Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Życie Pomorza

Potrójne imieniny w państwowe święto

Kacper Kuszewski
Fotorzepa / Mielnik Sławomir
Kacper Kuszewski - Marek z „M jak Miłoœć” to mały wyimek jego artystycznej biografii. Sprawdza się w teatrze klasycznym, kabarecie, teatrze eksperymentalnym, wystšpił w „Tańcu z gwiazdami”, „Jak oni œpiewajš”. Jury „Twoja twarz brzmi znajomo" doprowadził do płaczu.
Rz: Urodzony w Słupsku, dorastał w Gdyni, uczył się w szkole muzycznej w Bydgoszczy, ukończył szkołę teatralnš w Warszawie. Kacper Kuszewski: Sugeruje pan, że będę miał problem z odpowiedziš na pytanie, skšd jestem? Może pan odpowiedzieć jak były prezydent.
Właœciwie tak. Jestem z Polski, a konkretnie to z Polski północnej. Moi rodzice byli aktorami. W tamtych czasach oznaczało to częste przeprowadzki. Były one możliwe, bo w dawnym systemie wszędzie otrzymywało się podobnš pensję i mieszkanie służbowe od teatru. Stšd te podróże. Urodziłem się w Słupsku choć mieszkaliœmy wtedy w Koszalinie, gdzie tato był dyrektorem teatru. Dzieciństwo jednak spędziłem w Gdyni i mam poczucie, że to jest moje miasto rodzinne. Kiedy wyrzucono mnie ze szkoły muzycznej w Gdańsku... Wyrzucono? Tak. Nie tylko dlatego, że oblałem egzamin z fortepianu, ale też okazałem się bardzo krnšbrnym uczniem, który przysparzał problemów nauczycielom. Pan, uchodzšcy za spokojnego, dobrze ułożonego, nieskorego do buntu chłopaka? Ha! Ha! Ha! Byłem trudnym uczniem, bo chciałem być traktowany przez nauczycieli po partnersku. Potrafiłem przy całej klasie kategorycznym tonem domagać się wyjaœnień, dlaczego ktoœ dostał takš ocenę, a nie innš, powołujšc się przy tym na kodeks ucznia. W tamtych czasach to było nie do pomyœlenia! Poza tym szkoła wtedy mało mnie interesowała, byłem pochłonięty moim debiutem teatralnym w gdyńskim Teatrze Muzycznym. Znalazłem się bowiem w obsadzie musicalu „Les Miserables" („Nędznicy"), œwiatowego hitu w reżyserii ówczesnego dyrektora tej sceny Jerzego Gruzy. W zespole teatru było wielu studentów studium wokalno-aktorskiego, którzy traktowali mnie jak młodszego kolegę. Ten œwiat znacznie bardziej mi się podobał niż szkoła. A jednak skończył pan szkołę muzycznš. Tak, ale w Bydgoszczy, bo bardzo chcieli tego rodzice. Zmieniłem œrodowisko, trafiłem na lepszych nauczycieli i tamtejszš szkołę skończyłem z czerwonym paskiem i wyróżnieniem. Można powiedzieć, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wróćmy jednak do Gdyni, jak trafił pan na deski Teatru Muzycznego? Jerzy Gruza był naszym sšsiadem, mieszkał w Gdyni w tym samym bloku, co moi rodzice i ja. Jako dziecko lubiłem sobie œpiewać na klatce schodowej, bo głos się pięknie rozchodził. Sšsiedzi nie podzielali moich zachwytów, ale pan Jerzy był innego zdania. Powiedział, że przygotowuje „Nędzników" i widziałby mnie w postaci niesfornego chłopaka. Poszedłem na przesłuchania i otrzymałem rolę Gawrosza. Skoro mówimy o ważnych postaciach w pańskiej drodze artystycznej, to często wymienia pan nazwisko Anny Seniuk. Anna Seniuk była opiekunem naszego roku w warszawskiej Akademii Teatralnej, a kiedy skończyłem studia, zaproponowała mi, bym został jej asystentem. I mam poczucie, że przez ten okres pod jej opiekš więcej nauczyłem się niż przez lata studiów. Jeœli dotychczasowe pańskie życie byłoby powieœciš, byłaby ona pełna niespodzianek, zaskoczeń i zwrotów akcji. Myœlę, że wbrew pozorom układa się ono w jakšœ logicznš całoœć. Spójrzmy wiec choćby na wybór teatrów: „Przygody Sindbada Żeglarza" w najbardziej klasycznym Teatrze Polskim w Warszawie, a potem współpraca z elitarnym Teatrem Pieœń Kozła, który wraca do korzeni teatru. Rzeczywiœcie, dziwnie się to plecie. Dorastałem w teatrze, on był zawsze mojš wielkš miłoœciš. Cišgle jednak uważam się za artystę poszukujšcego i nie widziałem siebie w teatrze etatowym. Tak mi się ułożyło, że nie musiałem walczyć o role, bo one same przychodziły. Olga Lipińska obejrzała nasze przedstawienie dyplomowe i od razu po szkole zaprosiła mnie do swego kabaretu, który chciała zasilić utalentowanš młodzieżš. Grałem na Scenie Prezentacje. Byłem asystentem w Akademii Teatralnej, a rok po szkole zaczšł się serial „M jak miłoœć". Kiedy przeczytałem scenariusz i poznałem obsadę, nie miałem wštpliwoœci, że warto się z tym zwišzać. Czy ten serial nie staje się dla pana obcišżeniem? Kilka razy pojawiały się wiadomoœci, że pan chce z niego odejœć. To były wieœci wyssane z palca. Owszem, w którymœ momencie poprosiłem o rodzaj „urlopu bezpłatnego", bo chciałem się skupić na pracy w Teatrze Pieœń Kozła. Ale wtedy producenci postanowili, że mój bohater będzie miał groŸny wypadek i będzie leżał w œpišczce. Wyłšczony byłem więc na pewien czas z serialu i mogłem realizować się teatralnie. Udział w tym serialu ma dla mnie wiele atutów. Poza stabilizacjš finansowš daje rozpoznawalnoœć, co dla aktora jest rzeczš ważnš. Dobrze się czuję w towarzystwie filmowej rodziny, scenarzyœci budujš tę postać interesujšco. A były czasy, kiedy mieliœmy dziewięciomilionowš widownię. Rzecz nie do pogardzenia. Majšc w pamięci Marka Mostowiaka, jadę na festiwal do Edynburga... i oglšdam zachwycajšce, dotykajšce Ÿródeł teatru, rytuału, widowisko pt. „Pieœni Leara" w wykonaniu wrocławskiego Teatru Pieœń Kozła, i w jego międzynarodowym zespole widzę Kacpra Kuszewskiego. Myœlę sobie: Kuszewski? Ten „serialowy" Kuszewski? To kolejny dowód na to, że nie lubię stać w miejscu, wišzać się etatem, przesiadywać w bufecie, że ten zawód traktuję jako cišgłe wyzwanie. Podobno myœlał pan nawet o stworzeniu własnego teatru... Tak, i podjęliœmy takš próbę, bo myœleliœmy o tym we czwórkę. Z Agatš Buzek, Annš Gajewskš i Michałem Sieczkowskim utworzyliœmy fundację Przestrzeń Wymiany Działań Arteria, by pozyskiwać œrodki na realizację naszych pomysłów. Udało się? I tak, i nie. Stworzyliœmy spektakl ogromnie ambitny: sięgnęliœmy po wczesnš sztukę Bernarda-Marie Koltèsa, niegranš wczeœniej w Polsce, pt. „Sallinger". Była koprodukcjš polsko-czesko-francuskš, co pozwoliło pozyskać œrodki międzynarodowe. Postanowiliœmy zrealizować ten projekt na powstajšcej wówczas scenie teatralnej w Fabryce Trzciny z dyrektor artystycznš Magdalenš Łazarkiewicz. Kiedy wszystko było już przygotowane, zaczęło się typowe polskie piekiełko. Magda zorientowała się, że ma być w tej instytucji tylko marionetkš, a z paniš, która sprawowała faktyczne rzšdy, ani jej, ani nam nie było po drodze. Włożyliœmy zatem mnóstwo pieniędzy, czasu i energii w coœ pięknego, szlachetnego, awangardowego, co wyprzedzało swój czas, a ponieważ spotkało się z niechęciš i całkowitym brakiem promocji – szybko upadło. Zrealizowaliœmy jeszcze kilka mniejszych projektów, ale zrozumieliœmy, że 90 proc. naszego wysiłku idzie na sprawy organizacyjno-administracyjno-finansowe, a nie o to nam chodziło. Zostawiliœmy więc Arterię w rękach człowieka, który dzięki niej realizuje Festiwal Filmowy Pięć Smaków, jedyny w Polsce przeglšd kinematografii azjatyckiej, który z roku na rok zyskuje sobie coraz większe uznanie. Cišgle nie wiem, jak z bajki o Sindbadzie Żeglarzu popłynšł pan do Pieœni Kozła. Jarosław Kilian zaprosił Pieœń Kozła do Teatru Polskiego i Grzegorz Bral zaproponował, że poprowadzi jednodniowe warsztaty dla aktorów naszego teatru. Poszedłem z ciekawoœci i oniemiałem. Zobaczyłem to, czego szukałem zawsze w teatrze i nigdy dotšd nie znalazłem. Takie podejœcie do pracy aktora, takie myœlenie o teatrze, taki rodzaj zespołowoœci, cišgłe samodoskonalenie się, poznawanie własnych możliwoœci. Codzienna podróż w głšb siebie. To było objawienie. Spektakl, który był rodzajem transu zarówno dla aktorów, jak i dla widzów. Ta cišgła potrzeba poznawania własnych możliwoœci chyba towarzyszy panu nadal. Stšd udział w „Tańcu z gwiazdami", „Jak oni œpiewajš" czy ostatnio „Twoja twarz brzmi znajomo". Kiedy wybierałem się do szkoły teatralnej, aktorów w wywiadach pytano o sens życia, o cele sztuki, o dogłębnš analizę losu ludzkiego poprzez twórczoœć teatralnš itp., a kiedy kończyłem szkołę teatralnš, aktorzy pytani byli o to, jakich kremów używajš, jakš zupę lubiš najbardziej i dokšd jeżdżš na wakacje. Odnalezienie się w tym nie było łatwe. Cišgle powtarzam sobie, że istotš aktorstwa jest pełna gotowoœć, by każdego wieczora być na scenie kimœ zupełnie innym. Ale i cišgle inwestować w siebie. Tak. Tego typu produkcje dajš wielkš możliwoœć indywidualnego rozwoju. W „Jak oni œpiewajš" mojš trenerkš była œwietna wokalistka jazzowa Anna Stępniewska, od której wiele się nauczyłem, mierzšc się co tydzień z innym gatunkiem muzycznym. „Taniec z gwiazdami" to chyba najtrudniejsze, najbardziej wyczerpujšce zadanie zawodowe, którego się podjšłem. „Twoja twarz brzmi znajomo" to z kolei wielkie wyzwanie aktorskie, ale też w pewnym sensie edukacyjne, bo o istnieniu niektórych wykonawców nie miałem wczeœniej pojęcia. Ma pan w sobie gen zwycięzcy? Nic na siłę. Ale ciężko mieć frajdę z tego zawodu, kiedy się nie odnosi sukcesów. Choć sukces nie dla każdego może znaczyć to samo. To porozmawiajmy o życiu prywatnym. Jak przyjšł pan decyzję Sejmu, by Œwięto Trzech Króli było œwiętem państwowym? Ze zdziwieniem. Jestem ateistš i zwolennikiem œwieckiego państwa. Korzyœć dla mnie jest taka, że mogę teraz w dzień wolny od pracy œwiętować moje potrójne imieniny, bo rodzice z artystycznš fantazjš dali mi imiona Kacper Melchior Baltazar. I wszystkie trzy mam w dowodzie!
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL