W sieci opinii

Kasiaści przyjaciele pasiastych przyjaciół

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
Już po kilkunastu kilometrach jazdy na południe od Wrocławia zaczynają się wielogarbne, rozłożyste pagóry i niskie łąki na tle równie falującej, coraz głębszej perspektywy górskich szczytów.

To przedsionek Sudetów – krainy starych malarzy krajobrazu. Ostatnimi czasy dekoracyjnej skali podsudeckich okolic przybyło intensywnej, oślepiającej żółcieni. Barwa ta kładzie się pośród zielonych, monochromatycznych pasiaków pól mocnym, pięknym kontrastem, a jednak widok ten budzi niepokój, a nawet grozę.

„Sennie chwieją się łany rzepaku, umierają co słabsi wśród ptaków" – właśnie tę frazę piosenki o przemijaniu przywodzi mi na myśl owo panoszenie się rzepakowej żółcieni. Słowa poetów lubią wyrywać się z kontekstu na wolność. Bywają prorocze, wieszcze. Osiecka przedziwną intuicją połączyła roślinę z wyglądu skromną, w swej masie malowniczą i pożyteczną, z umieraniem, ze schyłkiem. Obecna ekspansja rzepaku, jakby zabawnie to nie zabrzmiało, wydaje się kolejnym aktem potwornienia świata. Przekraczaniem tabu, za którym musi nastąpić kara. Znakiem tego rozkładu jest duszny odór wiejący z rzepakowych pól, który zagłusza szlachetny zapach gorącego, dojrzałego zboża.

Niestety, szalona ludzkość nie sieje już rzepaku tylko dla spożywania oleju, lecz po to, by go palić i przewrotnie nazywa to ekologią. Z nieczystych przyczyn światu zależy, żeby palić akurat olejem rzepakowym. Z natury pali się on ponoć opornie, ale nie takich zadań podejmuje się chemia – uczennica czarnoksiężnika. Rolnik, któremu dana jest misja karmienia ludzi stał się wspólnikiem uczniów czarnoksiężnika, a ziemię, która powinna rodzić święte pożywienie oddał w pacht diabłu mamony. Niepomny, że to grzech i, że ziemia długo tego nie wytrzyma.

Uprawa rzepaku na masową skalę oznacza dziś, że nikt nie ma pojęcia, czy polskie pola obsiewa się ziarnem genetycznie modyfikowanym. Nikt nad tym nie panuje. Nienaturalnie wywindowana opłacalność uprawy rośliny, z której można produkować „biopaliwa", budzi nienasycenie. Grunty obsiewa się zgubnym GMO często już rokrocznie, co je degraduje. Rośliny uprawiane na takiej ziemi wymagają coraz drastyczniejszych środków ochrony chemicznej. Często sięga się po środki podłe, tanie, bo po nas, choćby potop. Ta pogarda dla ziemi skutkuje nie tylko jej rychłą degradacją. Już teraz znikają owady i ptaki. Ulegają zagładzie pszczoły, bez których, niemal tak, jak z braku ziemi, wody i czystego powietrza nie ma dla nas życia. Grzech jest zawsze kostką domina. W USA gangi złodziei pszczół, całych pasiek grasują już na dobre.

Niestety, o te sprawy nie bolą głowy licznych, chłopskich synów, którzy dzierżą ster władzy w Polsce, choć zwłaszcza oni winni o nie walczyć i bić na alarm. Nie słychać, by któryś z nich, polityków obligowanych do troski o los ziemi z urodzenia i urzędu, mówił o etosie rolnictwa, jego godności i wadze, szacunku dla własnej ziemi, bez której zawsze biada całemu narodowi. Chłop polski pod wodzą karierowiczów zatroskanych raczej o stan własnych kolekcji złotych sztabek jest deprawowany. Nikt nie troszczy się o stan jego świadomości, nie pilnuje ogólnego dobrostanu polskiej ziemi, nie dba o konsekwencje tragicznej kultury agrarnej, o właściwe prawo i odpowiednie restrykcje.

Ten brak powagi daje pole do popisu cwanym trefnisiom. W warszawskiej dzielnicy Włochy, w uroczym parku sąsiadującym ze Stawem Koziorożca, zoczyłam właśnie na drzewie, na wysokości wzroku, cienki, niedługi pieniek z kilkunastoma wywierconymi w nim dziurkami, któremu dwie deseczki złożone na szczycie dają pozór budki. Obok przyklejono informację o, typowym dla takich akcji, formacie o wiele większym od samej budki. Treści następującej:

„Domek dla owadów. Zrealizowano w ramach projektu „Domki dla skrzydlatych, pasiastych przyjaciół"

Jest to miejsce życia wielu pożytecznych owadów, samotnych pszczół, pięknych motyli i chrząszczy. W domkach owady mogą się czasowo zatrzymać podczas poszukiwania pokarmu. Zbierając pyłek i nektar umożliwiają one zapylanie i produkcję nasion. Dodatkowo domki oferują owadom miejsce do rozmnażania i przetrwania zimy. Dzięki temu liczba tych niezmiernie pożytecznych, skrzydlatych, często pasiastych przyjaciół może rosnąć i nie znikną one z krajobrazu miasta."

Niezbicie, jedynie typ cyniczny nie łyknie takiej reklamy dzieła przyjaciół skrzydlatych przyjaciół. Kasę na projekt domków wyczarowano z miejskiego budżetu partycypacyjnego. Na pierwszy rzut oka wprawdzie pomyślałam, że „hotel" pojawił się we włochowskim parku jako efekt terapii zajęciowej pobliskiego przedszkola, ale tak czy inaczej jest pewne, że stanowi on pokłosie modnej propagandy trefnisiów z Greenpeace. Prawem mądrości etapu, reklamowanie hoteli dla skrzydlatych przyjaciół jest dziś osą - sorry - osią, tak do niedawna bezkompromisowej i bojowej ekocharyzmy. I nie dziw, bo nawet idiota widzi, jak mało nośne, niemedialne byłyby aktualnie, przypuśćmy, protesty wobec nieróbstwa kolekcjonerów złotych sztabek i wykurzanie ich z nor po nazwisku, ciąganie jakiegoś Niesiołowskiego po bezbrzeżnych polach zmutowanego rzepaku zlanego śmiercionośnymi truciznami, wiszenie na kominach handlarzy zabójczych chemikaliów, wskazywanie i zaskarżanie do sądu konkretnych sprawców eksterminacji owadów na miejscu, w terenie. Dziś ekocharyzma wsławiona w Dolinie Rospudy poszła się paść i nikt już nie robi rabanu nawet o grożące całej polskiej populacji ludzi i zwierząt dwie i trzecią w budowie nitki Nord Stream, które, to nie żart, TVP też nie tylko nie denerwują, ale wyraźnie nie interesują.

Idą za to ławą hojne „projekty" domków i hoteli dla miejskich, skrzydlatych przyjaciół. Pomnę, TVP – owskie zachwyty nad pierwszym, który stanął na Polu Mokotowskim. I naród dygotał z satysfakcji, albowiem trend ten jest światowy. A skoro prosta wersja „hotelu dla pszczół" w internecie kosztuje ponad trzy dychy, to i projekty miejskie i wzruszająca akcja przyjaciół pasiastych przyjaciół pod nazwą „Adoptuj pszczołę" są naturalną konsekwencją tego faktu. Cenę przyjęcia na łono człowieczej rodziny jednej, hipotetycznej pszczoły Greenpeace ustalił na dwa złote. Kręci się w oku łezka rozczulenia, bo to coś jakby wykupywanie z niewoli Murzyniątek przez dzieci II RP – naszych dziadków - za złotko z czekolady. Na stronie Greenpeace Polska przekonujemy się, że niejedna świnka fana filmowej Mai już pękła na cel pszczelego kwaterunku. Sponsorując Greenpeace wyrywasz Osobopszczołę ze szponów bezdomności!

Z uwagą spenetrowałam, wzrokowo rzecz jasna, dziurki włochowskiego domku dla skrzydlatych, najchętniej pasiastych, przyjaciół i wydaje mi się, że jak na razie, skrzydlaci, warszawscy przyjaciele swoich kasiastych przyjaciół z urzędu dzielnicowego zlekceważyli okazję wypasionego kwaterunku. Czy to możliwe, że nieświadomi, co jest trendy na świecie, wolą oni kryć się w pobliskich szuwarach Stawu Koziorożca lub składać jaja w drewnianych zakamarkach mostku? Pisowcy, czy co? I kto za nimi się ukrywa?

Źródło: W Sieci Opinii

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL