Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Teatr

Artur Ruciński: Odpowiednia dawka adrenaliny

Artur Ruciński w „Simonie Boccanegrze”, La Scala, 2014.
Teatro alla Scala
Jeden z najlepszych barytonów na œwiecie, Artur Ruciński mówi, co jest dla niego naprawdę ważne.

Rzeczpospolita: Często pan bywa w domu?

Artur Ruciński: Bardzo rzadko, coraz rzadziej, a następne sezony szykujš się takie, że będš to niemal pojedyncze dni w roku.

I można tak żyć?

Niezwykle trudno, kiedy ma się rodzinę. Takie trzeba jednak ponosić koszty, jeœli chce się robić to, co jest pasjš człowieka. Staram się zachować równowagę i od pewnego czasu nie przyjmuję już wszystkich propozycji, a gdy tylko jest możliwoœć, zabieram rodzinę ze sobš.

Właœnie wrócił pan z Tokio, a wczeœniej był w Londynie, gdzie pański występ w „Traviacie" spotkał się z entuzjastycznymi recenzjami.

Moim debiutem w Covent Garden w 2014 roku też była rola Germonta w „Traviacie". Wtedy wystšpiłem w nagłym zastępstwie, w pištek miałem spektakl „Falstaffa" we Frankfurcie, a już następnego dnia wyszedłem na scenę w Londynie. I dostałem potem kolejne zaproszenia, do „Łucji z Lammermooru", „Eugeniusza Oniegina" i znów do „Traviaty". Recenzje po ostatnich spektaklach były rzeczywiœcie bardzo miłe, więc sš plany następnych występów w Covent Garden.

Także w 2014 roku zaœpiewał pan za Placida Dominga w Salzburgu, majšc godzinnš próbę przed przedstawieniem. To duże ryzyko, ale chyba daje szansę szybszego wejœcia w wielki operowy œwiat?

W naszym fachu łut szczęœcia ma wielkie znaczenie. A dzięki takim sytuacjom odnalazłem w sobie nowe pokłady odpornoœci, która bardzo potrzebna jest wtedy na przykład, gdy pojawia się stres lub zmęczenie. Ryzyko zawsze istnieje, człowiek wchodzi na scenę zamiast wielkiej gwiazdy i może to zakończyć się klapš, a publicznoœć i krytyka krótko pamięta nasze sukcesy, ale porażki zostajš w pamięci na długo. Do tej pory szczęœcie mi sprzyjało, kiedy w 2009 roku zadebiutowałem w Barcelonie jako król Roger, maestro Daniel Barenboim zaprosił mnie do Berlina na „Oniegina". I potem przyszły kolejne oferty, bardzo szybko po międzynarodowym debiucie otrzymałem je od nowojorskiej Metropolitan, La Scali i Covent Garden.

W Metropolitan wystšpił pan jednak dopiero w 2016 roku.

Tak, ale miałem tam zadebiutować w „Fauœcie" dwa lata wczeœniej. Z realizacji tej produkcji jednak zrezygnowano. Za to przedtem udało mi się dotrzeć do La Scali, gdzie w „Simonie Boccanegrze" stałem się nie zastępcš, ale partnerem Placida Dominga.

Nie jest sztukš zaœpiewać w słynnym teatrze. Miarš sukcesu jest, to czy będziemy tam ponownie zaproszeni.

Dlatego miło mi, że z Metropolitan otrzymałem kontrakty na trzy inne produkcje – m.in. nowš inscenizację „Manon" Masseneta, premiera będzie transmitowana do kin na całym œwiecie.

Czas zastępstw się skończył?

Nie mam już na nie czasu, mój kalendarz jest zbyt zapełniony do 2020 roku. Nigdy nie godziłem się być też tzw. coverem, który ma być w gotowoœci do nagłego wejœcia w rolę za kogoœ sławniejszego, gdy dopadnie go na przykład niedyspozycja. Wszystko potoczyło się tak szybko, że mogłem ominšć ten etap. Moja kariera różni się nieco od moich koleżanek i kolegów, œpiewajšcych obecnie w tych samych teatrach, w których mam przyjemnoœć występować. Ominšł mnie bowiem etap szlifowania umiejętnoœci w przyoperowym studiu i w cišgu czterech lat od debiutu pod batutš Daniela Barenboima zdšżyłem zaœpiewać na najważniejszych scenach operowych œwiata: La Scala, Covent Garden czy Metropolitan Opera.

Czuje się pan artystš ustabilizowanym?

Tak, ale w tym zawodzie nie ma nic pewnego. Wystarczy, że przyplšcze się jakaœ choroba i plany biorš w łeb. Jesteœmy jak wyczynowi sportowcy, za każdym razem, gdy wychodzimy na scenę, musimy potwierdzić formę.

Tym bardziej że wœród barytonów rywalizacja jest wyjštkowo ostra.

Baryton to naturalny głos męski, nas jest najwięcej, znacznie więcej niż tenorów. Ale nie czuję presji konkurentów, œwiat jest dziœ wystarczajšco duży, by pomieœcić wszystkich dobrych œpiewaków. Jedyna rywalizacja, jaka mnie interesuje, toczy się w czasie spektaklu, i jest pozytywna, bo inspirujemy się wzajemnie po to, by osišgnšć wspólny sukces.

Był taki moment, kiedy uwierzył pan, że się panu powiedzie?

Zawsze staram się myœleć pozytywnie, może dlatego rzadko choruję, wierzę, że siła umysłu ma nieograniczonš moc. Oczywiœcie czasem dopada mnie przeziębienie, zdarza mi się występować z wysokš goršczkš, bo na tyle panuję nad swojš technikš, że mogę wtedy œpiewać, utrzymujšc odpowiedni poziom. Natomiast był rzeczywiœcie moment, kiedy poczułem, że z tak opanowanym głosem i repertuarem jestem gotowy, by wypłynšć w œwiat. Powiedziałem sobie wtedy, że jeœli w cišgu dwóch lat nikt się po mnie nie zgłosi, zacznę jeŸdzić do różnych teatrów na przesłuchania. Okazało się, że usłyszano mnie w Warszawie, w Operze Narodowej i zaproszenia zaczęły nadchodzić, a życie nabrało tempa.

Psychicznie też był pan na to przygotowany?

Od dziecka wiem, co to występ. Moi rodzice byli zwišzani z zespołem Mazowsze, moja starsza siostra jest artystkš, a scena zawsze była moim drugim domem. Jeœli dziœ mam tremę, to takš, która mnie mobilizuje. A im większa scena i więcej osób na widowni, tym bardziej czuję się uskrzydlony. Wiem, co potrafię, na co trzeba zwracać uwagę, starałem się podpatrywać i uczyć się od starszych kolegów. A głos z wiekiem nabiera mocy, przestrzeni, możemy sięgać po coraz bardziej dramatyczne role, jeœli natura plus nasza wiedza nas do tego predestynujš. Długo odmawiałem na przykład roli Don Giovanniego, dopiero kiedy zaœpiewałem w różnych operach Verdiego czy Donizettiego, poczułem, że mogę się z niš zmierzyć. Zadebiutowałem w Opera Bastille w Paryżu, gdzie wszyscy pytali się, która to z kolei moja produkcja „Don Giovanniego". I o to chodzi w tym fachu, by wyjœć na scenę, kiedy jest się na to gotowym i nikt nie bierze cię za debiutanta.

Często pan odmawia?

Coraz częœciej chcę unikać sytuacji, kiedy z jednego kraju lecę wprost do drugiego. Mam inne priorytety Znacznie ważniejsza jest dla mnie rodzina, bo nadaje sens mojemu życiu. Karierę mam wspaniałš, mogę za niš dziękować Opatrznoœci, ale chciałbym teraz móc odwozić syna do przedszkola i być w jego życiu obecny nie tylko poprzez Skype'a. Moja żona jest cudownš kobietš, także artystkš, porusza się bardziej w muzyce jazzowej, popularnej i także z tego powodu jestem potrzebny mojej rodzinie.

Odmawiać trzeba także z powodów artystycznych.

Bywajš reżyserzy i dyrygenci, z którymi spieram się w kwestii poprowadzenia roli i jej interpretacji, ale nigdy nie zdarzyło się, żebym był zmuszony odmawiać udziału w przedstawieniu z powodu braku porozumienia z realizatorami. Potrafię merytorycznymi argumentami przekonać ich do zmiany zdania. Zresztš uważam, że sztuka operowa musi ewoluować, rozwijać się i dopóki coœ nie jest wbrew mojej estetyce i nie przeszkadza mi w œpiewaniu, mam otwarty umysł na różne wizje reżyserskie. A z wiekiem nasze możliwoœci stajš się większe, dlatego w następnych sezonach będę debiutował w kolejnych rolach Verdiego w Rzymie czy w Madrycie. Odmawiam też , by kalendarz nie był zbyt zapełniony i by mieć czas na zrobienie czegoœ nowego. W tej chwili wszyscy œpiewajš wszystko, obowišzuje zasada, że trzeba być młodym, przystojnym i przyjmować każdš propozycję, zwłaszcza że spektakl operowy coraz częœciej bywa transmitowany do kin na całym œwiecie, a to daje niesamowitš popularnoœć. Transmisje wspaniale promujš operę, ale sprawiajš, że mamy piękny obraz i głosy, tylko że różni artyœci nie powinni œpiewać ról, które przyjmujš, by znaleŸć się przed kamerš. Na żywo głos jest nie do podrobienia, a scena weryfikuje: kto nadaje się do opery, a kto do musicalu. Dziœ ta granica zaczyna się niebezpiecznie zacierać. Co jest ważniejsze? Głos czy aktorstwo i teatralny efekt?

Prawdę i emocje można wyrazić nie tylko w sposób aktorski, ale œpiewajšc.

Nie wszyscy to potrafiš. Ja mam repertuar, na którym się koncentruję i nie zamierzam sięgać po coœ tylko, by się pokazać. Przyjmuję role, dzięki którym będę się rozwijać. W tej chwili odmawiam Rigoletta czy Simona Boccanegry, bo co bym wówczas robił za pięć czy siedem lat. Wczeœniej na pewno zaœpiewam Makbeta, już się do tego powoli przygotowuję.

A co będzie w bliższej przyszłoœci?

„Trubadur" w Barcelonie, skšd prosto lecę do San Francisco na spektakle „Traviaty'", a potem do Paryża na „Cyganerię". Na poczštku 2018 roku czekajš mnie „I Masnaderi" w Rzymie, następnie wracam do Paryża jako tytułowy „Gianni Schicchi". Poza Metropolitan chciałbym się skupić na Europie, wtedy mógłbym częœciej przylatywać do rodziny.

Nie męczy pana fakt, że wie, co będzie robił za trzy czy cztery lata?

Nie, daje mi to komfort i bezpieczeństwo. Takie szczęœcie ma naprawdę niewielu œpiewaków na œwiecie, bo też teatry operowe w różnych krajach przeżywajš kryzysy finansowe.

A gdzie jest miejsce na odrobinę szaleństwa?

Na scenie, żadnego spektaklu nigdy nie da się do końca zaplanować, dlatego zawsze gwarantuje mi on odpowiedniš dawkę adrenaliny.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL