Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Widziane z regionu

Promocja od kuchni

O tym, że Zielona Góra ma potencjał na miarę Toskanii czy Prowansji, mogš przekonać się goœcie festiwalu Winobranie.
Rzeczpospolita/Bartosz Jankowski
Gastronomia jest ważnym elementem literatury i kina. A jeżeli dochodzi do niej element lokalnego kolorytu, to mamy doskonały przepis na promocję regionu.

Skšd bierze się przekonanie, że najlepsze kasztany sš na placu Pigalle? Dopiero gdy dotrzemy do Paryża, okazuje się, że na rzeczonym placu nie ma ani jednego straganu z pieczonymi kasztanami. Sšdzi się także, że najlepszš pizzę robiš włoscy emigranci w nowojorskim Brooklynie. Przekonuje o tym w swoich filmach Spike Lee. Najdorodniejsze homary serwowane sš w Bostonie, a jeœli próbować owoców morza, to tylko na Lazurowym Wybrzeżu. Za to najszlachetniejsze wina powstajš w Toskanii. Choć niektórzy – na przykład pisarz Peter Mayle i reżyser Ridley Scott – twierdzš, że te z Prowansji sš nie gorsze. Z kolei Amerykanie będš przekonywać, że liczš się tylko wina kalifornijskie. Na potwierdzenie majš liczne filmy z „Bezdrożami" Alexandra Payne'a na czele. Jesteœmy przekonani, że Magdalenka to jakieœ wykwintne francuskie ciastko, choć w gruncie rzeczy to bardzo pospolity deser. Trudno jednak dyskutować, kiedy na ołtarze literatury wyniósł je sam Marcel Proust.

Z kolei z „Misia" wiemy, że w Warszawie do kawy nie można zamówić nic innego, jak tylko ciastko zwane wuzetkš. We Francji wiadomo – żaby i ostrygi. W Anglii herbata, fish & chips oraz zupa z pora. Ta ostatnia w wersji niebieskiej, tak jak to było w „Dzienniku Bridget Jones". Na steki i burgery wybrać się trzeba do USA. W Amsterdamie trzeba obowišzkowo wstšpić na frytki z majonezem, przekonywali o tym bohaterowie filmu „Pulp Fiction". Nad Morzem Czarnym należy spróbować ryb i kawioru, a popić Sowietskoje Igristoje. Tak jak bohaterowie filmów Nikity Michałkowa. W Zakopanem popróbować oscypków, a z Kazimierza Dolnego nie wolno wyjechać bez wypiekanego koguta. Podobnie jak z Poznania trzeba zabrać rogale marcińskie, a z Krakowa obwarzanki.

Skšd to wszystko wiemy? Zazwyczaj przeczytaliœmy o tym w jakiejœ ksišżce albo obejrzeliœmy w filmie. Czasami nawet nie pamiętamy w jakich, ale kultura w zglobalizowanym œwiecie pomaga utrwalać stereotypy. Te złe, ale również te dobre i nieszkodliwe, właœnie takie jak kuchnia.

Przeszłoœć w knajpach

Na podstawie literackich wštków gastronomicznych można tworzyć nie tylko eseje, ale wręcz całe leksykony. Spójrzmy choćby na Węgry. Po Budapeszcie można godzinami kršżyć, dzierżšc dwie ksišżki. W jednej dłoni trzymać „Sindbada" Gyula Krudyego, a w drugiej „Sindbad powraca do domu" Sándora Máraia.

Krudy w 1915 r. opisał wędrówkę tytułowego Sindbada – kobieciarza i sybaryty, który żegnajšc się ze œwiatem, jeszcze raz odbywał w pamięci wędrówkę przez miejsca, które ukochał. Zachodził do ulubionych knajp, restauracji, wstępował do węgierskich kurortów i wiosek. Rozmawiał z zaprzyjaŸnionymi woŸnicami i odwiedzał dawne kochanki, które podawały mu wykwintne posiłki. Znakomicie sfilmował tę opowieœć węgierski reżyser Zoltán Huszárik w adaptacji z 1971 r., jednej z najpiękniejszych filmowych wizytówek Budapesztu. Kilkadziesišt lat póŸniej do pomysłu Krudyego powrócił jeszcze popularniejszy węgierski pisarz Sándor Márai. Złożył hołd starszemu pisarzowi i opowiedział z kolei o swoich wędrówkach kulinarno-trunkowo-obyczajowych przez Budapeszt. Próżno dziœ szukać opisywanych przez Máraia kawiarni NiedŸwiedŸ w Starej Budzie, czy knajpy Mała Sroka. Został tylko klimat, w który można się zanurzyć i odpowiednio nastroić przed podróżš do naddunajskiej stolicy.

Odpowiedniš lekturš przed podróżš na Węgry będš także ksišżki Krzysztofa Vargi. Ten polski pisarz, który w dojrzałym wieku zaczšł odkrywać węgierskie korzenie, napisał już trzy ksišżki o Madziarach. Wszystkie zatytułował gastronomicznie: „Gulasz z turula" (2008), „Czardasz z mangalicš" (2014) i „Langosz w jurcie" (2016). Ale nie należy ich traktować wyłšcznie jako przewodników gastronomiczno-turystycznych, bo jedzenie to tylko punkt wyjœcia do literackiej wędrówki przez węgierskš kulturę i historię.

Podobnie jak z „Sindbadem" i Budapesztem, bywa także z warszawskimi knajpami, które opisywali Marek Hłasko, Tadeusz Konwicki czy Marek Nowakowski. Próżno dziœ szukać klimatu dawnej Kameralnej, Hotelu Europejskiego czy SPATiF-u. Budynki cišgle stojš, czasami nawet lokale noszš te same nazwy, ale to już inne „księstwo warszawskie" niż to sprzed szeœciu dekad.

Przez stolicę można też wędrować z kryminałami i powieœciami sensacyjnymi pod pachš. Poszukać klimatu dawnej Woli, którš zrekonstruował Szczepan Twardoch w „Królu". Natomiast w Krakowie zamówić słynne zapiekanki na pożydowskim Kazimierzu albo ruszyć w objazd po barach na wzór poety Marcina Œwietlickiego czy prozaika Jerzego Pilcha, który opisywał trunkowo-przekšskowe przybytki Krakowa w „Pod Mocnym Aniołem" i „Spisie cudzołożnic".

Mityczne miejsca

Nie tylko Polacy próbujš cofnšć się w czasie do lat, kiedy literatura coœ jeszcze znaczyła. To samo dzieje się choćby w Paryżu. Turyœci pijš wino w knajpeczkach Montrmartre'u, jak gdyby chcieli wskrzesić literackie sławy, które lubiły tam przesiadywać: Ernesta Hemingwaya, Francisa Scotta Fitzgeralda czy Gertrudę Stein. Właœnie w takie sentymentalne tony uderzał Woody Allen, kiedy kręcił swój film „O północy w Paryżu" (2011).

Z filmami Woody'ego Allena można zwiedzać nie tylko Paryż, ale przede wszystkim Nowy Jork. Zwłaszcza Manhattan z jego inteligencko-spacerowym klimatem. Wejœć do słynnej restauracji Elaine's położonej w Upper East Side, zapłacić wysoki rachunek i przez moment poczuć się jak dziennikarz „New York Timesa" albo aktor z Broadwayu.

Jeœli ktoœ preferuje ulice nędzy z filmów Martina Scorsese, nie może zignorować Małej Italii. Kiedy zgłodniejemy, powinniœmy zajœć na pizzę do Brooklynu. Bo jak wiadomo z filmu „Rób, co należy" Spike'a Lee (1989), najlepsze placki sš u Sala – Włocha zagubionego w czarnym getcie.

Filmy i ksišżki to nasze okna na œwiat. Chcemy jechać do Nowego Jorku, bo widzieliœmy go w filmach Scorsese i Allena. Paryż znamy z obrazów Nowej Fali i podróżujemy tam, by choć przez moment poczuć się jak Jean-Paul Belmondo i Jean Seberg w „Do utraty tchu". Do stolicy Włoch jedziemy spędzić rzymskie wakacje na wzór Audrey Hepburn i Gregory'ego Pecka. Neapol nas kusi, bo czytaliœmy „Solfatarę" Macieja Hena albo zafascynowała nas narkotykowa „Gomorra" Roberta Saviano. W Hiszpanii szukamy przygód jak u Almodóvara. W Pradze rozglšdamy się za piwem w towarzystwie jegomoœciów przypominajšcych Bohumila Hrabala. I choć nigdy nie byliœmy w Wiedniu, to wiemy, że na œniadania podaje się tam zawsze kawę z czekoladš oraz jajka wbite w szklankę i podgrzewane na wrzštku. Na ile faktycznie sš to „wiedeńskie" œniadania, przekona się tylko ten, kto pojedzie do Austrii.

O tych i innych tropach literacko-kulinarnych możemy przeczytać w licznych ksišżkach poœwięconych kuchni i kulturze. W Polsce w ostatnim czasie ukazały się choćby „Literatura od kuchni" Bogusława Deptuły, a także „Kuchnia filmowa" blogerki Pauliny Wnuk. Obydwie wydano w 2013 r. Istniejš także przewodniki kulinarne, które oprowadzajš po miastach i całych regionach œladami słynnych dań i lokali. Bo czy turystyczny mit włoskiej Toskanii i francuskiej Prowansji mógłby się ukształtować, gdyby nie masa ksišżek i filmów z akcjš osadzonš w tychże regionach, które zaczęły się pojawiać w latach 90. XX w.?

Toskania w Lubuskiem

Zacznijmy od Prowansji, fragmentu Lazurowego Wybrzeża nad Morzem Œródziemnym. Odurzeni klimatem wakacji zapominamy, że Prowansja to także Marsylia – miasto imigrantów, gangów i narkotyków, gdzie regularnie na przedmieœciach rozbrzmiewa dudnienie kałasznikowa. Jednak kinematografia robi swoje. Dlatego Prowansję reprezentujš w naszych wyobrażeniach komedie romantyczne, z „Dobrym rokiem" Ridleya Scotta (2006) czy „To właœnie miłoœć" Richarda Curtisa (2003) na czele.

Z kolei włoskiej Toskanii dobry PR zrobiły takie filmy jak „Ukryte pragnienia" Bernarda Bertolucciego (1996), „Pod słońcem Toskanii" z Diane Lane w roli głównej (2003) czy oscarowe „Życie jest piękne" Roberta Benigniego (1997).

Obydwa regiony łšczy też proza. Toskanię rozsławiła amerykańska powieœciopisarka Frances Mayes, autorka licznych bestsellerów z akcjš osadzonš we włoskim regionie. Francuskš riwierę i Prowansję spopularyzowały z kolei powieœci Petera Mayle'a z Wielkiej Brytanii, a także inne pojedyncze pozycje przyjezdnych literatów, m.in. autobiograficzna „Œwinia w Prowansji" (wyd. Czarne, 2010) amerykańskiej specjalistki od kuchni Georgeanne Brennan. To literatura, w której recepta na szczęœcie jest prosta: słońce, wino i dobra kuchnia. Z jednej strony opisywane kraje przypominajš każdy inny słoneczny kurort, z drugiej sš na swój sposób wyjštkowe i charakterystyczne. A przecież każdy, kto choć trochę podróżował po œwiecie, wie, że takich miejsc jak Toskania czy Prowansja sš setki.

Lokalne władze gotowe sš dopłacać filmowcom i fundować stypendia literatom, byle tylko ich krajobrazy stały się tłem dla opowiadanych historii. Kiedy Woody Allen był u szczytu popularnoœci, różne europejskie miasta licytowały się o to, by nowojorski filmowiec nakręcił u nich film i rozsławił lokalny koloryt na całym œwiecie.

W Polsce również ten proces się dokonuje, o czym œwiadczš regionalne fundusze filmowe, z których dofinansowywane sš filmowe produkcje, krajowe i międzynarodowe.

Czasami jednak nie trzeba wielkich pieniędzy, by poprzez kulturę promować region. Potwierdza to przypadek powieœci „Grünberg" Krzysztofa Fedorowicza, który opisał bogatš tradycję zielonogórskich winnic. W swojej ksišżce, nagrodzonej m.in. Lubuskim Wawrzynem Literackim w 2012 r., opisał historię polsko-niemieckich winnic. Przysłużył się w ten sposób nie tylko lokalnej wspólnocie, ale też własnemu interesowi, bo Fedorowicz sam prowadzi jednš z winnic i produkuje wina m.in. ze szczepu pinot noir.

Wszystkim, którzy chcš się przekonać, że Zielona Góra ma potencjał na miarę Toskanii czy Prowansji, polecam wyprawę na poczštku wrzeœnia do Lubuskiego na festiwal Winobrania, gdzie lokalni winiarze chwalš się swoimi owocami i trunkami.

Przy œwiadomoœci, że urokliwych miejsc jest wiele, na końcu zawsze będzie chodziło o jedno: by przekonać, że nasz region jest wyjštkowy. Tak, żeby turyœci przez moment mogli poczuć się jak bohaterowie swoich ulubionych filmów lub powieœci.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL