Lubelszczyzna

Mateusz Luty, bobsleista AZS UMCS Lublin: Trzecie pokolenie w bobie

Mateusz Luty, bobsleista z lubelskiego akademickiego klubu, jest pierwszym od 49 lat mistrzem Polski w tej dyscyplinie. Szykuje się do startu w igrzyskach w Pjongczangu
materiały prasowe
Naszym marzeniem w Pjongczangu jest miejsce w pierwszej dziesiątce, o to chcemy walczyć. Trenujemy teraz bardzo mocno – mówi Mateusz Luty, bobsleista AZS UMCS Lublin.

Rz: Czy nie obrazi się pan, jeśli powiem, że bobsleje są w Polsce dyscypliną egzotyczną?

Mateusz Luty: Jest w tym trochę prawdy, ale to zależy, w jakich kręgach. Przeciętny kibic może tak ją traktuje, ale jest grono ludzi oddanych tej dyscyplinie; część wywodzi się z innych sportów i oni traktują bobsleje poważnie.

Czym urzeka ta dyscyplina? Pozornie nie jest atrakcyjna, różnice między najlepszymi wynoszą tysięczne sekundy, uprawiają ją sportowcy z kilku krajów na świecie, no i trzeba wydać dużo pieniędzy...

To jest połączenie kilku dyscyplin. Wymaga przygotowania sprinterskiego jak u lekkoatletów, bo jednym z najważniejszych czynników, decydujących o końcowym wyniku jest mocny start. W moim przypadku liczy się umiejętność prowadzenia maszyny. Nie należy to do łatwych zadań. Trzeba obrać właściwy tor jazdy. Sprawnie pociągać sznurkami, w odpowiedniej chwili przy dużej prędkości. Pilot musi znaleźć optymalną linię, żeby jak najszybciej zjechać do mety. Nie przez przypadek bobsleje nazywa się zimową Formułą 1. Podobieństw rzeczywiście jest dużo – liczy się prędkość, dobry sprzęt. Każdemu, kto mógłby spróbować, poleciłbym jazdę bobslejem. Doznania i przeżycia są niesamowite.

Skąd w Polsce biorą się bobsleiści?

Głównie z lekkiej atletyki. Bobsleje wymagają treningu i przygotowania, jakie mają lekkoatleci. Tacy sportowcy, zazwyczaj trochę z przypadku, trafiają do bobslejów, ale ja jestem wyjątkiem. Dla mnie jest to sport rodzinny. Należę do trzeciego pokolenia uprawiającego tę dyscyplinę. Moim dziadkiem jest Andrzej Żyła, wielki propagator sportów saneczkowych, a wujkiem Tomasz Żyła – olimpijczyk w bobslejach z Nagano i Salt Lake City. Trudno mówić o mnie, że znalazłem się w bobie z przypadku.

Bobsleje są pierwszym sportem, który pan uprawia?

To byłoby niemożliwe. Istnieją przepisy określające minimalny wiek zawodnika, który może wsiąść do boba. Aby uzyskać takie pozwolenie, trzeba załatwić dużo formalności, mieć zgodę rodziców itp. Najpierw dużo jeździłem na nartach. Bobslejem pierwszy raz zjeżdżałem w wieku 17 lat na torze w Lillehammer.

W Polsce nie ma toru bobslejowego. Gdzie przygotowujecie się do sezonu?

Latem trenujemy w kraju. Mamy wtedy zajęcia sprinterskie z elementami siły, wytrzymałości i skoczności. Przygotowujemy się podobnie jak sprinterzy, tyle że nasz szczyt formy przypada na miesiące zimowe, a ich na letnie. Jesienią jeździmy na tory lodowe, by przeprowadzić zajęcia specjalistyczne. W tym roku przygotowaliśmy się na torze w Siguldzie na Łotwie.

Koszt budowy toru są wysokie. Był pomysł, żeby wybudować taki obiekt w Arłamowie, głównie ze środków prywatnych, ale zaporą okazała się cena – 40 mln euro. Czy w ogóle jest sens budować w Polsce tor za taką cenę?

Wszystko zależy, z której strony na to spojrzeć. Jako zawodnik związany od dawna z tą dyscypliną powiem, że to ma sens. Wszystko zależy od podejścia organizacyjnego. Najpierw wypada zauważyć, że na takim torze ćwiczyliby nie tylko bobsleiści, ale również saneczkarze i skeletoniści. Należałoby się nastawić na stworzenie systemu szkolenia. Wcale nie bylibyśmy bez szans na medale olimpijskie. Łotwa ma medalistów w bobslejach. Taki mały kraj rywalizuje z największymi potęgami. Na tor w Polsce przyjeżdżaliby na treningi zawodnicy z zagranicy, bo u nas jest relatywnie tanio, dużo taniej niż w Austrii, Niemczech czy Norwegii, gdzie jest najwięcej takich obiektów. Jestem przekonany, że wielu amatorów też chciałoby pozjeżdżać komercyjnie, bo ten sport zapewnia ogromną frajdę. Na razie szans na tor w Polsce nie ma. Miał powstać, gdyby odbyły się igrzyska w Krakowie, teraz nadzieje wiąże się z projektem Karkonosze 2030.

W tym roku sukcesem jest zorganizowanie pierwszych od 49 lat mistrzostw Polski. Odbyły się jednak nie w kraju, ale w Siguldzie...

Wymagana jest minimalna liczba pięciu załóg i przez wiele lat trudno było tyle znaleźć. Po igrzyskach w Soczi Polski Związek Bobslei i Skeletonu oderwał się od saneczkarskiego i działał w tym kierunku, żeby odbudować naszą dyscyplinę. W Siguldzie udało się wystawić pięć załóg. Poziom jest różny, ale najważniejsze, że się udało mistrzostwa przeprowadzić. Małymi krokami idziemy w dobrym kierunku.

Jak się spisują polskie załogi w rywalizacji międzynarodowej?

W tym roku z Krzysztofem Tylkowskim wygraliśmy zawody Pucharu Europy w dwójce w Altenbergu, byliśmy blisko podium w Lillehammer. Teraz startujemy w Pucharze Świata w czwórce.

Jesteście już pewni miejsca na igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu?

Polską kwalifikację już mamy, teraz walczymy o międzynarodową. Trzeba się utrzymać na odpowiednim miejscu w rankingu, ale po ostatnich wynikach jesteśmy o to spokojni. Kwalifikacje kończą się 14 stycznia, można jednak powiedzieć, że jesteśmy prawie na igrzyskach.

Jaki cel stawia pan sobie na Pjongczangu?

Straty do zawodników z czołowej dziesiątki mamy niewielkie. Naszym marzeniem jest miejsce w pierwszej dziesiątce, o to chcemy walczyć. Trenujemy teraz bardzo mocno, fizycznie czujemy się dobrze przygotowani, mamy doświadczonego łotewskiego trenera – Janisa Mininsa. Ale w bobslejach liczy się jeszcze sprzęt. Dwóch pilotów może mieć podobne umiejętności, ale jeden ma gorszą maszynę i wtedy przegrywa. W sezonie olimpijskim bogatsze kraje zawsze przygotują boba z nowymi technologicznymi rozwiązaniami, chcą zaskoczyć rywali. Dopiero na miejscu w Korei się okaże, jak na tle innych wygląda nasz sprzęt.

Czy polscy bobsleiści współpracują z jakimiś firmami, ośrodkami naukowymi, żeby poprawić jakość sprzętu?

Nasz budżet jest ograniczony, nie możemy sobie na to pozwolić. Choć nasz obecny bob nie jest zły, jesteśmy parę kroków za najlepszymi. Z Niemcami od lat współpracuje firma BMW, mają testy w tunelu aerodynamicznym. Sprzęt na igrzyska dostali przed rokiem, przez ten czas przeprowadzali testy, zmieniali ustawienia i to na różnych torach, w różnych warunkach. Nie zdradzają się z tym, co wymyślili. To są ściśle tajne informacje.

Ile kosztuje bobslej?

Ceny wahają się od 70 tysięcy za dwójkę do 120 tysięcy za czwórkę. Problem w tym, że z myślą o igrzyskach teraz takiej maszyny nie można kupić. Zamówienia należy złożyć kilka miesięcy przed zawodami, a potem trzeba boba przetestować. Niektóre firmy nie sprzedają swoich produktów, bo są związane na wyłączność z jedną krajową federacją. Do tego trzeba kupić i odpowiednio ustawić płozy. Cena za płozy to 10–20 tysięcy euro.

Jest pan zawodnikiem Klubu Uczelnianego AZS UMCS Lublin, choć wychował się w Karkonoszach, studiował w Katowicach. Skąd ten pomysł, żeby reprezentować Lublin?

Namówił mnie do tego transferu mój kolega Rafał Koszyk. Jest menedżerem naszego klubu i skeletonistą. W ten sposób w Lublinie powstała silna sekcja bobslejowa i skeletonu. Z bobsleistów do niedawna w klubie był Jakub Zakrzewski, nadal barwy AZS reprezentuje Grzegorz Kossakowski. Klub i uczelnia bardzo nam pomagają. Dzięki nim łatwiej przygotowywać się do igrzysk w Pjongczangu.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL