W sieci opinii

Długi Europy

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
Hitler jasno określał, gdzie leży niemiecki „Lebensraum – przestrzeń podboju poręcznie bliska

Gnieciuch podstawowy TVP zaczyniają bełkoty zwane wiodącymi dziennikarzami informacyjnymi wraz z masowo wyrojonymi pasjonatami kuchni, którzy od świtu gotują „na ekranie". Ten ulepek dopieprza się filmową tandetą oraz konkursami i kabaretami dla debili. Następnie formuje się wałek i sieka się go maczetą reklamy na kluski do tuczu gęsi, których wątróbki przerabia się na pasztet.

W reklamie rej wodzi farmacja. Hemoroidy, biegunki, zaparcia, poty, gazy, zgnębione lowelasy,„infekcje ginekologiczne", „niewłaściwa higiena" - ostentacyjna siara, obscena, skatologia, bród, smród i ubóstwo rządzą bez względu na porę dnia i kalendarz w telewizji „czeciej erpe". Ta specyfika prowadzi do zaniku obyczaju rodzinnych posiłków przy grającym telewizorze, a tym samym do zwyżki kultury narodu. I tu stwierdza się obecność misji, do której TVP zobowiązuje Konstytucja.

Poziom TVP jest także źródłem satysfakcji z polskiej wolności. Gdy sieć zahuczy od sensacji, możemy bawić się grą – zgadywanką. Zatem wtedy, gdy na przykład, jakiś nasz wysoki delegat wywinie orła defilując przed kompanią reprezentacyjną sił zbrojnych „formatu norymberskiego" (istnienie tego formatu promuje niejaka Hanna Lis) i gdy mamy tylko jedno pytanie: kiedy? Czyli zagadkę, czy wiodący bełkot poinformuje nas o tym „dziźwieczorem" (jak mówi ), jutro, czy już pojutrze, w razie gdy sensacja uparcie iskrzy w sieci? Czy może nigdy? Uciecha z wolności wynika z faktu, że mamy dość swobodny internet. Jeszcze.

Ta gra - zgadywanka wciąga zwłaszcza w dzień, w którym Pan Prezydent Andrzej Duda, witany przez liczne tłumy, wygłosi rewelacyjne przemówienie. Wówczas korci nas pytanie, czy mowa Prezydenta pójdzie w TVP, a jeśli tak, to czy nada się na jedynkę w „Wadmościach" vel „Wiadomośzczach" (jak tam nazywają swój program)? Azaliż wygra w konkurencji z Prezydentem pijaczyna, który wjechał do rowu w Białostockiem, pożar, w którym oprócz stodoły o mało co nie spłonęła chałupa, turysta, któremu władzuchna z serca współczuje głupoty, czy może horrorystycznie, a rozdzierająco cierpiące dziecko – specjalność „Elźbiety Byśzewskiej" (jak się sama oznajmia). Można też obstawiać, czy parę słów z oracji Pana Prezydenta upchnie się w ogonie pomiędzy niemowlęciem w beczce a księdzem–pedofilem, czy za pingwinkiem, który wykluł się z kurzego jajka. Ale i z jedynki w TVP wychodzi na ogół tyle, że słowa Prezydenta Dudy topi we wrednym sosie „Dobrośzoraćz" zawsze gotowa dopaść na korytarzach najbardziej prostackich, nieudałych oblechów, których kariery z zapałem reanimuje i okrywa nimbem recenzentów. Typować te zagrania można w rodzinie i poza nią, więc ten trend informacji zaliczam do sukcesów polityki prospołecznej, a i prorodzinnej. Słowem – misja jest.

W zeszły piątek, w który Pan Prezydent Duda wspaniale, dyplomatycznie artykułował nasze racje w Berlinie, Beata Tadla odbębniwszy „Wiadomośzczi" (jak powiada), zasiadła do programu „Dziźwieczorem" z Klausem Bachmannem - rodakiem naszych, niemieckich partnerów.

Program ten był recenzją dyplomacji Prezydenta Dudy. Nie Frau Angeli, ani, uchowaj Boże, nobliwego Herr Gaucka, zasłużonego tym, że z własnej inicjatywy, w porę posiadł haki na tajne i jawne stalinięta i komuszęta, nie tylko enerdowskie zresztą. Herr Gauck zachował pozory kurtuazji wobec Prezydenta Polski dość zgrabnie, a jednak i on, mając na celu wrobienie nas w ponoszenie skutków kolonializmu, nie zawahał się sugerować braku „odwagi cywilnej i solidarności", co powiedziane do kamer w obecności gościa zabrzmiało protekcjonalnie, niezbyt kulturalnie, ni nobliwie. Niemcom niełatwo wykaraskać się z roli zadufka i mentora.

W takim też właśnie, zacofanym stylu brzęczał w TVP głos niemieckiego politologa rzuconego na front wschodni. Co niepojęte – to gwiazda zespołu „Wiadomośzczi" holowała swojego „gośzćza" w rejony doprawdy nieprzyzwoite, zmuszając go do utyskiwań, na jakież to niedosiężne salony nie puścił się polski Prezydent z naszą racją stanu oraz domagając się pouczeń, jak powinien On współpracować z rządem. Polskim rządem. Który łyka każdą, niemiecką parówkę. Wspólne natrząsanie się z prób poszerzenia „formatu normandzkiego" o Polskę oraz satysfakcja z niemieckiego zwodu z użyciem Poroszenki, który migusiem dał głos na dywaniku Frau Angeli, by pokazać nam faka, szczególnie dosmaczyły zatrutą paróweczkę Tadli. Nic tylko wysłać trza nam kogo do porady i pouczeń dla Frau Merkel oraz Herr Gaucka w prime time niemieckiej Jedynki ARD.

Bo, gdy prawem absurdu wpisuje się nas na listę długów kolonialnych łupieżców, nie możemy pozwolić na zapomnienie, dlaczego Hitler nie rościł pretensji do kolonii utraconych na innych kontynentach, a jasno określał, gdzie leży niemiecki „Lebensraum" – przestrzeń podboju poręcznie bliska, do której taniej eksploatacji nie trzeba morskiej floty. Jako naród eksterminowany i grabiony przez niemal dwa wieki kolonizacji nie poczuwamy się do wspólnoty zobowiązań ani z kolonizatorami dalszymi, ani z bliższymi. Solidarność ofiary z bezczelnym katem jest niemożliwa. Byłaby perwersją.

Dosyć podtykania nam „europejskich" mistyfikacji. Czas mówić tylko o faktach. Wojnę mamy u wrót, tkwimy w sidłach Nordstreamu, niemiecka, arogancka, bezprawna akcja przeciw bazom NATO w Polsce wydaje nas na pastwę losu, czyni bezbronnymi, a hańbę europejskich, fikcyjnych gwarancji bezpieczeństwa dla podstępem rozbrojonej Ukrainy w mig skazano na zapomnienie.

Tak, w dniu 1 września, w rocznicę napaści Niemiec na Polskę w 1939 roku mamy niezłą okazję, by przemyśleć relację świadka historii, uczestnika procesu norymberskiego i konferencji w Poczdamie, która choć trąci nieco stylistyką czasu swojego druku, jest prawdziwa:

„Z lat II wojny światowej została mi w pamięci, symboliczna w tym względzie, koszmarna opowieść o śmierci wielkiego, polskiego matematyka, profesora lwowskiego uniwersytetu Kazimierza Bartla (1882 – 1941). Był on w okresie dyktatury Józefa Piłsudskiego trzykrotnie premierem. Mieszkał we Lwowie, gdzie zastała go wojna i wkroczenie wojsk radzieckich. Jako uczony miał możność kontynuowania wykładów. Jako polityk oczekiwał jak wybawienia nieuchronnego konfliktu niemiecko – radzieckiego. W 1941 roku chorował i w pamiętnym czerwcu przebywał w szpitalu, ale gdy weszli do miasta Niemcy poczuł się zdrowym i wbrew radom lekarzy wrócił do domu, argumentując – powtarzam słyszane w czasie wojny i po wojnie wiarygodne relacje -, że „chce z bliska zobaczyć znów Europę...". Tejże nocy niemieccy Europejczycy wyciągnęli z domu Kazimierza Bartla i rozstrzelali wraz z innymi profesorami Uniwersytetu Jana Kazimierza, którzy tak jak Bartel spali spokojnie w swych mieszkaniach „z powrotem w Europie"."

(Edmund Osmańczyk, „Rzeczpospolita Polaków", 1977)

Źródło: W Sieci Opinii

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL