Powrót do domu

aktualizacja: 10.08.2017, 23:00
Piłkarze Górnika z Areny Lublin na stadion w Łęcznej wrócili po spadku...
Piłkarze Górnika z Areny Lublin na stadion w Łęcznej wrócili po spadku z ekstraklasy.
Foto: Polskapresse, Łukasz Kaczanowski

Górnik Łęczna nie utrzymał się w ekstraklasie. Być może zmiany z tym związane wyjdą klubowi na korzyść.

REDAKCJA POLECA

Górnik spadł niemal w ostatniej chwili, ale zanosiło się na to od miesięcy. Jesienią grał słabo, zmieniono więc trenera, bo to zawsze prostsze niż zatrudnienie nowych zawodników. Miejsce młodego Andrzeja Rybarskiego, który utrzymał drużynę w ekstraklasie w roku 2016, zajął doświadczony Franciszek Smuda. Rozpoczął pracę od klęski 0:5 na Łazienkowskiej, przegrał 0:5 w Białymstoku, ale potem było już tylko lepiej. Wydawało się, że misja utrzymania Górnika w ekstraklasie mu się powiedzie. Drużyna grała ładnie i coraz skuteczniej. Decydujące bramki padały czasami w 90. minucie, nadzieje rosły. Nie udało się.

– Staliśmy się ofiarą układów – mówi „Rzeczpospolitej" Franciszek Smuda. – Ostatni mecz, z Ruchem, w którym straciliśmy dwie bramki w 90. minucie, już nie miał znaczenia. Wcześniej sędzia wypaczył wynik naszego meczu z Wisłą Płock, spotkanie z Arką przegraliśmy po bramce zdobytej ręką, wreszcie Arka zaskakująco łatwo pokonała Zagłębie w Lubinie. Jak widzisz coś takiego, to tracisz wiarę – mówi Smuda.

Problemy zaczęły się jednak znacznie wcześniej i nie dotyczyły tylko trenerów. Dwukrotnie zdarzyło się, że interesy klubu nie pokrywały się z intencjami kibiców. Przed sześcioma laty Górnik, pod wpływem swojego dobroczyńcy, czyli kopalni węgla kamiennego, postanowił zmienić nazwę z GKS Górnik Łęczna na GKS Bogdanka. Pomysł firmował ówczesny prezes Artur Kapelko, który znalazł się w trudnej sytuacji. Był doświadczonym działaczem z praktyką w Jagiellonii i nawet jeśli nie podzielał opinii mocodawców, to musiał trzymać fason, mówiąc o marketingowej strategii kopalni Bogdanka. Wiedział, że jeśli jest strategiczny sponsor, to choćby dawał mniej pieniędzy, niż wynosiły potrzeby klubu (a bywało, że kopalnia nie dawała nic poza nazwą), należy robić wszystko, aby go utrzymać.

Pomysł nie spodobał się zdecydowanej większości radykalnych kibiców, dla których tradycja, chociaż krótka, była rzeczą świętą. Postanowili bojkotować mecze i po dwóch latach dopięli swego. W roku 2013 wrócono do starej nazwy: Górnik Łęczna. Reklama Lubelski Węgiel Bogdanka SA pozostała na koszulkach piłkarzy i tak jest do dziś.

Wymuszona przeprowadzka

Po raz drugi decyzję zrozumiałą ze względów marketingowych, ale podcinającą skrzydła klubowi, podjęto przed rokiem. W Lublinie powstał nowoczesny stadion Arena Lublin, na którym nie miał kto grać. Motor i Lublinianka walczyły w III lidze, jedyną drużyną, która mogła przyciągnąć na trybuny widzów, był Górnik. To leżało zarówno w interesie miasta, utrzymującego stadion, jak i kopalni. Bogdanka była najbardziej dochodową kopalnią węgla kamiennego w kraju i nic dziwnego, że chciała się reklamować poprzez sport dalej niż w Łęcznej. Podjęto więc decyzję, że od początku sezonu 2016/2017 Górnik będzie rozgrywał swoje mecze w Lublinie, odległym od Łęcznej o niecałe 30 kilometrów.

Pomysły dotyczące sportu, a podejmowane w zaciszu gabinetów ludzi niemających o nim większego pojęcia bywają niefortunne. Przenosząc mecze do Lublina zapomniano o kibicach z Łęcznej, którzy poczuli się tak, jak gdyby odebrano im dziecko.

Szkody były bardzo bolesne. Piłkarze w tygodniu trenowali w Łęcznej, a na mecze jeździli do Lublina. Kibice poczuli się oszukani. W 24-tysięcznej Łęcznej nie ma nawet kina, o inne rozrywki też trudno. Pójście w weekend na mecz było jedną z niewielu. Nic dziwnego, że kiedy mieszkańców Łęcznej pozbawiono meczów, w proteście postanowili do Lublina nie jeździć.

Przez kilka miesięcy można się było przekonać, jaką siłą są kibice. Do Lublina nie przyjeżdżały zorganizowane grupy kibiców, chociaż na parkingu przed stadionem widać było samochody z rejestracją Łęcznej. Kibiców Górnika wsparli zwolennicy Motoru, który stał się gospodarzem nowego stadionu. Mimo że nie mają z Łęczną na pieńku, wywieszali transparent z napisem: „Arena nie dla Górnika". Czasami utrudniali nawet innym kibicom zakup biletów, płacąc za swoje bilonem, z jednogroszówkami włącznie. Nim to kasjerzy przeliczyli, pierwsza połowa meczu dobiegała już końca. Niezależnie od relacji z innymi klubami (zgoda lub tzw. kosa) kibice Łęcznej potrafili doprowadzić do tego, że na mecze w Lublinie nie przyjeżdżali też kibice przeciwników Górnika. Ci, którzy weszli na stadion byli zwykłymi, „niedzielnymi" kibicami piłki nożnej, co też ma ogromne znaczenie, bo dzięki temu zwiększyło się zainteresowania futbolem na Lubelszczyźnie.

Mistrzowska oprawa

Sugestie, jakoby Lublinowi nie była potrzebna piłka, bo nie ma w tym mieście dużych futbolowych tradycji, tracą sens w obliczu kilku faktów. Dla starszych to Kazimierz Górski, Leszek Jezierski i Roman Korynt w Lubliniance. Dla osób w średnim wieku Motor w pierwszej lidze, Władysław Żmuda i Jacek Bąk, dla najmłodszych Arkadiusz Onyszko i Tomasz Brzyski, którzy też zaczynali kariery w Lubliniance.

Wreszcie to, co jeszcze świeżo mamy w pamięci. W czerwcu, podczas mistrzostw Europy drużyn do lat 21, Polska rozgrywała dwa mecze na Arenie Lublin – ze Słowacją i Szwecją. Za każdym razem na trybunach był komplet – 15 tysięcy ludzi, a kibice Motoru robili tam oprawy godne meczów pierwszej reprezentacji Polski.

Górnik nie miał tyle szczęścia. Średnia widzów na jego meczach w Lublinie była niższa niż na o połowę mniejszym stadionie w Łęcznej. Ale to też się zmieniało. – Na mój pierwszy mecz przyszło 900 osób. Na ostatnie, kiedy Canal Plus reklamował mecze z udziałem Górnika jako przeboje kolejki – już po 8–9 tysięcy. To byli kibice z Lublina. Dlatego, że graliśmy do przodu, strzelaliśmy bramki, to się musiało podobać – mówi „Rz" Franciszek Smuda.

– Rozumiem racje kibiców, ale klub musi pozyskiwać pieniądze. Przenieśliśmy się do Lublina ze względów biznesowych. W ciągu roku wpływy z reklam wzrosły dzięki temu o 200 procent – mówił prezes Artur Kapelko.

Kiedy spadek z ekstraklasy stał się faktem, wycofano się z niefortunnej decyzji: Górnik wrócił do Łęcznej. – Tu są nasze korzenie, tu jest nasz dom – powiedział Kapelko, który przecież na stadionie w Łęcznej, a nie na Arenie Lublin, miał swoje biurko.

Ale to już przeszłość. Po ośmiu latach pracy w roli prezesa Kapelko odszedł z klubu i mimo że zostawił go z długami, będzie dobrze zapamiętany. Ale spadek radykalnie zmienił sytuację. Górnik stracił pieniądze z Canal Plus, postanowiono w związku z tym zmienić warunki pracy zawodnikom i trenerom.

Smuda w tej sytuacji zrezygnował, jego współpracownicy też, a większość zawodników, którym kończyły się kontrakty, postanowiła ich nie przedłużać. Wypromowali się w ostatnim sezonie na tyle, że mieli gdzie pójść. Odeszło aż 17 zawodników. Na kilkanaście dni przed rozpoczęciem sezonu Górnik miał w kadrze dziesięciu graczy i ani jednego trenera. W ostatniej chwili sprowadzono Tomasza Kafarskiego. Zostali związani z Górnikiem starsi zawodnicy: bramkarz Sergiusz Prusak, Grzegorz Bonin, Przemysław Pitry, Paweł Sasin, wrócił Radosław Pruchnik.

Polak w trzech czwartych

Sezon zaczęli od porażki w Opolu z Odrą 0:3. W ostatni weekend pokonali Zagłębie Sosnowiec 2:1. Ważne, że znowu na swoim stadionie w Łęcznej, z kibicami, ich dopingiem i transparentami w rodzaju: „Nieważne kim jesteśmy, nieważne co robimy, stoimy za tą flagą, bo w Górnik wierzymy", albo „Nie zapomnij kim jesteś i gdzie się wychowałeś". Obydwie bramki strzelił 19-letni Patryk Szysz, który urodził się i wychował właśnie w Łęcznej. W ekstraklasowym Górniku nie miałby szans na grę. Teraz może się pokazać. On i wielu takich jak on, którzy nauczyli się grać w klubowej akademii.

Doszło do jeszcze jednej istotnej zmiany. W ubiegłym roku karierę piłkarską zakończył Serb Vejlko Nikitović, rekordzista pod względem liczby spotkań w Górniku. W ciągu 13 lat rozegrał w Łęcznej 302 mecze i jako jedyny cudzoziemiec zakładał opaskę kapitana. Przez kilka miesięcy był asystentem trenera, w kwietniu powołano go w skład zarządu, a 17 lipca objął stanowisko prezesa klubu. – Ja już jestem w trzech czwartych Polakiem – mówi „Rz". – Mieszkam w Łęcznej od 15 lat, ożeniłem się z Polką, tu urodzili się dwaj moi synowie. Żyję tym klubem i nie chciałbym tego zmieniać. Wiadomo, że po spadku z ekstraklasy warunki się pogorszyły, ale co w życiu jest łatwe? Trzeba pracować. Ważne, że kopalnia jest przy klubie na dobre i na złe, wspiera nas finansowo. Rozwijamy akademię, stwarzając możliwości rozwoju chłopcom z Łęcznej i okolic. Talentów tutaj nie brakuje. Przecież Przemysław Tytoń, Grzegorz Bronowicki, Sebastian Szałachowski czy Sławomir Nazaruk, który dziś jest asystentem trenera, zaczynali kariery właśnie w Łęcznej. Kibice powoli do nas wracają. Tych jeszcze niezdecydowanych przekonamy grą, że warto.

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

POLECAMY

KOMENTARZE