Egzotyka podkarpackiej kontrabandy

aktualizacja: 21.08.2017, 01:00
Konrad Janczura
Konrad Janczura
Foto: materiały prasowe

„Przemytnicy" to bodaj pierwsza polska powieść o szmuglerach od czasów przedwojennego „Kochanka wielkiej niedźwiedzicy". Ale Polska w 2017 r. jest zupełnie inna od tej z lat 20. XX wieku.

REDAKCJA POLECA

Konrad Janczura w swojej debiutanckiej powieści odwołał się do tradycji niezbyt bogatej, a jednak bardzo wyrazistej. Bo Sergiusz Piasecki to pisarz legenda. Przemytnik, przestępca, pracownik wywiadu, żołnierz AK i uzależniony od kokainy literat. Urodzony w Lachowiczach przy granicy II Rzeczypospolitej z Sowietami, młodość spędził na nielegalnych przeprawach na odcinku Raków–Iwieniec. To fragment graniczny położony na zachód od Mińska, dzisiejszej stolicy Białorusi, a niegdyś serca Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Zakazana legenda

Piasecki, radykalny antykomunista i awanturnik, stał się zakazaną legendą w PRL. W związku z tym jego książki ukazywały się w drugim obiegu oraz w zagranicznych wydawnictwach. Popularność prozy Sergiusza Piaseckiego odżyła po zniesieniu cenzury w 1990 r., ale awanturnicza historia polsko-sowieckiego pogranicza z II RP była już zamierzchłą przeszłością. Dlatego w nowych czasach, jeśli już opowiadano o przemycie, to raczej ze strony świeżo otwartej granicy z Niemcami na Odrze. Tam narodziła się legenda nowej kontrabandy, gdzie królowały „młode wilki" jeżdżące do Reichu po niemieckie auta i na „jumę", czyli bezczelną kradzież luksusowych towarów w biały dzień ze sklepów. Ten dziki nadodrzański zachód przeminął wraz z wejściem Polski do strefy Schengen i zupełnym otwarciu granicy z Niemcami. Od tamtej pory granica wschodnia znowu stała się popularnym rejonem przemytu.

Właśnie o tym opowiadają „Przemytnicy" 29-letniego pisarza z Podkarpacia. Konrad Janczura imał się w życiu różnych zajęć. Studiował przez pewien czas krytykę literacką na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Pracował w sklepie spożywczym, no i oczywiście sam był przemytnikiem. Jak mówi, w jego okolicach trudno znaleźć kogoś, kto w mniejszym lub większym stopniu nie miałby na koncie szmuglu. Obecnie mieszka w rumuńskim Bukareszcie, gdzie pracuje w dużej korporacji.

Akcja „Przemytników" rozgrywa się w okolicach Lubaczowa, rodzinnego miasta Konrada Janczury. Para przyjaciół 27-letni Fery i młodszy od niego 21-letni Zola, mieszkają we wsi Krowica Lisia. Chociaż najbliższe przejście graniczne mają w pobliskim Budomierzu, to niechętnie z niego nie korzystają. Wolą jeździć na Korczową. „A bo tam kwitł handel. Tym z Budomierza zresztą nikt nie ufa, nawet nie wiadomo, czy to jest czynne. Bo ludzie przywykli, żeby na Korczową jeździć" – czytamy na stronach powieści.

Zola i Fery jeżdżą z towarem dla Senseja, miejscowego mafiosa, który ma rozległe kontakty wśród Ukraińców i pracowników Straży Granicznej. Sensej reprezentuje wszystkie wady polskiej prowincji – sobiepaństwo, arogancję i poczucie, że za pieniądze można dostać wszystko.

Chłopaki dla Senseja wożą głównie papierosy i wódkę z Ukrainy, którą potem dostarczają do lokalnych sklepów. Na wierzch pakują też keczup czosnkowy, towar na osobiste życzenie szefa, któremu wyjątkowo smakuje ten ukraiński przysmak.

Fery to zwichrowany młodzieniec po studiach. Mieszka z ojcem, byłym solidarnościowcem, który coraz bardziej stacza się w samotność i pijaństwo. Gdyby nie on, Fery prawdopodobnie już dawno wyjechałby z Podkarpacia. Matka odeszła wiele lat temu i nie mają z nią kontaktu. Brak perspektyw i nuda przygranicznej wsi potęgują frustrację 27-latka. Na dodatek zostawiła go piękna Baśka, która mimo rozstania nieustannie drażni wybuchowego chłopaka.

Zola jest dużo spokojniejszy. Letnie dni upływają mu na kolejnych kursach przez granicę, a także na graniu przy komputerze i paleniu trawy. Czytamy, że „Zola z Ferym już tak prawie trzy lata jeździł, od kiedy osiemnastkę miał i prawko zrobił. Na początku raz w tygodniu, jak jeszcze szkoła była. Potem coraz częściej i częściej. A teraz z niego już rasowy przemytnik. Młody jest, niech się bawi".

