Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Podkarpacie

Dostojewski w Rzeszowie

Czasy Dostojewskiego to czasy, w których pienišdze często wchodzš w miejsce utracone przez religię i władzę
materiały prasowe
Szymon Kaczmarek, reżyser „Idioty", którego premiera odbyła się 14 stycznia, opowiada o pracy w Teatrze im. Siemaszkowej, aktorskim zespole, przesileniach naszych czasów.

Rz: Jak ważne jest otoczenie, w jakim pan pracował nad „Idiotš" Dostojewskiego, miasto – w tym przypadku Rzeszów?

Szymon Kaczmarek: Miasto staje się kontekstem przedstawienia, czy chcemy tego czy nie. Na poczštku pracy wyznacza perspektywę patrzenia, a na jej końcu staje się podstawowym odbiorcš przedstawienia. Oczywiœcie, jeœli nie będziemy go traktować jako sterty poukładanych w odpowiedniej kolejnoœci kamieni, tylko jako społecznoœć. Rzeszów to centrum południowo-wschodniej Polski i brama na Wschód. Miasto, które dynamicznie się rozwija i ma bardzo duże ambicje. Tak jak Moskwa czy Petersburg chce być jednostkš wyznaczajšcš perspektywy. Dostojewski patrzy na Moskwę i Petersburg z perspektywy radykalnego krytyka. Przyglšdanie się własnym ambicjom i rozpoznawanie niebezpieczeństw uważam za niezwykle potrzebne właœnie w tym miejscu.

Dlaczego zdecydował się pan na wystawienie „Idioty" Dostojewskiego?

Po pierwsze, z chęci opowiedzenia historii Nastazji Filipownej – osieroconej siedmioletniej dziewczynki, która z biedy i rosyjskiego błota trafia pod skrzydła bogatego arystokraty Tockiego. Ten obsypuje jš pieniędzmi, zapewnia wychowanie i wykształcenie – można powiedzieć: daje nowe życie i czyni z niej człowieka na własny obraz i podobieństwo. Ale też wykorzystuje jš seksualnie, pozostawiajšc w psychice rany, które nigdy się nie zagojš. Kiedy ich historia i relacja zaczyna mu cišżyć – rozpad ich relacji jest jednoczeœnie poczštkiem akcji powieœci, próbuje zaaranżować jej małżeństwo z innym. Wystawia jš na sprzedaż, czyni z niej obiekt powszechnego pożšdania. Po drugie, sięgam po „Idiotę" z chęci podšżania za pokrętnym pomysłem Dostojewskiego na zbawienie patologii œwiata przez akceptujšcego ten rodzaj idiotę, który ma zaburzyć zastany porzšdek i rozmontować tworzšce go zasady. Interesuje mnie ta przewrotna i radykalna koncepcja, w której to pseudozbawiciel zadaje w tym œwiecie podstawowe pytania.

„Idiota" powrócił niedawno na teatralne deski, również dlatego, że zderza chyba już nasz przebrzmiały, niestety, idealizm z coraz mroczniejszym kapitalizmem. Jak pan odnajduje się w takiej sytuacji?

Od jakiegoœ czasu panuje we mnie, i chyba nie tylko we mnie, przekonanie, że zbliża się jakiœ koniec, upadek, ale to chyba po prostu jakiœ rodzaj naszego pojmowania œwiata się wypala. Istnieje przewrotne marzenie, żeby to wszystko się skończyło i żeby ten koniec był spektakularny, czyli taki, na jaki w swoim mniemaniu zasługujemy. To skrajnie egoistyczne i naiwne pragnienie, które sam w sobie odkrywam. Podobne wrażenie miałem, obcujšc z postaciami Dostojewskiego. Jest w nich chęć doprowadzenia do przesilenia, przeprowadzenia ostatecznej analizy, ostatecznego rozstrzygnięcia. Czasy Dostojewskiego to czasy duchowego zagubienia, rozdarcia między zagarniętym przez carat prawosławiem a niezliczonš iloœciš sekt, podziemnych organizacji, postaciami proroków i jurodiwych, funkcjonujšcych poza głównym nurtem. To również czasy, w których pienišdze często wchodzš w miejsce utracone przez religię i władzę, stajšc się dominujšcym czynnikiem decydujšcym o naszej wartoœci, przynależnoœci czy wolnoœci. Nietrudno nam się z tymi problemami identyfikować, nam, ludziom żyjšcym w czasach póŸnego kapitalizmu, który rzeczywiœcie można nazwać mrocznym.

Czy obserwuje pan w œrodowisku teatralnym uprzedmiotowienie, uzależnienie od materialnych spraw – czy jest wolne od tego rodzaju niewoli?

Nikt nie jest od tego wolny, a co dopiero instytucje podlegajšce zasadom rynkowym czy uzależnione od państwowych dotacji. Teatry to, oczywiœcie, miejsca twórczej wolnoœci, ale sš też ograniczone dotacjami, pozyskiwaniem funduszy czy choćby sprzedażš biletów. Oczywiœcie, każdy z twórców i pracowników dokłada starań, żeby w ramach ograniczonego budżetu powstało przedstawienie jak najlepsze i żeby tych braków nie dało się zauważyć. Niebezpieczeństwo polega na tym, że jeœli starania przynoszš dobry efekt, to z perspektywy widza trudno to zauważyć i wszystko wydaje się w najlepszym porzšdku.

Jakie wrażenie miał pan po pracy w Teatrze im. Siemaszkowej po premierze „Heddy Gabler"?

To było twórcze i bardzo owocne spotkanie. Chciałem do Rzeszowa wrócić i zrobić kolejne przedstawienie, szczególnie ze względu na zespół aktorski, pełen osób oddanych, otwartych na współpracę, zaangażowanych, a przede wszystkim twórczych. Zawsze dobrze się wraca do prób w zespole, w którym jest nić porozumienia i taka energia.

Czy dyrektor dawał panu do zrozumienia, że zależy mu na odœwieżeniu teatru i zaproszeniu młodszej widowni, która woli współczesne reinterpretacje klasyki?

Może nie rozmawialiœmy o tym w kontekœcie stricte marketingowym jako o planie na przycišgnięcie okreœlonej publicznoœci, ale dyrektor zna moje przedstawienia, wie, jakš estetykš operuję i nie oczekiwał ode mnie dobrze skrojonej, osadzonej w realiach historycznych inscenizacji klasyki. Rozmawialiœmy o sięganiu po wielkš literaturę w kontekœcie œcišgnięcia jej z półki i poddania próbie czasu: krytycznej analizie i reinterpretacji.

Co zostało panu z lat, gdy był pan asystentem Lupy przy „Factory 2"?

To było fascynujšce spotkanie. Szczególnie cieszy mnie, że mogłem w tym przedstawieniu wystšpić i doœwiadczyć pracy od strony zespołu aktorskiego. Zostało mi też dużo wspomnień z europejskich wyjazdów „Factory 2". No i powracajšce w wywiadach pytanie o relację mistrz – uczeń, która to pomaga bšdŸ przytłacza. W ogóle tak tego nie czuję i wydaje mi się, że mierzyło się z tym raczej poprzednie pokolenie reżyserów. Zaletš zajęć z Lupš było to, że traktował nas jak partnerów, jak odrębnych twórców i my też traktowaliœmy go jako twórcę, a nie pedagoga.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL