Dąbrowska: PiS zrzuca winę na Niemców i muzułmanów

aktualizacja: 10.03.2017, 12:17
Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Partia Jarosława Kaczyńskiego chciała doprowadzić do powrotu Tuska do kraju nie na białym unijnym koniu, tylko na wyliniałym niedużym osiołku przejętym od imigrantów.

REDAKCJA POLECA
10.03.2017
Premier Włoch Paolo Gentiloni: Unia dwóch prędkości jest potrzebna
09.03.2017
Chrabota: Teraz chyba tylko sankcje
09.03.2017
Bartkiewicz: Gambit PiS: Europa za żelazny elektorat
09.03.2017
Haszczyński: Samotność w Brukseli
Kariera.pl
Kiedy mam prawo do pierwszego urlopu?
kancelarierp.pl
Stwórz swoją umowę - szybko i profesjonalnie!

Bilans zysków i strat w wojnie o stanowisko szefa Rady Europejskiej jest boleśnie monotonny. Rząd PiS stracił najwięcej w ostatnich godzinach przed szczytem: nietrafiony list premier Szydło do europejskich przywódców, twarde słowa szefa polskiej dyplomacji o tym, że „zrobimy wszystko, by przełożyć głosowanie na późniejszy termin", i przegrana rządu w Grupie Wyszehradzkiej zdecydowały o klęsce. – Spory na ten temat [wyboru szefa RE] Węgry pozostawiają Polakom – te słowa przyjaciela PiS, premiera Viktora Orbána, najlepiej ilustrują rozmiar przegranej. Platforma natomiast do końca trzymała nerwy na wodzy i działała w Europejskiej Partii Ludowej. Finałem jej poczynań była rozmowa Grzegorza Schetyny z Angelą Merkel tuż przed rozpoczęciem obrad.

W UE wynik szczytu oznacza izolację PiS i udowadnia nieskuteczność obecnego rządu. Carl Bildt, były szwedzki premier i minister spraw zagranicznych, podsumował to krótko na Twitterze: „Ponowny wybór europrezydenta jest dobry, ale samoizolacja Polski nie jest dobra ani dla kraju, ani dla Europy". Od początku jednak otwartej walki o utrącenie kandydatury Tuska jasne było, że ta wojna ma wymiar przede wszystkim wewnętrzny, krajowy. PiS liczył na to, że uda się uzyskać wsparcie któregoś z państw członkowskich, przynajmniej dla przesunięcia głosowania, co mogłoby dać czas na pojawienie się innej kandydatury. Oczywiście nie Saryusz-Wolskiego... Chodziło raczej o to, by „poczuli krew" socjaliści lub liberałowie. To mogłoby w Polsce stworzyć wrażenie prawdziwej potęgi i doprowadzić do powrotu Tuska do kraju nie na białym unijnym koniu, tylko na wyliniałym niedużym osiołku. Zysk polityczny byłby nie do przecenienia. To się jednak nie udało, choć z początku perspektywa „wywrócenia stolika" wydawała się prawdopodobna. PiS za mało jednak w tej grze miało atutów, by przebić przeciwników. Oferta skierowana w stronę Angeli Merkel okazała się niewystarczająca.

Wobec Donalda Trumpa, Brexitu, kryzysu uchodźczego i resztek ekonomicznej zapaści perspektywa bałaganu wywołanego niechęcią jednego polskiego polityka do drugiego okazała się nieatrakcyjna. Jak teraz PiS tłumaczy swoją porażkę? – Unia wolała mieć szefa Rady Europejskiej, który nie ma wizji, nie ma programu, ale który będzie posłusznym narzędziem realizowania polityki imigracyjnej największych krajów – tłumaczył w rozmowie z „Rzeczpospolitą" kilkanaście minut po decyzji Rady wiceprzewodniczący PE Ryszard Czarnecki. – A ta polityka polega na przymusowej relokacji i wysokich grzywnach lub odbieraniu środków krajom, które nie chcą przyjąć muzułmańskich imigrantów, a nie wybraniu człowieka z wizją, który ma własne zdanie, czyli Jacka Saryusz-Wolskiego – mówił. Linia ataku na Tuska w przyszłości jest więc już jasna: to nie tylko zdaniem PiS „niemiecki kandydat", ale przede wszystkim zwolennik osiedlania w Europie, w tym w Polsce, imigrantów, przede wszystkim muzułmańskich. Czy to wystarczy, by go zdyskredytować? Wątpliwe. I chyba nie pomoże zaklinanie rzeczywistości przez wicemarszałka Sejmu z PiS Joachima Brudzińskiego, który ogłosił w mediach społecznościowych: „Premier Beata Szydło swoją twardą i bezkompromisową postawą wobec kandydata A. Merkel dała dowód, że jest dumną Polką i Europejką. Szacun". PO od czwartkowego popołudnia może triumfować. Co prawda przez parę dni PiS skutecznie psuł jej humor, wprowadzając w polityczne szeregi pewną nerwowość, ale zwycięstwo było pełne i słodkie. Taktyka okazała się słuszna: obecność Grzegorza Schetyny w Brukseli tuż przed szczytem miała udowodnić, że to PO trzyma rękę na unijnym pulsie i dba o własne oraz polskie interesy. Ciekawe, czy to dobre wrażenie będzie do utrzymania przez następne dwa i pół roku budowania Europy dwóch prędkości.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: zuzanna.dabrowska@rp.pl

POLECAMY

KOMENTARZE