Picie wódki i kobiety

Napięcie w „Przemytnikach" jest duże, choć w gruncie rzeczy niewiele się dzieje w życiu bohaterów. Tytułowi szmuglerzy jeżdżą bez większych wpadek i awantur. Noce spędzają na szukaniu w okolicy kolejnych atrakcji i piciu wódki. Zola poznaje też Karolinę, dziewczynę z dobrego, zamożnego domu, i wszystko w jego życiu nabiera kolorów. Jednak frustracja Ferego uwięzionego w chałupie z wiecznie pijanym ojcem w końcu przekroczy ostateczną granicę i doprowadzi do tragedii.

Do katastrofy przyczyni się także chciwość Senseja, który w poczuciu wszechwładzy będzie wysyłał swoich pracowników na wyjazdy z coraz bardziej niebezpiecznym towarem.

„Przemytnicy" to nie tylko portret lokalny, ale też powieść sensacyjna, więc należy zdradzać, co wydarzy się na ostatnich kartach. Zaskoczeń nie będzie, bo Konrad Janczura gra według standardowych zasad gatunku. Od typowej powieści gatunkowej odróżnia jednak literacki sznyt tej powieści, która ucieka prostym schematom.

Na drugim tle ciągle przewijają się Ukraińcy. „Szoszony", jak mówią o nich pogardliwie bohaterowie powieści. „Gdy wchodzi temat Ukraińców, to zaraz robi się temperatura. Trochę zaczniesz, to zaraz bluzgi lecą. A później tylko wzdychają. Że takie czasy. Że nic nie zrobisz. Trzeba żyć w pokoju" – puentuje narrator.

Obraz Ukraińców jest bardzo nieoczywisty. Z jednej strony z ust polskich bohaterów padają komentarze o „banderowcach" i wpływach Putina. Z drugiej strony pojawiają się też komentarze neutralne czy wręcz pozytywne o sympatii polsko-ukraińskiej. Także ostateczna wymowa powieści daleka jest od antyukraińskości. Co więcej, trwają właśnie prace nad tłumaczeniem „Przemytników" na język ukraiński.

Inną kwestię stanowi tło społeczno-cywilizacyjne Podkarpacia. To zdaje się być jednym z głównych tematów, jaki interesuje Konrada Janczurę. „Roboty tu nie ma zbytnio, a jak jest, to na czarno. Na budowlance można zarobić albo kawałek dalej gdzieś jechać, przy tytoniu pomóc. Ale to tylko jak jest sezon. Tak to nie ma. Tu ino piją albo się biją z tymi obok".

„Przemytnicy" napisani są prostym językiem, w którym pełno kolokwializmów i wulgaryzmów. Ale to nie jest język epatujący przekleństwem. Janczura nie egzaltuje się wulgarną stylizacją. Ten język jest silnie przypisany do środowiska i codzienności bohaterów. Narrator raz odwołuje się do regionalizmów i gwary. Kiedy indziej do slangu przestępczego i języka młodzieży. Płynnie porusza się w każdym z nich, bo przecież tak w końcu mówią młodzi mieszkańcy Podkarpacia – z jednej strony pozostający pod wpływem archaizującej mowy dziadków, a z drugiej strony – oficjalnego języka szkoły i mediów. Wszystko to jest podlane slangiem i przestępczą gwarą, które powiela popkultura, a zwłaszcza muzyka hiphopowa.

Obraz prowincji

Młodemu pisarzowi daleko jest do zachwytów nad prowincjonalizmem, który cechuje choćby prozę Andrzeja Stasiuka. Janczura pokazuje pograniczny świat, nie upiększając go, ani nie romantyzując. Jak sam tłumaczy w wywiadach, próbował wymykać się różnym obowiązującym narracjom na temat prowincji. Nie chciał pisać książki z pozycji chłopomańskich, ale też tym bardziej z chłopofobicznych i prześmiewczych. Wydaje się to dosyć uczciwy obraz. Niepiękny, ale też nie rozkoszujący się brzydotą. Janczura przyjmuje inną strategię niż popularny Jakub Żulczyk, który podobnie jak Wojciech Smarzowski lubi epatować brudem prowincji. „Jest to powieść, która ma nadać literackość temu, co wydaje się, że literackości w sobie nie ma" – mówił w czerwcu podczas Otwartego Pikniku Stowarzyszenia Folkowisko w Warszawie.

Podkarpacie z „Przemytników" to ziemia, na której trudno o pracę i łatwo jest się stoczyć. Młodzi wyjeżdżają z dala od domu albo idą na zatracenie. Starsze pokolenie narzeka, ale w gruncie rzeczy lubi swój świat. Choć mają świadomość, że jest on mało przyjazny.

Czy to uczciwy obraz pogranicza polsko-ukraińskiego? Urodzony w Lubaczowie Konrad Janczura powinien to wiedzieć najlepiej.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: m.kube@rp.pl

POLECAMY

KOMENTARZE