Guy Sorman: Francja boi się globalizacji

aktualizacja: 23.04.2017, 10:50
Guy Sorman
Guy Sorman
Foto: AFP

Jedna czwarta Francuzów jest zatrudniona dożywotnio przez państwo. Obawiają się wszystkiego, co zmieni ich status. Wspierają i skrajną lewicę, i skrajną prawicę – mówi Jędrzejowi Bieleckiemu znany francuski pisarz Guy Sorman.

REDAKCJA POLECA

Rzeczpospolita: Jeśli prezydentem zostanie Marine Le Pen lub Jean-Luc Melenchon, to chyba będzie koniec Unii. Francuskie wybory zdecydują o losach Europy, świata?

Guy Sorman: To przesada. Życie polityczne nie ma aż tak dużej autonomii wobec rzeczywistości, aby jedne wybory zmieniły kierunek rozwoju świata. Nasze narody są uwięzione w sieci powiązań, gospodarka jest globalna, waluta ma wymiar europejski. To doskonale widać w przypadku Donalda Trumpa: każdego dnia musi rezygnować z kolejnych elementów programu, bo – jak mówi – „wszystko jest bardzo skomplikowane". Z Le Pen i Melenchonem byłoby tak samo. Szybko by się zorientowali, że nie mają kontroli nad gospodarką, walutą. Le Pen nie miałaby też szans na wygranie referendum o wyjściu z Unii, bo od Brexitu poparcie dla integracji we francuskim społeczeństwie gwałtownie wzrosło.

Mimo wszystko 40 procent, a może i więcej Francuzów zapowiada, że w drugiej turze poprze Le Pen.

Francuzi mają gdzieś programy kandydatów. Kierują się emocjami, pozytywnymi i negatywnymi. Głosują na osobowości, patrzą, czy ktoś jest piękny i młody. Taki teatr, trochę jak w Ameryce Łacińskiej. Dopiero potem się okazuje, że prezydenci nie są w stanie wprowadzić w życie swojego programu, bo Francuzi tego programu nie popierają. Tak było z Chirakiem, Sarkozym, Hollande'em.

Po miernej prezydenturze François Hollande'a większość Francuzów chciała rządów prawicy. A teraz być może do nich nie dojdzie z powodu skandalu korupcyjnego François Fillona. Czy błąd jednego człowieka może zmienić kierunek rozwoju drugiego najważniejszego kraju Unii?

Wybór prezydenta w powszechnym głosowaniu to zły pomysł, szczególnie w tak podzielonym kraju jak Francja. Układ parlamentarny, który pozwala na budowę koalicji, byłby o wiele lepiej dostosowany do współczesnych czasów. To mają Niemcy. Nasz system został ustanowiony przez De Gaulle'a w specyficznych okolicznościach. Dziś tego jednak nie da się odwrócić, bo jak się pozwoli ludziom wybierać prezydenta, nie można już im tego odebrać.

To nie jest system dostosowany do epoki globalizacji?

Francuzom wydaje się, że wybierają „monarchę republikańskiego", a potem się okazuje, że ma ona niewiele kompetencji, bo te zostały przekazane Unii. Ale problem jest szerszy. W tych wyborach partie właściwie przestały odgrywać jakąkolwiek rolę, zapewne w drugiej turze po raz pierwszy nie będzie przedstawiciela ani Partii Socjalistycznej, ani gaullistów. Jest więc prawdopodobne, że nowy prezydent po czerwcowych wyborach parlamentarnych nie będzie miał większości w Zgromadzeniu Narodowym. Mitterrand i Chirac znaleźli się w takiej sytuacji. Nie mieli żadnej władzy.

Pozostaje jednak symbol, i to potężny. Jak to możliwe, że w ojczyźnie deklaracji praw człowieka połowa ludzi głosuje na skrajną lewicę I skrajną prawicę?

To wynik historycznej choroby. Polityka we Francji zawsze była napędzana pasjami, Francuzi uważają się za rewolucjonistów, lubią bunt. Formy tego protestu były bardzo różne: Wielka Rewolucja, rewolucja laicka, Vichy, Francuska Partia Komunistyczna, a teraz populizm. To bardzo długa tradycja. Gdy idzie o Melenchona – Francja jest jedynym krajem Europy, gdzie ruch komunistyczny zachował potężne wpływy. Przetrwał upadek ZSRR, bo nie odwoływał się do Lenina i Stalina, tylko do jakobinów.

I dlatego Francuzi inaczej niż reszta Europy wierzą, że mogą zachować obecne zabezpieczenia socjalne, a nawet je rozbudować?

To też stara tradycja. Alexis de Tocqueville 200 lat temu mówił, że Francuzi mają mentalność polityczną, nie gospodarczą. Ekonomia nie jest u nas nauczana w szkołach, ludzie jej nie rozumieją. Ważniejsza jest dla nich ideologia, wielkie słowa: suweren, naród.

Francuzi czują się na tyle wyjątkowi, że sądzą, iż reformy, które przeprowadził Schröder, Rajoy, Cameron nie są im potrzebne?

Tak sadzę, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, Francja była potęgą, ale przestała nią być. To wywołuje frustrację, którą potęguje szkoła, gdzie historia Francji jest przedstawiana jaką ciąg błyskotliwych dokonań, proces oświecania świata. Kiedy prezydent Valery Giscard D'Estaing powiedział, że Francja jest średnią potęgą, wywołał oburzenie Francuzów. Ale jest też drugi powód prymatu polityki: dziedzictwo katolicyzmu. Francuzi nie chodzą na msze, w nic już nie wierzą, ale zachowali hierarchiczną wizję społeczeństwa, gdzie spór teologiczny jest ważniejszy od analizy rzeczywistości. Ofensywa Le Pen i Melenchona to współczesna wersja tej dysputy. Warto pamiętać, że Kościół katolicki miał zawsze u nas charakter narodowy, podobnie jak w Polsce.

Populizm jest jednak na fali także w Ameryce, Wielkiej Brytanii, innych krajach Europy. To nie bunt przeciw globalizacji?

Kto głosuje na Le Pen i Melechona? Skąd takie poparcie dla haseł protekcjonistycznych, antyliberalnych? 25 procent zatrudnionych we Francji to urzędnicy. Nie ma drugiego kraju w Europie, gdzie tak duża część społeczeństwa byłaby całkowicie osłonięta przed działaniem rynku, zatrudniona dożywotnio, z gwarantowanym uposażeniem, żyjąca bez żadnego ryzyka. To wielki blok wyborców, którzy obawiają się wszystkiego, co może ten status naruszyć. I znów to długa tradycja, sięga korzeniami do Karola IX Walezjusza, do XVI wieku, kiedy państwo francuskie stało się potężną korporacją z chronicznym deficytem, który trwa do dziś.

Ale jest też inny powód sprzeciwu wobec liberalnych reform, globalizacji: zaniechanie mediów, systemu edukacji. Bo Francja odnosi kolosalne korzyści z globalizacji. Jest szóstym największym eksporterem świata, prawie na poziomie Japonii, lecz Francuzi o tym nie wiedzą. Podobnie jak nie wiedzą, że dzięki globalizacji gwałtownie spadły ceny bardzo wielu rzeczy, od łączności po podróże. Nasza gospodarka, w przeciwieństwie do niemieckiej, opiera się wyłącznie na wielkich, światowych firmach, które prawie cały zysk wypracowują za granicą. Tylko znów nikt o tym we Francji nie wie.

Potrzebne jest widmo bankructwa, aby wymusić we Francji reformy, jak to było z Hiszpanią?

To inny przypadek niż Hiszpanii. Francja dostosowała się już do globalnego świata w większym stopniu, niż się powszechnie sądzi. Te zmiany następują po cichu, często pod presją Unii. Tradycyjnie francuskie państwo spłacało dług poprzez inflację, ale wraz z wprowadzeniem euro inflacji nie ma i trzeba trzeba myśleć o realnej spłacie zobowiązań. To fundamentalna zmiana. W kraju w pełni działa też konkurencja międzynarodowa. Jeszcze niedawno Électricité de France, Gaz de France, Air France, SNCF (koleje – red.) były monopolami. Dziś poza pocztą tych monopoli już nie ma. Praktycznie nie ma też firm państwowych. Jako radny z Boulogne Billancourt, gdzie ma siedzibę Renault, mówiłem w 1983 r. prezydentowi Giscardowi D'Estaing, że tę firmę trzeba sprywatyzować. A on na to: O nie, tu pan pojechałeś za daleko! Dziś Renault należy do funduszy emerytalnych z USA.

To co trzeba we Francji zmienić?

Status urzędników państwowych i kodeks pracy sektora prywatnego. Z tego bierze się ogromny ciężar długu, podatków i wysokiego bezrobocia, a także niskie tempo wzrostu gospodarczego. To jest tak naprawdę jedyne, co zrobił Rajoy, aby uzdrowić Hiszpanię. Niestety we Francji wszyscy kandydaci zachowują się w sprawie tych dwóch punktów bardzo ostrożnie.

Guy Sorman to francusko-amerykański liberalny ekonomista i pisarz, autor przeszło 20 książek o globalizacji, współczesnej Francji, USA, Rosji. W Polsce wyszły m.in. „Amerykańska rewolucja konserwatywna", „Muzułmanie i nowoczesność". Jego babcia zmarła z głodu w gettcie warszawskim.

POLECAMY

KOMENTARZE