W sieci opinii

Sambor Dudziński – muzyczny innowator z wrocławskiego teatru

Aleksandra Galewska
archiwum prywatne
Czy łatwo w dzisiejszym świecie być multiinstrumetalistą? Czy w epoce wszechobecnej cyfryzacji i komputerowych brzmień wciąż opłaca się wiedzieć i potrafić więcej? Jest w Polsce ktoś, kto zna odpowiedzi na te pytania.

Sambor Dudziński to wokalista, aktor, multiinstrumentalista. Słowo „multiinstrumentalista" brzmi w całej swej szerokości słowa i głębokości pojęcia dość „technicznie". Spodziewamy się muzyka poruszającego palcami na gitarze z prędkością Satrianiego (V=S.max), grającego na klawiszach akordami o gęstości większej niż gęstość gwiazdy neutronowej, a na perkusji tak szybko, że mamy wrażenie, że siedzi i nic nie robi.

Ale w tym przypadku nie mamy do czynienia z człowiekiem obsługującym instrumenty „na wyścigi". W tym przypadku bardziej chodzi chyba o przekazanie słuchaczowi całej swojej ekspresji, możliwości i radości z tworzenia muzyki. Są aktorzy śpiewający. Można. Ale w wielu przypadkach pomyślisz „po co". Są wokaliści, którzy lepiej, żeby aktorstwo zostawili innym. Są instrumentaliści, którzy śpiewać nie potrafią, nie chcą i nie powinni, choć mają świetny słuch i wykształcenie. Ale od czasu do czasu zdarza się przypadek, że jedna osoba ma to wszystko. I takim człowiekiem jest Sambor Dudziński.

Często w biznesie muzycznym można odnieść wrażenie, że popyt tworzy podaż. Jest popyt na śliczne, chudziutkie, młode wokalistki – proszę bardzo. Potrzeba genialnego dziecka? Proszę. A może trzyletnia Japonka w różowych włosach, która będzie grała Mozarta? Już się robi! A tutaj podaż jest ogromna, samowystarczalna i niepotrzebująca danych dotyczących zapotrzebowania rynku na marketingowców, dzięki czemu popyt samoistnie jest przyciągany przez wynikającą z wewnętrznej potrzeby energię. Oto Sambor Dudziński.

Aleksandra Galewska: Dziękuję, że zgodził się Pan na chwilę rozmowy, zwłaszcza, że pewnie musi Pan ćwiczyć godzinami na swoim rozbudowanym instrumentarium.

Sambor Dudziński: Często odpoczywam grając.

Czy jednoosobowa orkiestra jest wynikiem braku jobów, złymi doświadczeniami z muzykami, którzy nie potrafili zrealizować tego, co miał Pan na myśli tworząc muzykę, nadmierną ekspresję muzyczną, która nie pozwala Panu na tylko jedno narzędzie, czy może jeszcze coś innego?

Jobów jest raczej urodzaj, ale tylko dlatego, że potrafię robić różne rzeczy. Gdybym robił tylko jedną z nich, miałbym biedę. Komponuję do teatru ok. dwa, trzy tytuły rocznie, gram od trzech do pięciu "Dźwiękowiązałek" rocznie, podobnie od trzech do pięciu, sześciu "QuartetmaN", gram w dwóch teatrach: "Morrison-Śmiercisyn" w Opolu i "Król Dawid-live" we Wrocławiu, doraźnie "Żywoty św. Osiedlowych", gdzie gram na żywo muzykę w monodramie lalkowym mojej przyjaciółki, oraz doraźnie biorę udział w koncertach na zamówienie. Teatr nauczył mnie samodzielności muzycznej. Wykorzystuję to również na estradzie. Zamiast wynajmować muzyków, gram sam tak, jak czuję. Tak powstał jednoosobowy zespół. Ale granie w zespole wieloosobowym jest również piękne. Dopóki mogę, łączę wszystko, co lubię.

Fryderyk Chopin rozpoczął swoją przygodę z muzyką przez naukę gry na fortepianie i na tym się zatrzymał. A jak było w Pana przypadku? Co wpłynęło na taki stan rzeczy, że teraz nie możemy nazwać Pana po prostu pianistą?

Dziękuję, że porównuje mnie Pani do wirtuoza i muzycznego kaznodziei narodu. Ja wirtuozem nie jestem. Ale tym drugim jak najbardziej. Chciałbym być tak sprawnym pianistą jak Leszek czy Fryderyk, ale nie potrafię żyć bez saksofonu, perkusji, duduka, śpiewu. Poza tym nie samą muzyką człowiek żyje. Muzyka rozpędza ciało, ale rozpędza też duszę. Fascynuje mnie to drugie - rozbieg duszy - a do tego warto wyłączyć kontrolę umysłu. Więc nie myślę o wirtuozerii, ale jeśli się pojawi, to się nią zaopiekuję. Skąd u mnie te instrumenty? Staram się być sługą piosenki i sługą teatru - takie mam upodobanie. I piosenka i teatr potrzebują instrumentarium.

Nie sądzi Pan, że w tych czasach, kiedy ludzie mają już coraz mniej skupienia, czasu i chęci poznawania rzeczywistości dla samej radości poznawania, a bardziej dla kolejnego super zdjęcia smartfonem, łatwiej byłoby być po prostu wokalistą? Plakat, na plakacie wielka twarz i info: Wielki Wokalista. Przychodź na koncert. Będziesz mógł popstrykać zdjęcia. Będzie łatwo i oczywiście jak? Oczywiście!

Właśnie dlatego jestem tak potrzebny dzisiaj w tych czasach. Zależy mi na człowieku, nie na brawach.

Ma Pan bardzo trudne zadanie jako jednoosobowy zespół. Trzeba pamiętać o formie, czasie zatrzymania loop'a (fragment muzyczny, który jest powtarzany w kółko, po uprzednim zagraniu go i nagraniu na urządzenie elektroniczne - przyp. red.), napięciach w utworze i wszystkich tych kwestiach technicznych... Kiedy Pan jeszcze przy okazji obserwuje publiczność – czy słuchacz jest w stanie docenić taki wysiłek i umiejętności, czy bardziej ocenia efekt?

To, co jest trudne, przestaje być trudne w momencie, kiedy staje się łatwe. Wolę prowokować niż manipulować.

Jest Pan artystą jeszcze z pokolenia tych „tradycyjnych", czyli takich, od których oczekuje się wrażeń artystycznych. Jak odnajduje się Pan w czasach skrótowości, teledysków, lajków, oczekiwań i komentarzy, gdzie rola artysty zaczyna przypominać pracę kelnera?

Doskonale się w tym czuję. Kelner jest sługą i ja jestem sługą. Ludzie mają alergię na kłamstwo, potrzebują prawdy, nawet jeśli mówią, że jest inaczej. Wyczuwają prawdę jak zwierzęta i to jest piękne. Ludzie też wstydzą się swojej prawdy, że nudna, a tymczasem prawda jest najpiękniejsza. Każdy może sobie na nią pozwolić.

Planuje Pan koncerty w najbliższym czasie?

Bieżące informacje znajdziecie na moim fanpage'u na Facebooku.

Źródło: W Sieci Opinii

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL