W sieci opinii

Pięć gwiazd zamiast jednej

Fotorzepa, Rafał Tomański rat Rafał Tomański
14 marca to dla Wietnamczyków dzień pamięci o bohaterach walki o jedną z raf na Morzu Południowochińskim.
30 lat temu w wyniku desantu chińskiej armii na Johnson South zginęło 64 żołnierzy (niektóre źródła szacują liczbę zabitych na 74 po stronie wietnamskiej). Dziś po krwawych scenach nie ma śladu. Południowa Rafa Johnson prezentuje się niczym luksusowa prywatna wyspa tajemniczego generała. Na zdjęciach opublikowanych w lutym przez filipiński dziennik „Inquirer" znajduje się na niej to samo, co na sąsiednich skrawkach archipelagu Spratly: kopuły radarów, lądowisko dla helikopterów, wojskowe instalacje do komunikacji, turbiny wiatrowe i budynki o potencjalnym wojskowym przeznaczeniu. Poza tym rafa podobnie jak jej sąsiedzi (Mischief, Hughes, Gaven, Fiery Cross, Cuarteron czy Subi) stała się większa. Miesiące prac zleconych przez Pekin przyniosły efekty. Johnson South położona między Wietnamem a Filipnami jest częścią łańcucha chińskich baz wojskowych na Morzu Południowochińskim.
Filipiński dziennik opublikował zdjęcia robione od czerwca do grudnia 2017 roku. Nie wiadomo, jak udało się je uzyskać, ponieważ wcześniejsze próby przelotu nad wyspami rozbudowywanymi przez Chińczyków kończyły się ostrymi reakcjami chińskiego lotnictwa zmuszającymi pilotów do zmiany kursu. Nie ma jednak wątpliwości, że dzisiejsze zmilitaryzowane konstrukcje pokrywające siedem atoli na terenie Spratly nie przypominają tego, o co przed trzema dekadami Pekin bił się z Hanoi. 8 marca, na kilkanaście godzin przed tym, jak Donald Trump podejmował południowokoreańskiego prezydenckiego doradcę ds. bezpieczeństwa Chung Eui-yonga, chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi oskarżał Amerykanów oraz ich sojuszników o prowokowanie sporów na Morzu Południowochińskim. Grzmiał także jeden z ważniejszych chińskich generałów, He Lei, wiceprzewodniczący tamtejszej Akademii Wojskowej. Jego zdaniem Pekin powinien dbać o rozbudowę instalacji na wyspach archipelagu, do którego roszczą sobie prawa nie tylko Wietnam i Filipiny, ale także Tajwan, Malezja i Brunei, ponieważ tylko takie działanie może zapewnić ochronę korytarzowi wodnemu niezbędnemu dla bezpieczeństwa Chin. Zdaniem generała He kwestie wysp Spratly i sfotografowanych na nich przez „Inquirera" imponujących pasów startowych zdolnych przyjąć każdy rodzaj samolotów, nowoczesnych radarów i wyrzutni rakiet to sprawa wyłącznie chińska.
Nie trzeba się jednak cofać trzydzieści lat, by rzeczywistość nabierała innych odcieni. Przed rokiem, dzień po rocznicy walki o rafę Johnson South, do Pekinu przyjechał amerykański sekretarz stanu Rex Tillerson, by sondować możliwości działania na linii nowej administracji Trumpa z prezydentem Xi Jinping. Ten ostatni jest od niedzieli materiałem na dożywotniego przywódcę Chin – w najważniejszym głosowaniu tzw. dwóch sesji (Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin oraz Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, odpowiednio namiastek chińskiego senatu i sejmu) przyjęto poprawkę do konstytucji, która znosi limit dwóch kadencji dla prezydenta. 8 marca 2018 roku przeszedł do historii jako dzień, w którym urzędujący prezydent USA zdecydował się na spotkanie z przywódcą Korei Północnej. Militaryzacja atoli, które przez kilka ostatnich lat nazywało się wyłącznie chińskimi sztucznymi wyspami, na tle historycznego zbliżenia Trump – Kim Dzong Un, czy Xi Jinpinga stającego się Mao Zedongiem XXI wieku wydaje się błahostką. Zdjęcia filipińskiego dziennika ujęciami z folderu reklamującego wycieczkę do egzotycznego kraju. Niechaj jednak czujność nie zasypia, a oczy nie dają się zwodzić. Militaryzacja Morza Południowochińskiego jest faktem, terytorialne roszczenia Pekinu nowym elementem azjatyckiej układanki, która na żywo, dzień po dniu niestrudzenie tworzy chiński porządek nie tylko regionu, ale i świata. Pekin staje się nowym centrum geopolityki i jest to proces nieodwracalny. Nie trzeba się go obawiać, bo trudno dziwić się mocarstwu, że bezpardonowo walczy o swoje, jednak warto rozumieć kontekst wydarzeń szerzej. I wiedzieć, że jeszcze 30 lat temu 14 marca na jednej z raf obecnie pełnej radarów made in China stacjonowali żołnierze kraju spod flagi z tylko jedną a nie pięcioma żółtymi gwiazdami na czerwonym tle. Wietnamczycy nie zapominają o swojej przeszłości. Pamięć o ofiarach walki o atol Johnson South uczczono w pagodzie Thien Phuc w Raszynie pod Warszawą (na zdjęciu ceremonia buddyjskiej modlitwy podczas tego wydarzenia). Sam atol to jeden z głównych przykładów chińskiej polityki odzyskiwania terenu na morzu Południowochińskim. Z pomocą przychodzi baza danych w serwisie Asia Maritime Transparency Initiative, który bada status spornych terenów - https://amti.csis.org/johnson-reef/. W ciągu ostatnich czterech lat utworzono 27 akrów lądu (ok. 11 hektarów). Amerykanie z kolei także nie dają za wygraną i starają się akcentować swoją niesłabnącą pozycję wśród chińskich roszczeń. 13 marca rozpoczęli na spornym morzu manewry razem z japońską marynarką reprezentowaną przez helikopterowiec "Ise". Przed manewrami między 5 a 9 marca grupa uderzeniowa pod przewodnictwem lotniskowca "Carl Vinson" dokonała historycznej wizyty w wietnamskim porcie Da Nang. Była to pierwsza od 40 lat wizyta amerykańskich okrętów w wietnamskim porcie. Pierwsza od zakończenia wojny, której świadomość nie powstrzymuje Waszyngtonu i Hanoi od planowania wspólnej przyszłości.
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL