zakończeniu kariery złapał rowerowego bakcyla. W Anglii nie tylko on, ale i wielu byłych mistrzów przesiadło się na rower, żeby promować zdrowy tryb życia. Mansell zaangażował się jednak także w działalność charytatywną, a jednym ze sposobów na pozyskiwania pieniędzy dla swoje fundacji była grupa kolarska. – Spędziliśmy ze sobą sporo czasu, wiele rozmawialiśmy. Mansell wywarł na mnie niesamowite wrażenie swoją kulturą, podejściem do sportu. To on nauczył mnie, że liczy się każdy szczegół, w kolarstwie, a szczególnie w jeździe na czas nie można sobie głupio pozwolić na utratę sekundy, chociażby jednego watu. Bardzo mi pomógł w odpowiednim nastawieniu się do pracy sportowca – mówi Białobłocki.

Dlatego polski kolarz ogromną wagę przywiązuje dziś do sprzętu. Zawsze go sprawdza, czyści, jeśli trzeba wymienia niektóre części. Podczas przygotowań do sezonu poświęca wiele czasu na pracy w tunelu aerodynamicznym tak żeby dobrać właściwą sylwetkę podczas jazdy. Stale doskonali technikę, korzystając z zapisów wideo. Wartości mocy, czyli watów zna na pamięć. Nie tylko swoje, ale i rywali. Musi wiedzieć, kto jest w jakiej formie. Wygrywa więc nie tylko nogami, ale i głową.

Przygotowania do Giro d'Italia

Sukcesy z 2015 roku i obecny kontrakt z CCC Team nie wzięły się znikąd. Dlaczego nikt nie dostrzegł jednak tych możliwości wcześniej, kiedy mieszkał w Sokółce? – Miał 12 albo 13 lat kiedy wystartował w zawodach czwartków kolarskich. Można go było od razu zauważyć. Był wysoki, wyższy od rówieśników i pedałował w charakterystyczny sposób „młynkiem". Wygrywał potem wiele wyścigów na Podlasiu. A jeśli nie wygrywał, to uprzykrzał życie rywalom, bo zawsze się uczepił koła i trudno go było zgubić – wspomina Grzegorz Kuziuta.

Ale na Podlasiu mimo znakomitych terenów do jazdy w okolicach Puszczy Knyszyńskiej, paru ciekawych wyścigów jak Białystok – Grodno czy Memoriał Stanisława Kirpszy nie ma warunków, żeby kolarz w wieku seniora mógł się sportowo rozwijać. Trzeba w pewnym wieku wyjechać. Białobłocki przeniósł się więc najpierw do Ełku, potem jeździł jeszcze w klubie z Grodziska Mazowieckiego i grupie półzawodowej PBS, ale nikt nie widział w nim zawodnika, który może w przyszłości zdobyć mistrzostwo Polski, wygrać etap Tour de Pologne. Dopiero on sam dzięki własnej zawziętości udowodnił, że można.

Po latach jeździ w polskiej grupie zawodowej. Od tego roku związany jest kontraktem z CCC Sprandi. Na razie wystartował w dwóch wyścigach w Hiszpanii. Celem numer 1 grupy z Polkowic na ten sezon jest start w setnej edycji Giro d'Italia. W majowej imprezie przewidziane są dwie czasówki. Pierwsza pagórkowata w drugim tygodniu wyścigu, a druga na jego zakończenie z metą w Mediolanie. – Profil trasy tej drugiej zdecydowanie bardziej mi pasuje. Jeśli dostanę powołanie na Giro, to nastawiłbym się właśnie na nią – zapowiada Białobłocki.

Mimo stabilizacji sportowej, finansowej i życiowej do Sokółki nie myśli wracać. Osiadł w Anglii, w niewielkiej miejscowości Bridgewater. Stamtąd przyjeżdża na zgrupowania, głównie organizowane w Hiszpanii albo we Włoszech. – W Anglii życie jest łatwiejsze, dla mnie, dla żony i dla dzieci. Przyszłość wiążę z Wielką Brytanią – mówi. Do kraju wraca najwyżej na święta, na prezentację grupy, na mistrzostwa Polski i Tour de Pologne.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL