Życie Ziemi Podlaskiej

Odkrywanie rodzinnych korzeni

Rodzina Dagmary Dworak w domu w Hajnówce w 1936 roku. Ojciec autorki Bogusław Żukowski na rękach mamy Sylwestry, która zmarła na Syberii.
Materiały rodzinne
Dagmara Dworak opowiedziała w filmie i książce „Kromka chleba" o zesłaniu swojej rodziny z Hajnówki na Syberię.

Rodzina autorki, tak jak tysiące Polaków z polskich ziem wschodnich, trafiła na rozkaz Stalina w głąb Rosji na Syberię. Zesłani zostali dziadek Leonard, babcia Sylwestra, czwórka małych dzieci, w tym ciotki – Jadwiga, Róża i Danuta, a także najmłodszy z rodzeństwa Bogusław, tata pani Dagmary. W momencie zesłania miał trzy i pół roku.

Nieugięty legionista

Rodzina padła ofiarą represji Stalina, ponieważ Leonard Żukowski był byłym legionistą, leśniczym, urzędnikiem II RP.

– Dziadek wstąpił do Legionów 13 grudnia 1915 roku. Miał wówczas dokładnie 16 lat i 13 dni – powiedziała nam Dagmara Dworak. – Przydzielony został do 4. baonu uzupełniającego, skąd 29 lutego 1916 roku wyruszył na front z 4. Pułkiem Piechoty. W 1920 roku brał udział w walkach z bolszewikami pod Tomaszowem Lubelskim. Zapewne legionowej przeszłości dziadek zawdzięczał niepokorną duszę i nieugięty kręgosłup polityczny. Dziś nie chcemy pamiętać o tym, że Legiony Piłsudskiego na początku I wojny światowej nie były radośnie witane przez polską ludność na terenie zaboru rosyjskiego. Kiedy legioniści wkraczali do Kongresówki, trzaskały okiennice domów ludzi, którzy kryli się za nimi, bo paraliżował ich strach.

Od wiosny 1933 roku Leonard Żukowski zatrudniony był jako gajowy w Lasach Państwowych. W Hajnówce pracował od 1936 roku. To właśnie jego profesja była bezpośrednią przyczyną deportacji całej rodziny na Syberię 10 lutego 1940 roku. Sowieci kierowali się tym, że leśnicy umieli posługiwać się bronią, wyśmienicie znali teren, stanowili realne zagrożenie – zarzewie i wsparcie partyzantki.

Niezłomne zasady Leonarda Żukowskiego dały znać o sobie, gdy nie chciał zgodzić się na przyjęcie obywatelstwa radzieckiego. Został za to skazany na łagier.

– Dla mojego taty i jego sióstr, czas kiedy dziadek został aresztowany, a potem skazany na łagier, był niewątpliwie czasem najtrudniejszym, pomimo wcześniejszych traumatycznych przeżyć związanych z śmiercią matki – mówi Dagmara Dworak. – Przez długi czas dzieci nie wiedziały, co dzieje się z ich ojcem, czy żyje, czy nie został przez NKWD zamordowany. Nikogo o niczym nie informowano. Typowa sowiecka rzeczywistość: człowiek wyszedł do pracy i do domu już nie wrócił, zniknął. Dzieci żyły w niepewności każdego dnia. Potem, kiedy ktoś komuś pokątnie powiedział, co się z ich ojcem dzieje, że trafił do łagru – niepewność dzieci wzrosła jeszcze bardziej. Nie było wiadomo, czy mojemu dziadkowi uda się przetrwać. Przecież ludzie w łagrach umierali masowo.

Ojciec autorki „Kromki chleba" i jego siostry bali się też, że trafią do sowieckiego domu dziecka. Ich dramatyczną rzeczywistość znały, ponieważ Leonard Żukowski jako działający przy armii Andersa mąż zaufania z trudem realizował przydzielone mu zadanie wydobywania polskich sierot z sowieckich domów dziecka.

– Dla ojca i jego sióstr było oczywiste, że dzieci były zabiedzone, zastraszone i przerażająco szybko ulegały rusyfikacji – mówi Dagmara Dworak. – Ostatecznie nie zostali zabrani do sowieckiego domu dziecka, dzięki pomocy innych Polaków, a przede wszystkim odwadze i determinacji samotnej Polki, pani Marii Stolarczyk. To ona wzięła dzieci pod swoją opiekę, oszukując władze sowieckie i twierdząc, że jest niedawno poślubioną żoną ich ojca, a zatem prawnym opiekunem.

Zaskakujące wybawienie

Dzięki sprzyjającym historycznym i politycznym okolicznościom Leonard Żukowski wydostał się z łagru.

– Był to czas, kiedy na terenie Związku Sowieckiego ponownie zaczęto formować polskie wojsko – wspomina Dagmara Dworak. – Tym razem całkowicie podległe Moskwie, ale mimo wszystko polskie wojsko. Do łagru przyjechała komisja poszukująca rekrutów do nowej formacji. Potem pod eskortą NKWD dziadek został przetransportowany do Riazania, miejsca formowania się I Dywizji Kościuszkowskiej. Po krótkim szkoleniu trafił na front. Z wojska mógł już pisać listy do dzieci pozostawionych w Związku Sowieckim. Służył w 5. Dywizji Ciężkiej Artylerii. W styczniu 1945 roku pod Warszawą został ciężko ranny i po pobycie w szpitalu, został oddelegowany na długi urlop rekonwalescencyjny. W wojskowym mundurze, jeszcze bardzo słaby, z bandażami na głowie – przez które, jak twierdzą żyjący do dziś świadkowie, sączyła się krew – ruszył na Syberię w poszukiwaniu dzieci. Kiedy je odnalazł, kiedy się wreszcie po długiej rozłące zobaczyli – był to najszczęśliwszy dzień w ich życiu. Wtedy jednak, dziadek nie miał prawa wracać z dziećmi do Polski. Nakazano mu regularnie meldować się w wojenkomacie, gdzie poddawany był przesłuchaniom. Musiał czekać.

Autorka „Kromki chleba" zdecydowała się na oryginalną formę opowieści, która łączy wspomnienia świadków historii z narracją historyczną. Do książki, wydanej nakładem poznańskiego Rebisu, dołączony jest filmowy reportaż z wyprawy na Syberię.

– Pierwszy powstał film dokumentalny, bo w dwóch syberyjskich wyprawach towarzyszyła nam kamera – mówi Dagmara Dworak. – Mieliśmy więc zdjęcia z podróży, a dla zbudowania właściwego przekazu dograliśmy, już w Polsce, wspomnienia mojego taty i jego siostry Danusi. Zaczęli wspominać. Zarejestrowaliśmy wiele godzin tych wspomnień. Te najbardziej poruszające były, niestety, nazbyt długie, aby w całości mogły znaleźć się w filmie. Obawialiśmy się, że zapisane w filmowych plikach popadną w zapomnienie. Chciałam tego uniknąć i zaczęłam wieczorami spisywać słowo po słowie. A potem uzupełniałam, rozszerzałam, porządkowałam, by na końcu dodać nowe wspomnienia, usłyszane w trakcie kolejnych rozmów z ojcem i ciocią.

Tak rosła ilość zapisanych stron przeznaczonych wyłącznie do rodzinnego archiwum, nie było bowiem planów napisania książki i jej opublikowania.

– Wtedy jasne dla mnie się stało, że trzeba rodzinną opowieść osadzić w historycznych realiach, dodać krótkie, rzeczowe informacje o wydarzeniach, które determinowały losy zesłańców – mówi autorka. – Wyszłam z założenia, że nawet my, dzieci i wnukowie syberyjskich zesłańców, słabo znamy historię, czasami nazbyt wybiórczo.

Z rękopisem do wydawcy pojechał mąż pani Dagmary.

– Jako jedyny wierzył, że historia rodziny Żukowskich może być interesująca również dla innych – opowiada pani Dagmara Dworak. – I miał rację!

Tajemniczy taksówkarz

Książka choć pojemniejsza niż film, też nie wyczerpała wszystkich tematów, historii i zdarzeń związanych z wyprawą na Syberię.

– Jedną z nich było zaginięcie naszego bagażu, który został zatrzymany przez rosyjskie służby celne w Moskwie i nie poleciał z nami do Irkucka – opowiada Dagmara Dworak. – Mimo późniejszych starań polskiego konsula w Irkucku, nie został nam wydany. Tym samym przepadł ekwipunek pieczołowicie, miesiącami przygotowywany na naszą ekspedycję. 26-dniową podróż odbyliśmy bez bagaży, dokupując jedynie to, co najbardziej niezbędne: szczotki do zębów, bieliznę i koszulki na zmianę. Dziś, z perspektywy czasu, uważamy, że w czasie podróży nie skupialiśmy się na naszych opasłych bagażach, ale na przeżywaniu drogi. Skupieni byliśmy na tym, co najważniejsze.

Warto wspomnieć, że w podróży na Syberię autorce towarzyszyła asysta służb specjalnych Federacji Rosyjskiej – słynna FSB.

– Nie od razu zorientowaliśmy się, że jesteśmy inwigilowani – mówi Dagmara Dworak. – Przecież nie mogliśmy przypuszczać, że służby zajmujące się poważnymi zagrożeniami, zainteresują się dawnym syberyjskim zesłańcem, który w asyście rodziny pragnie odszukać w tajdze mogiłę swojej matki. A jednak! – opowiada Dagmara Nowak. – Asysta służb była widoczna na wielu etapach naszej podróży: w Irkucku, nad jeziorem Bajkał, w całym rejonie Taszła, Buzułuku i Orenburgu. Przyznać trzeba, że dyskretna, niedokuczliwa, ale była. W Irkucku, czyli ponad 600-tysięcznym mieście, jako jedyna przed lotniskiem czekała na nas taksówka z przemiłym, wąsatym, mocno gadatliwym kierowcą. Potem przyjeżdżał na każde nasze telefoniczne wezwanie zgłaszane do lokalnej korporacji taksówkowej. Pan taksówkarz, jak potem się okazało, zadziwiająco dobrze rozumiał nasz język, mimo że nigdy się tym nie pochwalił. Kiedy nacisnęliśmy go w tej sprawie, wyznał, że przez wiele lat w wojsku sowieckim stacjonował w naszym kraju, w Legnicy. O przedziwnych zdarzeniach towarzyszących naszej podróży można by długo opowiadać.

Po premierze „Kromki chleba" odbyło się już wiele spotkań z czytelnikami.

– Zaskakuje mnie liczne grono osób zainteresowanych tym tematem – mówi Dagmara Dworak. – Mam przyjemność słuchać przemiłych opinii. Czytelników zaskakuje, a często wręcz zachwyca, forma narracji, czyli wzajemnie przeplatające się wypowiedzi, raz siostry, raz brata, które układają się w przepiękną historię. A chociaż dotyczy trudnego dzieciństwa z lat syberyjskiego zesłania, co niejednego już zaskoczyło – budzą również śmiech. Opowiadam przecież o świecie widzianym oczyma dzieci, które szczególnie w książkowej opowieści przemawiają do nas w zadziwiający, wstrząsający wręcz sposób.

Zrzutka z kieszonkowego

Autorka dała się też namówić, choć nie bez oporu i wątpliwości, na kilka spotkań z młodzieżą licealną i uczniami ostatnich klas gimnazjum.

– Spodziewałam się braku uwagi, znużenia, bezrefleksyjnego podejścia do tematu. Niesłusznie – mówi Dagmara Dworak. – Gdy zabrakło wolnych miejsc na widowni, widziałem młodych ludzi siedzących na schodach sali kinowej, wpatrzonych w ekran, skupionych na przeżywaniu filmu. Rosło mi serce, kiedy panowała cisza jak makiem zasiał. To dla mnie największa nagroda. Premia za to, że zrealizowałam film w takiej formie, która według filmowców-profesjonalistów, nie miała szans się udać. Zawsze pamiętać będę czwórkę młodych ludzi, proszących o wpis autorski do egzemplarza „Kromki chleba" po jednym ze spotkań. Imienny wpis dla całej czwórki, gdy młodzi ludzie kupili książkę na spółkę, zrzucając się z kieszonkowego. Czy można zamarzyć o czymś więcej?

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.cieslak@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL