Zmarł Tomasz Konina

aktualizacja: 26.08.2017, 13:45
Foto: Fotorzepa/Sławomir Mielnik

Nieczęsto można o kimś powiedzieć, że całe swoje życie – także prywatne – podporządkował teatrowi. W przypadku Tomasza Koniny była to absolutna prawda.

REDAKCJA POLECA
27.08.2017
Małżeńska para operowa dzieli się sukcesami
kariera
Jak przekonać szefa do awansu?

Ukończył, co prawda, Wydział Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST, ale przede wszystkim chciał reżyserować. I udowodnił sobie i innym, jak należy realizować nawet najbardziej ambitne marzenia. Tuż po dyplomie, w 1996 roku, zadebiutował mocnym wejściem – w słynnym Teatrze Ateneum zrealizował obrosłe sceniczną legendą dzieło – „Wujaszka Wania” Czechowa. Miał wtedy 24 lata.

Dwa lata później przygotował pierwszą premierę operową, o której zrobiło się głośno. Z zespołem Opery Wrocławskiej wystawił „Wesele Figara”, ale nie na deskach scenicznych lecz we wnętrzu Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Opera to jego hobby, pasja i miłość. Potrafił podróżować po Europie, by poznawać najlepszych śpiewaków i głośne inscenizacje. Doskonalił wiedzę na stażu w londyńskiej Covent Garden, a na dodatek trafił w Polsce na dobry czas, kiedy ta konserwatywna przez dziesięciolecia sztuka zaczęła się otwierać na propozycje młodych reżyserów.

Przełom stuleci przyniósł więc cały szereg oryginalnych realizacji Tomasza Koniny, który nie bał się sięgać po najtrudniejsze tytuły. Jego inscenizacje nigdy nie wystawianych dotąd w Polsce takich utworów jak „Peleas i Melizanda” Debussy’ego czy „Podróż do Reims” Rossiniego należą do wybitnych osiągnieć Opery Narodowej w ostatnim ćwierćwieczu. Inne jego wybitne spektakle z tamtego okresu to poetycka „Adrianna Lecouvreur” Cilei w Teatrze Wielkim w Łodzi, uwspółcześniony i polityczny „Fidelio” w Teatrze Wielkim w Poznaniu czy wstrząsający, odwołujący się do grozy holocaustu „Cesarz Atlantydy” Ullmana w Warszawskiej Operze Kameralnej.

Tomasz Konina był niesłychanie ambitny. W prywatnych rozmowach, a takich prowadziliśmy w owym czasie wiele, nie ukrywał, że marzy mu się sukces nie tylko krajowy, że chciałby zaistnieć także poza Polską. Może dlatego w pewnym momencie poczuł się rozczarowany, że jego kariera nie rozwija się tak, jak sobie tego życzy. Kolejne premiery, zyskiwały, co prawda, bardzo dobre recenzje, ale dla niego to wciąż było mało.

W pewnym momencie odwrócił się więc od opery. W 2007 roku został dyrektorem Teatru im. Kochanowskiego w Opolu i ujawnił kolejny talent – organizatorski. Na opolskiej scenie  pracowało za jego kadencji wielu znakomitych artystów – od Agnieszki Holland i Mikołaja Grabowskiego po nowe wschodzące pokolenie: Maję Kleczewska, Monikę Strzępkę, Michała Borczucha, Pawła Passiniego czy Annę Smolar.

Sam reżyserował wówczas mniej, ale warto wspomnieć jego „Idiotę” Dostojewskiego, „Panny z Wilka” Iwaszkiewicza czy „Damę kameliową” Dumasa. Większą satysfakcję sprawiał mu fakt, że o kierowanym przez niego teatrze było głośno, a opolskie spektakle zdobywały nagrody na rozmaitych festiwalach.

Z Teatru im. Kochanowskiego odszedł w 2015 roku i od tego momentu szukał pomysłu na siebie. Wrócił przede wszystkim do opery, a dwa ostatnie spektakle udowodniły skalę jego talentu i dojrzałość artystyczną. „Baron cygański” w Teatrze Wielkim w Łodzi stał się zabawą z rozmaitymi konwencjami – od opery i operetki po berliński kabaret lat 20. XX w. z czającym się nazizmem w tle. Tegoroczna „Moc przeznaczenia” Verdiego w Operze śląskiej w Bytomiu to zaś ponadczasowa opowieść o wojnie.

W reżyserskiej pracy miał swoich idoli, szczególnie cenił spektakle niemieckiego twórcy Christofa Loya. Mówił, że są niesłychanie czyste wizualnie i precyzyjne reżysersko. Sam też takie robił, ale nikogo nie kopiował. W polskim teatrze operowym zajął pozycję wyjątkową: odczytywał na nowo stare libretta, ale nigdy nie sprzeniewierzył się muzyce i idei dzieła. A każdy użyty przez niego rekwizyt czy pomysł inscenizacyjny – nawet z pozoru szalony – odnajdywał potem uzasadnienie w rozwoju akcji.

Kiedy ma się 45 lat, myśli się o przyszłości. Miał więc wiele pomysłów na kolejne spektakle, niektóre z nich były w fazie wstępnej realizacji. Niestety, nigdy już nie powstaną.

KOMENTARZ DNIA
Żródło: rp.pl

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE