Czernecki: Macron uratuje Europę?

aktualizacja: 21.04.2017, 20:40
Foto: AFP

Przed wyborami prezydenckimi cichy faworyt UE ma problemy z przekonaniem Francuzów, że jest jedyną zaporą dla Marine Le Pen – pisze historyk idei.

REDAKCJA POLECA

Po raz pierwszy w historii V Republiki Francuskiej może się zdarzyć, że do drugiej tury wyborów prezydenckich nie wejdzie żaden z kandydatów dwóch głównych partii. Oznaczałoby to, że Francuzi za jednym zamachem odrzucili socjalistów i republikanów, czyli dwie formacje, z których jedna zawsze rządziła krajem.

W tych bezprecedensowych realiach wyróżnia się 39-letni Emmanuel Macron. Ta wschodząca gwiazda nadsekwańskiej polityki od początku roku dzieli z Marine Le Pen prowadzenie w sondażach, z poparciem co czwartego ankietowanego. Samozwańczy człowiek centrum, bezpartyjny były minister gospodarki, założyciel ruchu En Marche! (Naprzód) wyłamał się z tradycyjnego podziału na lewicę i prawicę, proponując wyborcom inną od dotychczas panującej linię politycznego podziału. Ustawia się on w roli głównego krytyka przewodniczącej Frontu Narodowego, przeciwstawiając konserwatywne wstecznictwo rywalki swojej reformatorskiej i progresywnej wizji polityki.

Nie ma alternatywy?

Przetasowanie barykad było uzasadnione wobec skutecznych podchodów, jakie partia Le Pen czyni w środowiskach robotniczych tradycyjnie głosujących na socjalistów. Jednak aby pełniej zobrazować obecną rozgrywkę wyborczą, uwzględnić należy też Jean-Luca Mélenchona i Françoisa Fillona. Ten pierwszy w ostatnim miesiącu pozostawił w tyle kandydata socjalistów. Wzrost poparcia zanotował też borykający się ze skandalami kandydat prawicy republikańskiej.

Rozkładając program czterech aspirantów na sferę ekonomiczną i społeczną, można przyjąć cztery warianty: program otwarty gospodarczo i progresywny społecznie (Macron), otwarty gospodarczo i konserwatywny społecznie (Fillon), zamknięty gospodarczo i konserwatywny społecznie (Le Pen) oraz zamknięty gospodarczo i progresywny społecznie (Mélenchon). Francuzi dzielą się z grubsza na cztery grupy wyborców odpowiadające tym czterem wariantom. I tak Mélenchon, kandydat radykalnej lewicy, dzieli z Marine Le Pen eurosceptycyzm i nieufność wobec międzynarodowych instytucji finansowych. Z kolei Fillon podobnie do szefowej Frontu Narodowego rozumie problem uchodźców i imigrantów. Natomiast Macron zgadza się z Mélenchonem co do ułatwienia kobietom dostępu do technik wspomaganego rozrodu i ma podobną do eurodeputowanego wrażliwość dla ekologii. Z Fillonem za to kandydata En Marche! łączy wizja konkurencyjnej francuskiej gospodarki na liberalnych zasadach czy chęć zwalczania etatyzmu i biurokracji państwowej.

Dychotomia, jaką od początku kampanii stara się narzucić Francuzom sztab Macrona, ma na celu pogodzenie wyborców z przeświadczeniem, że „nie ma alternatywy", że trzeba dokonać wyboru pomiędzy niebezpiecznym anachronizmem i odważną nowoczesnością. Nie ułatwia ona jednak zrozumienia faktycznych podziałów w kraju. Wobec zagrożenia wygraną Frontu Narodowego we Francji zawsze pada apel o oddanie „użytecznego głosu" (le vote utile), czyli głosowania na kandydata, który w drugiej turze zbierze najszerszą koalicję antylepenowską. Z tej taktyki dotychczas najlepiej korzystał kandydat centrum. Jednak wedle obecnych sondaży z Marine Le Pen wygrywa w drugiej turze każdy z pozostałych trzech kandydatów. Trudno więc dziś Macronowi przedstawiać się jako jedyna zapora przed falą prawicowego populizmu. Z kolei 30 proc. wyborców nie podjęło jeszcze decyzji, na kogo odda głos. Oznacza to, że szanse Marine Le Pen na wygraną w drugiej turze zależeć będą od tego, czy zdoła przyciągnąć ten niezdecydowany elektorat.

Dodatkowo sytuację komplikuje fakt, iż są to wybory najsilniej w historii Francji naznaczone fenomenem nomadyzmu. Chodzi o swobodne odchodzenie wyborcy od preferencji, jakich należałoby się po nim spodziewać na podstawie przynależności do danej grupy społeczno-ekonomicznej czy do danej kategorii charakterologicznej (w zależności od teorii), a którymi dotychczas parcelowano elektorat.

Fakty te oraz ogólne zwątpienie co do trafności sondaży powodują, że poczucie niepewności jest ogromne.

Wyborca na czas określony

Sytuacja stała się bardziej skomplikowana, aniżeli życzyłby sobie tego cichy faworyt Europy. A należy zauważyć, że dotychczas Macron miał dużo szczęścia. Podał się do dymisji w rządzie wystarczająco wcześnie, aby móc przedstawić siebie jako kandydata świeżego. Ogłaszając swoją kandydaturę, wbił gwóźdź do trumny obecnego prezydenta, który do samego końca nie chciał uwierzyć w możliwość „zdrady" swojego podopiecznego. To w następstwie tej decyzji Macrona Hollande ostatecznie porzucił aspiracje ubiegania się o drugą prezydencką kadencję.

Szlak wyborczy rozpoczął się dla młodego centrysty serią sprzyjających mu wydarzeń. Prawybory na prawicy niespodziewanie wygrał François Fillon, który wyprzedził bardziej centrowego faworyta Alaina Juppé, otwierając przestrzeń do zagospodarowania wśród umiarkowanych wyborców prawicy. Wprawdzie były premier wygrał pewnie, przy dużej frekwencji, katapultując się na początku roku na drugie miejsce w sondażach, jednak przewagę tę Fillon szybko stracił w obliczu nepotyzmu, jakiego okazał się być sprawcą w przeszłości.

Tymczasem, wbrew nawoływaniom socjalistów, kandydat En Marche! zdecydował się nie uczestniczyć w prawyborach tej partii, zasłaniając się brakiem członkostwa. Faworytem wyborów na lewicy został urzędujący do tego momentu premier Manuel Valls, którego centrolewicowa pozycja stanowiła zagrożenie dla byłego ministra gospodarki. Jednak i on przegrał z bardziej lewicowym Benoit Hamonem, który dziś tonie wraz ze swoją partią, będąc na piątej pozycji w sondażach.

W obliczu dochodzenia na prawicy i podziałów na lewicy Macron doczekał się poparcia kilku ważnych postaci, w tym członków Partii Republikańskiej, centrowego François Bayrou oraz samego Manuela Vallsa, wzmacniając wrażenie swojej nieuchronnej wygranej. A jednak, mimo czołowej pozycji w sondażach kandydat centrum ma piętę achillesową. Posiada niski żelazny elektorat. Tylko 68 proc. wyborców Macrona jest pewna decyzji, w porównaniu do 80 proc. w przypadku Fillona czy 85 proc. w przypadku Le Pen. Choć więc w projekcjach w drugiej turze Macron komfortowo wygrywa z Le Pen, na ostatniej prostej awans do niej nie jest oczywisty.

Z czego wynika brak przekonania do kandydata En Marche!? Paradoksalnie z tego samego, z czego bierze się fenomen jego poparcia. Coraz więcej wyborców traktuje swój głos jak umowę na czas określony z możliwością natychmiastowego wypowiedzenia. Wyborcy lewicy, którzy deklarują dziś intencje przeniesienia głosu z socjalistów na Macrona nie uważają, iż dokonywaliby zdrady ideałów. Odwrotnie, przekonani są o tym, iż decyzja taka odpowiada ich faktycznym poglądom. Nie porzucając liberalizmu obyczajowego oraz proeuropejskiej postawy, których wyznawcami zawsze byli socjaliści, oddając głos na Macrona, mogą wyrazić swój sprzeciw wobec polityki gospodarczej tej partii. Jednak stopniowa utrata znaczenia tradycyjnego podziału, który od Rewolucji Francuskiej określał przynależność polityczną Francuzów, oznacza zarazem większą zmienność wśród wyborców i większą niepewność co do faktycznej intencji kandydatów takich jak Macron.

Poruszyć Francję

Macronizm czerpie z dwóch wartości wywodzących się tak z klasycznej francuskiej lewicy, jak i prawicy – równość i wolności. Integruje je w projekt zbudowany wokół terminologii woli i mobilności. Od nazwy inicjatywy politycznej począwszy (En Marche! – z charakterystycznym wykrzyknikiem niczym komenda do ogólnej mobilizacji), na tytule książki z programem politycznym („Révolution") skończywszy, dyskurs sprawczości i ruchu jest wszechobecny. Odnosi się to do mobilności geograficznej, zawodowej, społecznej czy fizycznej.

Razem z Macronem Francja ma przemaszerować do nowego świata, stawiając czoła „wielkiej transformacji", jaka ma dziś miejsce. Aby to osiągnąć, należy rozbić bariery strukturalne, które pod pretekstem ochrony ogółu bronią interesów partykularnych, stojących na drodze do awansu zwykłych Francuzów. Należy stworzyć system, który kultywować będzie talent i wynagradzać pracę oraz profesjonalizm. A to wszystko bez zrywania z zasadniczym kształtem V Republiki, utrzymując czy wręcz odnawiając jej podstawowy nacisk na równość obywateli.

Projekt ten jest polityczny par-excellence. Zdaniem autora „Révolution" zastój społeczeństwa francuskiego uderza w samą esencję demokracji, neutralizując odruch emancypacyjny. Zbytnia centralizacja władzy w Paryżu połączona z petryfikacją społeczną wprowadza poczucie „beznadziei", „osłabiając wszystkie klasyczne formy organizacji pośredniczących", w których obywatele winni kultywować demokratyczne nawyki. Dynamika, do której nawołuje Macron, jest odpowiedzią na diagnozę samego stanu demokracji. Ta wrażliwość, oczytanego skądinąd, prezydenckiego kandydata, przywodzi na myśl subtelną analizę stanu Francji, jaką dwa wieki temu przeprowadził jego rodak Alexis de Tocqueville w książce „Dawny Ustrój i Rewolucja".

Cała Unia patrzy

Czy ta diagnoza i wynikająca z niej oferta polityczna przekonają Francuzów, aby poprzeć Emmanuela Macrona na poziomie wystarczającym, by powstrzymać groźny resentyment Frontu Narodowego? Oceniając po działaniach międzynarodowych instytucji finansowych, niepewność jest duża. Z perspektywy Brukseli w wyborach francuskich waży się przyszłość Europy. Wystarczy, że do drugiej tury na miejsce Macrona wejdzie antyeuropejski i prorosyjski Jean-Luc Mélenchon, aby Frexit stał się prawdopodobny.

Wzrok całej Unii skierowany jest dziś na Francję, i to w rękach Francuzów spoczywa ponownie los Europy.

Autor jest historykiem idei w Zakładzie Historii Myśli Społecznej UW, absolwentem Columbia University, członkiem Rady Fundacji EFC

POLECAMY

KOMENTARZE