Plus Minus

Rawa: Ewolucja Wimbledonu

1908: mecz debla kobiet
EAST_NEWS
Historia Wimbledonu dobrze oddaje historię tenisa. Z rozrywki ludzi zamożnych zmienił się w wielki biznes i sport dla wszystkich.

Na początku w Wimbledonie był, rzecz jasna, krokiet. Nie krykiet – jak mówią niektórzy, zmyleni podobieństwem angielskich słów. Krokiet – gra wytwornych dam i dojrzałych dżentelmenów, polegająca na dystyngowanym toczeniu sporej kuli po trawie między kilkoma małymi bramkami – za pomocą drewnianego młotka słusznej długości.

Kto miał okazję przyjechać na tegoroczny turniej wimbledoński, ten zobaczył urządzony w przejściu przy korcie nr 1 mały tor ze sztucznej trawy i młotek z prawdziwego drewna, plus parę ilustracji i słów wyjaśnienia XIX-wiecznej zabawy. Roger Federer i Serena Williams byli i spróbowali.

Kto nie był, niech wróci do „Przygód Alicji w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla, tam znajdzie opis, albo niech poczyta, jak siedmiu panów i trzy panie rozegrali pierwszy i zarazem ostatni olimpijski turniej krokieta w 1900 roku w Paryżu. Niektórzy najbardziej zdeterminowani zwolennicy tej dyscypliny twierdzą, że cztery lata później w St. Louis znów na igrzyskach grano w krokieta, tylko w amerykańską wersję zwaną roque, ale można się z tym nie zgodzić.

Kroniki krokieta w południowo-zachodnim Londynie zaczęły się od sportowej pasji zamożnych brytyjskich obywateli, którzy czytając prestiżowy magazyn „The Field" (wciąż istniejący), poświęcony głównie strzelectwu, polowaniu, wędkarstwu i znajomości dobrych win, mogli się dowiedzieć, że krokiet też jest całkiem przyjemną rozrywką.

Cztery akry trawy

John Henry Walsh, z zawodu chirurg, ale wkrótce także aktywny publicysta, pisarz i znawca wielu sportów, naczelny redaktor „The Field" od 1857 roku, był również wielkim propagatorem krokieta i to on, z pomocą piątki podobnych pasjonatów, 23 lipca 1868 roku w siedzibie swego pisma na londyńskim Strandzie założył All England Croquet Club.

Pan Walter Jones Whitmore został sekretarzem, pan S. H. Clarke Maddock skarbnikiem, zebrani zgodnie ustalili, że trzeba zacząć od znalezienia terenu do gry. Ponad rok po sporządzeniu aktu założycielskiego znaleźli cztery akry (ok. 1,62 ha) w Wimbledonie przy Nursery Line, między Worple Road i linią kolejową łączącą okolicę z centrum Londynu.

Dalej było już prosto – wynajęli teren, początkowo na trzy lata za 50, 75 i 100 funtów za rok, sporządzili cennik: gwinea, czyli funt i szyling, rocznie od głowy damy lub dżentelmena albo funt, 11 szylingów i 6 pensów za członkostwo małżeńskie; ewentualnie 10 gwinei dla pojedynczej osoby lub 15 gwinei dla małżonków za członkostwo dożywotnie.

Inicjatywa spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem. W pierwszym roku pozyskano 59 członków. Już w kolejnym klub był w stanie postawić pawilon z trzema tarasami oraz rozegrać pierwsze mistrzostwa.

W lutym 1875 roku komitet klubowy zgodził się wydzielić z terenu krokietowego (odpłatnie, za 25 funtów rocznie) kawałek trawy dla członków, którzy zapragnęli ćwiczyć się prawem eksperymentu w nowych umiejętnościach – tenisie. Działacze jeszcze nie wiedzieli, że właśnie wpuścili głodnego wilka do zagrody krokietowych owieczek.

Po kolejnych 12 miesiącach kortów było już pięć, tenisistów gromada, więc klub powołał pana George'a Nicola na stanowisko członka odpowiedzialnego wyłącznie za nową dyscyplinę.

14 kwietnia 1877 roku klub zmienił nazwę na All England Croquet and Lawn Tennis Club, niespełna trzy miesiące później rozegrano pierwsze mistrzostwa Wimbledonu i zaczęła się całkiem nowa historia najstarszego tenisowego turnieju wielkoszlemowego na świecie.

Jej początki związane są jednak z całkiem przyziemną sprawą – tenisiści wimbledońscy potrzebowali pieniędzy na utrzymanie trawników oraz rozwój, dlatego pierwszy turniej miał konkretny cel finansowy: należało zebrać fundusze na naprawę zepsutego walca do wyrównywania trawy. Ten pierwszy walec ufundował sam przewodniczący John H. Walsh, naczelny „The Field", w podzięce za przyjęcie jego córki do klubu.

Kto składa wizytę w Wimbledonie, z pewnością dostrzeże spory, pomalowany na zielono, walec w hortensjach obok wejścia na kort nr 18, pod telewizyjnymi studiami BBC. To nie jest jednak ten pierwszy, historyczny przyrząd, tylko trzeci, ale bardzo podobny, kupiony w firmie Cottis & Sons z Epping w 1899 roku. On też służył tenisistom na Worple Road. Po przenosinach klubu w obecne miejsce był używany na korcie centralnym, co interesujące, wbrew nazwie („Pony roller") nie był tam ciągnięty przez konika, tylko kilku krzepkich ludzi. Ten walec służył wiernie Wimbledonowi do 1986 roku.

Nie da się nie zauważyć, że klub od początku działalności bardzo dbał o finanse. Przekazy historyczne, oprócz detalicznego opisu początkowej rywalizacji i wciąż kształtujących się przepisów gry, zawierają przede wszystkim zapisy księgowe. Wiemy zatem nawet, że pierwszy ogrodnik wimbledoński został zatrudniony za dzienną stawkę 4 szylingów, a jego szanowna małżonka za znacznie mniejsze pieniądze pomagała utrzymywać porządek w szatni.

Pierwszy turniej tenisowy, rozpoczęty 9 lipca 1877 roku, przyciągnął 22 graczy, którzy za prawo gry wpłacili po gwinei. Mecze trwały do 19 lipca, z przerwą na 13 i 14 lipca, gdyż na stadionie Lord's rozgrywano wtedy ważny mecz krykietowy (nie krokietowy!) Eton kontra Harrow.

Pierwszy mistrz Spencer Gore po pokonaniu w finale Williama Marshalla otrzymał 12 gwinei nagrody oraz srebrny puchar (Challenge Cup) o wartości 25 gwinei ufundowany przez redakcję magazynu „The Field". Pokonany finalista dostał 7 gwinei, zwycięzca meczu o trzecie miejsce – 3 gwinee. Sam finał oglądało 200 osób, za wstęp brano po szylingu. Nie trzeba liczyć – starczyło na naprawę walca. Dwa lata później finał oglądało już 1100 osób, więc i dochody były większe.

Kolejne lata dostarczają dowodów, jak dobrym pomysłem było oddanie klubu tenisistom. Publiczność rosła, inwestycje były niezmiennie opłacalne (tylko raz w 150-letniej historii AELTC rok skończył się z przewagą wydatków nad przychodami), członkowie mogli powiększać trybuny, dodawać eleganckie ogrodzenia i bramy, usprawniać szatnie (w 1894 r. dodano w nich prysznice), podnosić ceny biletów i wymyślać nowe atrakcje: singlowy turniej pań (1884), deblowy turniej panów (1884). Zaczęto też zapraszać uczestników zagranicznych, co także podniosło splendor wydarzenia.

Początek XX wieku w Wimbledonie oznaczał pierwszy kontrakt z producentem piłek. W 1902 roku klub podpisał umowę z firmą Slazenger i ta umowa, trudno uwierzyć, jest nieprzerwanie przedłużana do dzisiaj. W 1907 roku książę Walii (późniejszy król Jerzy V, dziadek królowej Elżbiety II) zgodził się przyjąć honorowe stanowisko prezesa klubu. Ta tradycja także trwa, tak samo jak Royal Box, czyli loża królewska na korcie centralnym.

W tym samym czasie przy kortach pojawił się po raz pierwszy ambulans organizacji St. John – inaczej mówiąc, pierwszy pojazd ochotniczego pogotowia ratunkowego. Elektryczne wózki z krzyżem maltańskim czuwają przy korcie centralnym i teraz.

Tak tworzyła się tenisowa scena, przez którą obecnie przez dwa tygodnie przewija się prawie 800 w większości świetnie opłacanych aktorów (2,25 mln funtów dla mistrza i mistrzyni, 39 tys. dla odpadających w pierwszej rundzie singla). Na trybuny przychodzi ponad pół miliona widzów, wciąż zauroczonych informacją, że trawa jest strzyżona do wysokości 8 mm, a na wszystkich czeka 28 ton truskawek z Kentu.

Trzeba dbać o widzów

Wimbledon przez te 150 lat dbał o zachowanie oryginalności. Ostatnia dekada, może nawet dwie, rozpoczęte od wielkiej milenijnej modernizacji w 2000 roku, to czas wyjątkowego przyspieszenia, nawet pewnej demokratyzacji, która skłoniła ludzi mniej związanych duchowo z dawną angielską burżuazją do postawienia stopy na trawnikach przy Church Road.

Działacze wimbledońscy pojęli na czas, że trzeba się zmieniać wedle wymagań współczesności, trzeba dbać o widzów, którzy być może przychodzą na wielkoszlemowy tenis pierwszy raz i wypada ich nakłonić, by przychodzili rok po roku. To spotkanie musi być dla nich wyjątkowe.

Na tę wyjątkowość składa się wiele czynników. Oddajmy od razu co należne samemu tenisowi – dyscyplinie globalnej, która ma dziś wielką łatwość kreacji gwiazd. Tu, w Wimbledonie, błyszczą one najjaśniej. Jeśli pojawia się generacja wyjątkowych postaci, takich, jakimi są obecnie Serena Williams, Roger Federer, Rafael Nadal, Novak Djoković i Andy Murray, tym lepiej – siła przyciągania na krzesełka i ławki kortów oraz trawę Aorangi Park przed gigantyczny ekran telewizyjny rośnie dodatkowo.

Wimbledon jest zarządzany z dużym biznesowym wyczuciem, by nie powiedzieć: sprytem. Ludzie schowani w klubowych biurach wiedzieli, że warto stworzyć na terenie klubu miejsca pozbawione wiktoriańskiego sznytu, że tłumy na Henman Hill (obecnie Murray Mound) będą się cieszyć piknikową atmosferą i przychodzić z małymi dziećmi.

A względnie niedawno wcale tak nie było. Jeszcze pamiętamy, że pierwsza niedziela w 1991 roku, gdy nie zawieszono rozgrywek (w niedzielę wypadającą w połowie turnieju nigdy się nie grało, chyba że deszcz spowodował wielkie opóźnienia), dostała od razu nazwę People's Sunday (tak zostało do dziś) nie bez przyczyny – w pozostałe dni wstęp na korty dla klasy poniżej wyższej średniej nie był powszechny.

Byli tacy jak Patrick Collins, jeden z najlepszych powojennych brytyjskich dziennikarzy sportowych, który wiele lat bojkotował Wimbledon, bo nie podobało mu się, że publiczność na trybunach „ma mieć wrażenie, że dostąpiła zaszczytu przebywania w tym miejscu". Coś było na rzeczy. Nawet on jednak zauważył, że nastąpiła transformacja i widzowie stali się mile witanymi gośćmi.

Nie wpadając w nadmierny zachwyt, można śmiało twierdzić, że działaczom Wimbledonu udaje się trafnie podejmować najważniejsze decyzje. Była wśród nich także ta, by przez lata pozostać lojalnym wobec BBC. Obie strony na tym zyskały i wciąż zyskują.

W ubiegłym roku w wimbledońskim muzeum stworzono specjalną wystawę, by podkreślić jubileusz 90-lecia współpracy z publicznym nadawcą. Zaczęła się w 1927 roku od transmisji radiowej prowadzonej przez redaktora o pięknym nazwisku Captain Henry Blythe Thornhill Wakelam.

Telewizja przybyła na korty w 1937 roku, na mecz Bunny'ego Austina z George'em Rogersem. W 1967 roku Wimbledon pokazano pierwszy raz w kolorze.

Kolejny przykład – budowa dachu nad kortem centralnym kosztem ponad 80 mln funtów. Dach wbrew krytykom powstał, pierwszy raz użyto go w 2009 roku i dziś wszyscy wiedzą, że to oczywisty sukces. Na terenie kortów treningowych już czeka na założenie ogromna biało-purpurowa metalowa konstrukcja dachu nad kortem nr 1. Od 2019 roku dwie trzecie widzów odwiedzających korty będzie wiedziało, że zobaczy co najmniej trzy mecze, w czasie deszczu nawet więcej.

Na początku XXI wieku Wimbledon podjął może najbardziej brawurową decyzję – zdecydowano się na zmianę rodzaju trawy, tak by piłka odbijała się wolniej. Inaczej mówiąc, znacząco zmieniono charakter gry, która w czasach szybkiego rozwoju technologicznego rakiet, naciągów i wzrostu siły grających stawała się zbyt szybka i jednostronna (czytaj: nudna dla widzów, znienawidzona przez część tenisistek i tenisistów).

Znane słowa „trawa jest dla krów", wygłoszone w 1966 roku przez sławnego Hiszpana Manolo Santanę, były powtarzane bardzo często. Dziś szybkość nawierzchni i wysokość odbicia piłek pasują właściwie wszystkim.

All England Club nie przestaje słuchać głosu opinii publicznej, szeregowych pracowników i dziennikarzy (ostatnią ankietę dotyczącą usprawnień dla mediów przeprowadzono dwa lata temu). Podejmuje więc decyzje z pozoru może mniej efektowne, ale też przyczyniające się do sukcesu turnieju.

Istnieje na zapleczu coś takiego jak „The list", czyli uzupełniana na bieżąco lista zadań – od załatwienia problemu skrzypiących krzesełek do dostarczenia publiczności większej liczby posiłków wegańskich.

Proces załatwiania takich i podobnych spraw zaczyna się natychmiast. Może to ktoś nazwać pedanterią albo obsesją, ale logistyka turniejowa musi być perfekcyjna: codziennie na kort przybywa 6000 osób obsługi, wśród nich 250 dzieciaków do podawania piłek i 360 sędziów stołkowych i liniowych.

Ogromnym wyzwaniem jest też wyżywienie – ponad pół miliona ludzi przez 13 dni, można śmiało założyć, że to największe cykliczne wyzwanie cateringowe w Europie, nie ma miejsca na błędy.

Wimbledon podjął też nowe wyzwania komercyjne i marketingowe. Markę, będącą synonimem sportowej jakości, da się dobrze spieniężyć także na nowych rynkach. Teraz celem jest Azja. Orężem w tej walce są nowoczesne narzędzia: media społecznościowe, w których zdobywa się dla Wimbledonu serca i umysły młodych. Cyfrowa widownia turnieju liczona jest już w dziesiątkach milionów i rośnie.

Wimbledon wykorzystuje współczesną technologię także na inne sposoby – od 2017 roku działa w internecie system sztucznej inteligencji, który błyskawicznie tworzy filmiki z wydarzeń na kortach na podstawie analizy reakcji widowni i wyniku (w szczególności podczas tzw. ważnych punktów, przełamań serwisu, piłek setowych i meczowych). Rezultat: błyskawiczne pojawianie się kluczowych momentów turnieju w sieci.

Cicha nierówność

Oczywiście Wimbledon ma też przeciwników. Krytycy mówią wciąż o cichej nierówności traktowania mężczyzn i kobiet. Gdy wyrównano płace, kontrowersje są wokół dostępu do najważniejszych kortów. Działacze bronią się twardo: decyduje wieloaspektowa atrakcyjność spotkań, nic innego, czasami wypada na panów, czasami na panie.

Są tacy, którzy krytykują ideę trwania loży królewskiej, w której gości nie ma prawie nigdy, wymogi właściwego stroju na kortach, trudności z dojazdem i odjazdem, wysokie opłaty za sam wstęp na teren klubu i mdły smak truskawek. Szefowie Wimbledonu mają na to jedną odpowiedź: spójrzcie na statystyki oglądalności, rozpoznawalności i nasze dochody.

Jeśli coś naprawdę ich trapi, to bezpieczeństwo widzów i grających. Zmiany polegające na dostawianiu nowych blokad, słupków ograniczających ruch samochodowy, widać gołym okiem także w tym roku. Z oczywistych powodów w mediach o tym wiele nie usłyszymy, ale w tej dziedzinie też jest stały postęp i dostosowanie taktyki działań do bieżącej sytuacji.

Obchody 150-lecia wimbledońskiego klubu siłą rzeczy muszą się kojarzyć z aktywnością XIX-wiecznych Brytyjczyków poszukujących z zapałem nowych sposobów miłego spędzania wolnego czasu. To przecież wtedy wymyślano i skodyfikowano przepisy piłki nożnej, rugby, badmintona, squasha oraz krokieta i tenisa. Teraz jednak kojarzą się z zadziwiająco skutecznym modelem działania biznesowego, którego początki widać w skrupulatnym zapisywaniu każdego szylinga na zakup walca do trawy.

Spyta jeszcze ktoś, co stało się z wimbledońskim krokietem? Po prostu zniknął. Od 1882 roku klub stracił rolę głównego brytyjskiego strażnika reguł krokieta, zaprzestał organizacji turniejów i przerobił wszystkie trawniki na korty.

Jeszcze w XIX wieku tenisiści wykonali jednak mały ukłon w kierunku członków założycieli, pomogli bowiem w założeniu Zjednoczonego Wszechangielskiego Stowarzyszenia Krokieta (1897) i gościli pierwsze mistrzostwa pod tym sztandarem.

W czasach bardziej współczesnych członkowie ufundowali Wimbledon Cup, puchar dla zwycięzców otwartych krokietowych rozgrywek światowych pod egidą World Croquet Federation. W wimbledońskim muzeum zorganizowano także stosowną wystawę na temat krokieta, no i ponoć niektórzy członkowie AELTC od czasu do czasu grają sobie prywatnie w ogródkach.

Jednak wedle ankiety z 2012 roku rozpoznawalność krokieta wśród młodych Brytyjczyków szybko maleje, średnia wieku gracza wzrosła do 68 lat. Wyliczono, że jeśli trend się utrzyma, to w 2037 roku krokiet zniknie z Wysp Brytyjskich z przyczyn całkowicie naturalnych.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL