Unia Europejska

Dom Historii Europejskiej: Co najbardziej grozi Europie

Niemiecki punkt widzenia dominuje też w opowieści o obalaniu komunizmu w Europie. Doceniono tylko upadek muru berlińskiego ( Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported, 2.5 Generic, 2.0 Generic and 1.0 Generic license)
Wikimedia Commons
Dom Historii Europejskiej w Brukseli pokazuje najnowsze dzieje naszego kontynentu z zachodniego punktu widzenia. Momentami nawet niemieckiego.

Korespondencja z Brukseli

Nowoczesne interaktywne muzeum położone w parku Leopolda w Brukseli jest dzieckiem Hansa Gerta Poetteringa, niemieckiego chadeka, byłego szefa Parlamentu Europejskiego. Wielkim zwolennikiem tego projektu był też inny szef PE – niemiecki socjalista Martin Schulz. Nic dziwnego, że inicjatywa mogła liczyć na 56 milionów euro wsparcia z parlamentarnego budżetu, z czego blisko połowa poszła na renowację budynku (byłej kliniki stomatologicznej) i dostosowanie jej do nowej funkcji.

Czy Poettering jako szef Rady Nadzorczej miał wpływ na wydźwięk stałej ekspozycji? Czy raczej zdecydowały o tym działania wiceszefa Rady Naukowej, niemieckiego historyka Hansa Waltera Huettera? Może to tylko przypadek, ale faktem jest, że wystawa w ważnych momentach wydaje się być tworzona z niemieckiego punktu widzenia.

Nowe muzeum ma pomóc zrozumieć wspólną przeszłości i różne punkty widzenia Europejczyków. Początkiem historii jest właściwie rewolucja francuska, ale najwięcej miejsca na wystawie poświęcono dziejom XX wieku.

Takie było od początku założenie, bo muzeum ma pokazać kontekst, w jakim doszło do powstania idei wspólnej Europy.

Ekspozycja tworzona jest przez przeciwników państw narodowych. Na początku jest co prawda powiedziane, że to powszechna forma państwa w Europie, ale przez kolejne wydarzenia w historii widać, że nie jest to pozytywne zjawisko.

Rodzące się od XIX wieku nacjonalizmy, w tym konkretnie ekspansjonizm słowiański, miały się przyczynić do wybuchu I wojny światowej. Nacjonalizm po I wojnie doprowadził do upadku systemów demokratycznych i powstania w większości państw europejskich reżimów autorytarnych. Prowadził do rywalizacji między narodami, rozbudzał rasizm, zaogniał stosunki między państwami w czasie kryzysu. To wszystko było efektem tworzenia państw opartych na wspólnocie etnicznej i kulturowej.

W dalszej części historii mowa jest o dwóch najokrutniejszych reżimach totalitarnych: narodowym socjalizmie i stalinizmie. Fakt, że mowa o stalinizmie, a nie o komunizmie, budzi oczywiście krytykę wielu historyków czy polityków z naszej części Europy.

Ci, którzy wypowiadali się na debacie zorganizowanej we wtorek w PE przez Annę Fotygę, eurodeputowaną PiS, zwracali uwagę na pewne braki w części dotyczącej stalinizmu. Ale, jak zauważył historyk Marek Kornat z PAN, pozytywne jest ukazanie obu reżimów na tym samym poziomie. I faktycznie, wystawa uznaje te systemy pod wieloma względami za tożsame. Choć jeden opierał się na walce ras, a drugi na walce klas, to ich skutki były równie tragiczne. Polakom zwiedzającym wystawę może się to wydawać oczywiste, ale dla wielu mieszkańców Europy Zachodniej jest to nowa wiedza, której nie znajdą w muzeach w swoich krajach.

Mało o Holokauście

Uderza skromna obecność problematyki Holokaustu. Poświęcona jest mu właściwie tylko jedna gablota na całej dużej przestrzeni obrazującej wydarzenia II wojny światowej. Chodzi nie tylko o wagę historyczną tego zjawiska, ale też jego rolę w tworzeniu się idei europejskiej.

O Holokauście na wystawie można się nieco dowiedzieć jeszcze raz, w ukrytej z boku korytarza ekspozycji zatytułowanej „Pamięć o Szoah". Gdzie po jednej stronie gablota informuje o tym, jak z pamięcią o współodpowiedzialności za zbrodnie radzono sobie w Niemczech, w tym Wschodnich, i w Austrii. A po drugiej stronie – w Polsce, Francji i na Ukrainie. Różnica jakościowa nie jest zauważalna.

Tyle samo miejsca co Holokaust zajęła na wystawie problematyka wypędzonych. Pisał już o tym na łamach „Rzeczpospolitej" Marek Cichocki. I faktycznie, to zjawisko jest docenione i zobrazowane wypędzonymi Niemcami. Innych wypędzonych nacji nie wyszczególniono. W podsumowaniu II wojny światowej jest jeszcze gablota zatytułowana „Dzieło zniszczenia", pokazująca wybrane złe zjawiska z czasów wojny. Pierwszym eksponatem jest wieszak Niemca wypędzonego w 1945 roku z niemieckiego Stettina, przemianowanego na Szczecin.

Już II wojna światowa pokazana jest przede wszystkim z perspektywy Europy Zachodniej, ale ten punkt widzenia uderza szczególnie w części dotyczącej historii powojennej. O naszym regionie mowa jest tylko w sekcji poświęconej rywalizacji między USA i ZSRR na Starym Kontynencie. Jak propagandy obu krajów nawzajem się atakowały, jak RWPG powstała w reakcji na plan Marshalla, a Układ Warszawski był sojuszem obronnym powstałym w reakcji na NATO. Tej zadziwiającej symetrii nie towarzyszy żaden komentarz, że z jednej strony były kraje demokratyczne, a z drugiej poddane okupacji sowieckiej. Choć wcześniej jest oczywiście krytyczna ocena porozumień jałtańskich.

Solidarności nie było

Gdy mowa o przemianach w naszej części Europy, to wszystko zaczęło się w zasadzie w 1989 roku. Nie ma nic o rewolucjach 1956 na Węgrzech i 1968 w Czechosłowacji, nie dowiemy się o Solidarności czy o roli, jaką w pokonaniu komunizmu odegrał Jan Paweł II i Ronald Reagan. Nagle w 1989 roku pojawia się seria wydarzeń obalających reżimy, przy czym w Polsce jest to Okrągły Stół. Na osobne potraktowanie zasłużył tylko mur berliński. Jego obalenie i zjednoczenie Niemiec jest jednym z najważniejszych wydarzeń powojennej historii. Widać więc, że wieloletnie wysiłki polskich historyków i dyplomatów na rzecz przekonania świata, że to Solidarność doprowadziła do przemian w Europie, spełzły na niczym.

Szefem Rady Naukowej DHE jest polski historyk Włodzimierz Borodziej. Członkiem Rady Nadzorczej był inny Polak, również historyk i były eurodeputowany PiS, Wojciech Roszkowski. Zrezygnował jednak, gdy zobaczył efekt końcowy.

 

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL