Szułdrzyński: Kronika dyplomatycznej katastrofy

aktualizacja: 10.03.2017, 07:18
Foto: AFP

Akcja „Tusk" nie była żadnym masterplanem PiS. To była spontaniczna gra ambicji, napięć w obozie władzy i niechęci wobec Donalda Tuska. Mieszanka okazała się wybuchowa.

REDAKCJA POLECA
29.03.2017
Sondaż: Czy Witold Waszczykowski powinien opuścić fotel szefa MSZ
11.03.2017
"Magyar Nemzet" o relacjach polsko-węgierskich: są granice przyjaźni
kariera
Zamożny Polak - ile zarabia?

Pomysł, by Jacek Saryusz-Wolski był polskim kandydatem na przewodniczącego Rady Europejskiej, pojawił się już kilka miesięcy temu. Jako sposób, by wyjść z twarzą ze sprzeciwu wobec poparcia dla Donalda Tuska, wysunął go wicepremier Jarosław Gowin. Chodziło o grę na użytek wewnętrzny, dzięki której PiS miałby dwie korzyści – osłabiłby delegację Platformy Obywatelskiej w Parlamencie Europejskim, zabierając jednego posła, i mógłby pokazać, że rząd nie kieruje się irracjonalną niechęcią do byłego premiera, tylko ma lepszego, niezwiązanego z obozem władzy kandydata. Tyle tylko że gdy pod koniec ubiegłego roku koncepcja się pojawiła, nie przypadła do gustu Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Warto przypomnieć, że wtedy – choć zaostrzały się wypowiedzi prezesa PiS – prawdopodobnie nie było jeszcze decyzji o tym, co zrobić z Tuskiem. Jeszcze w połowie ubiegłego roku blisko związany z kierownictwem PiS europoseł Ryszard Czarnecki pisał na łamach „Rzeczpospolitej", że jeśli swym zachowaniem szef Rady Europejskiej nie przekreśli swoich szans, PiS nie złamie zasady, że Polska powinna popierać Polaka. Wraz z upływem czasu Kaczyński jednak coraz bardziej stanowczo artykułował swoją niechęć do Tuska. Gdy pod koniec stycznia w wywiadzie dla „Gazety Polskiej" prezes PiS po raz pierwszy definitywnie wykluczył możliwość poparcia Tuska na drugą kadencję, wszystko zaczęło przyspieszać. Kaczyński – jak wynika z naszych informacji – uwierzył grupie polityków (między innymi kilku europosłom PiS), którzy zaczęli go przekonywać, że zablokowanie Donalda Tuska jest realne.

W wywiadzie dla „GP", udzielonym w zeszłym tygodniu, Kaczyński stwierdził, że zgłoszenie Saryusz-Wolskiego uruchomi powstanie nowej giełdy nazwisk i pojawią się nowi kandydaci ze strony lewicy oraz że Tuska nie poprą Węgry.

Z dzisiejszej perspektywy widać, że decyzja podjęta przez prezesa oparta była na całkowicie nieprawdziwych przesłankach.

Równocześnie dały o sobie znać tarcia wewnątrz obozu władzy. Zaczęła się bowiem pojawiać nieufność, czy ośrodek rządowy będzie rzeczywiście wystarczająco gorliwie walczył z Tuskiem. Nie jest bowiem tajemnicą, że na posiedzeniach Rady Europejskiej Beata Szydło nie toczyła z nim żadnych wojen, w ogóle nie zachowywała się zbyt ofensywnie. Również dyplomaci – w przeciwieństwie do otoczenia Kaczyńskiego – nie wierzyli w powodzenie tej misji. Dlatego też Komitet Polityczny PiS przegłosował uchwałę, która zabraniała rządowi poparcia Tuska.

A tygodnik „W Sieci" napisał o wniosku o odwołanie ministra do spraw europejskich Konrada Szymańskiego. Z naszych informacji wynika jednak, że nie był to wniosek jedyny.

Wszystko dlatego, że zarówno Szydło, Szymański, jak i sam szef MSZ Witold Waszczykowski byli świadomi, że zgłoszenie kandydatury Jacka Saryusz-Wolskiego na szefa Rady Europejskiej na cztery dni przed szczytem UE musi zakończyć się katastrofą.

Być może gdyby PiS wyszedł ze swoją inicjatywą wcześniej, mógłby próbować budować jakieś sojusze i przynajmniej doprowadzić do sytuacji, w której wybór Tuska nie byłby tak jednoznaczny. A tak wszystkie państwa poza Polską zagłosowały za przedłużeniem jego kadencji, a Polska znalazła się w bardzo trudnej sytuacji międzynarodowej.

Teraz więc paradoksalnie prezes PiS, mimo że przegrał rozgrywkę w Brukseli, w kraju ma sytuację wygodną. Może chwalić premier Szydło za twardą postawę na szczycie, gdy sprzeciwiła się innym państwom. Ale gdy zmieni zdanie, może dokonać zmian w obozie władzy i wykorzystać tą klęskę do tego, by domagać się dymisji np. w MSZ. By nikt nie mógł się czuć zbyt pewny swego stanowiska.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: m.szuldrzynski@rp.pl

POLECAMY

KOMENTARZE