Zdrowie

W karetce nie musi boleć, ale trzeba zmienić prawo

Adobe Stock
Bez ustawowego nakazu monitorowania bólu, chorzy po urazach nadal będą cierpieć w karetkach. Lekarze i pacjenci chcą zmian w przepisach.

Zespoły pogotowia powinny mierzyć stopień nasilenia bólu pacjenta jeszcze na miejscu zdarzenia i zapisywać go na specjalnej karcie, a jeśli sytuacja tego wymaga, podać mocne środki znieczulające – uważają lekarze medycyny ratunkowej i pacjenci z koalicji Wygrajmy z Bólem. Ich apel to reakcja na wyniki badań blisko 30 tys. kart wyjazdowych zespołów ratownictwa medycznego z województwa pomorskiego z lat 2016–2017, które dotyczyły wezwań do urazów. Dane są zatrważające.

Nieludzkie traktowanie

Tylko co piąty pacjent zabierany przez pogotowie i co czwarty po urazie wielonarządowym dostaje środki przeciwbólowe. Nie lepiej jest u dzieci. Na uśmierzenie bólu szansę ma tylko 20 proc. z nich. – Dramat, plasuje nas to na równi z trzecim światem – uważa prof. Andrzej Basiński, anestezjolog i lekarz medycyny ratunkowej, szef jedynego w Polsce Klinicznego Oddziału Ratunkowego działającego w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku. Jak mówi, wycie z bólu to nie literacka przenośnia. Zdarza się i dziś.

Na pomysł badań wpadł przed dwoma laty, kiedy nowelizacje prawa rozszerzyły uprawnienia ratowników medycznych. Z jednej strony zwiększono im liczbę podstawowych zespołów pogotowia „P", składających się wyłącznie z ratowników, kosztem zespołów specjalistycznych z lekarzem „S". Z drugiej – liczbę środków przeciwbólowych, które może podać ratownik, rozszerzono o mocne środki, takie jak fentanyl czy metamizol. Wcześniej ratownicy mogli podać cierpiącym tylko trzy środki: ketoprofen, kwas acetylosalicylowy oraz morfinę. Prof. Basiński chciał sprawdzić, jak z ordynowaniem leków, które nie zawsze chcą podawać lekarze, radzą sobie ratownicy, szkoleni do ustabilizowania pacjenta na miejscu zdarzenia.

Okazało się jednak, że lekarze z zespołów „S" uśmierzają ból pacjentów po urazach tylko o kilka procent częściej niż ratownicy z zespołów podstawowych. Z badania 8691 kart wyjazdowych, którego wyniki opublikowano w kwietniu 2017 r. w czasopiśmie naukowym „Ból", wynika, że tylko 16,1 proc. wszystkich pacjentów mogło liczyć na uśmierzenie bólu w karetce. Niewiele lepiej było w przypadku pacjentów po urazach mnogich (np. złamaniach kilku kości) – znieczulenie dostawało 26,6 proc. z nich, czyli co piąty. Dramatyczna sytuacja dotyczy dzieci po urazach: w karetce pogotowia znieczulenie dostało tylko 20 proc. z nich.

O ile w zestawieniu zbiorczym lekarze z zespołów specjalistycznych nie wypadają o wiele lepiej od ratowników – zespoły „S" uśmierzały ból w 17,1 proc. przypadków, a zespoły „P" – w 14,6 proc., medycy mieli więcej litości dla ofiar urazów mnogich – np. takich jak złamanie kilku kości w wyniku wypadku samochodowego. Znieczulenie podawali dwukrotnie częściej (42,6 proc., gdy ratownicy w 19,7 proc.). Z czego to wynika? Zdaniem prof. Basińskiego lekarzy często zawodzi rutyna, a ratowników – brak umiejętności. Ktoś, kto wcześniej nie podawał mocnych leków przeciwbólowych, może zwyczajnie bać się je przedawkować. Stąd – jak wynika z badania – środkiem najczęściej podawanym cierpiącym było 100 mg ketoprofenu – dawka, która pomaga przy bólu ucha, ale w przypadku złamania kilku kości jest nieskuteczna.

Bolesna jazda

Cierpienie pacjentów karetek potrafi trwać nawet kilkadziesiąt minut. O ile w dużych miastach czas dojazdu do szpitala liczony jest w minutach (w Gdańsku średnio to 6 min), o tyle z innych części województwa karetka z chorym potrafi jechać nawet kilkadziesiąt minut. Przez ten czas adrenalina, która znieczula poszkodowanego bezpośrednio po urazie, przestaje działać, a ból potrafi być potworny.

– Chcemy, by lekarz czy ratownik na miejscu zdarzenia musieli zapytać pacjenta o natężenie bólu w 10-stopniowej numerycznej skali bólu, a potem nanieść tę wartość na specjalną kartę. Pytanie powinno się zadać jeszcze raz po podaniu środka przeciwbólowego. Z moich badań wynika, że obniżenie bólu tylko o jedną jednostkę poprawia jakość życia pacjentów o 15 proc. To dużo – mówi prof. Basiński.

O tym, że wprowadzona rozporządzeniem karta leczenia bólu jest wciąż potrzebna, przekonał się ostatnio, kiedy przeanalizował kolejne 11 tys. kart wyjazdowych z karetek. Dane były zbieżne z opublikowanymi przed rokiem.

Opinia dla „Rzeczpospolitej"

Szymon Chrostowskim, założyciel koalicji Wygrajmy z Bólem

Lekarze od lat wmawiają pacjentom, że „musi boleć". A pacjenci w to wierzą i skazują się na cierpienia, nie mówiąc już o powikłaniach nieleczenia bólu. Mam na myśli powikłania zarówno fizyczne, jak i społeczne. A te są poważne. Zaliczamy do nich nie tylko absencję chorobową, ale też niemożność normalnego funkcjonowania czy podjęcia pracy, które potrafią prowadzić do depresji i samobójstwa. Mamy nadzieję, że wprowadzenie odpowiednich przepisów doprowadzi do tego, że los pacjentów karetek się poprawi. Nasze nadzieje wiążemy z tym, że pacjenci znaleźli sojusznika w wiceministrze zdrowia Marku Tombarkiewiczu, który kilka miesięcy temu poparł nasze starania o wprowadzenie rozporządzeniem karty monitorowania bólu w szpitalach.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL