Reklama

"Zemsta nietoperza" w poznańskim Teatrze Wielkim

Poczciwą „Zemstę nietoperza" w poznańskim Teatrze Wielkim wyprawiono w rejs współczesnym statkiem. I omal nie zatonęła.

Aktualizacja: 08.01.2017 17:33 Publikacja: 08.01.2017 17:18

Foto: materiały prasowe

To bodaj już ostatnia klasyczna operetka wiedeńska, którą dziś chętnie się wystawia, a jednak dla współczesnego teatru jest w niej coś obciachowego. Zabawa z szampanem, walce i czardasze, długie suknie i fraki – jakże ten świat jest daleki od tego, co dziś oglądamy na scenach.

Można jednak to przyjąć z całym dobrodziejstwem. Można zgodzić się w „Zemście nietoperza" Johanna Straussa syna na stare pomysły: mąż nie poznaje żony, bo skryła twarz pod maseczką, pokojówka robi furorę w sukni swojej pani, a kochanek zostaje wzięty za męża Rosalindy, bo włożył jego szlafrok. Z takich klasycznych składników wciąż da się zrobić zabawne przedstawienie, co choćby w 2005 r. udowodnił w Krakowie Janusz Józefowicz.

Nowe pokolenie reżyserów już chyba tego nie potrafi, nie czuje lekkości walca, nie wierzy, że kobieta w sukni z trenem pętającym nogi może być zmysłowa. Oni szukają sposobu na przezwyciężenie „nędzy idiotycznego szablonu", jak pisał o operetce Julian Tuwim, sam zresztą nią urzeczony.

Operetkę zaś można kochać i się z niej podśmiewać, a połączenie tych dwóch uczuć daje szansę na inne jej pokazanie w XXI wieku. Tym kierował się w Poznaniu młody reżyser Krzysztof Cicheński. Wraz z autorem koncepcji inscenizacyjnej Krzysztofem Szumańskim przenieśli akcję z XIX-wiecznego Wiednia na luksusowy transatlantyk.

Niektóre absurdalne z dzisiejszego punktu widzenia pomysły intrygi przestały być w ten sposób pozbawione sensu, choćby szalony bal kostiumowy, który bywa stałym punktem takich wycieczkowych rejsów. Resztę dodała tzw. reżyserska inwencja. Co z tego jednak, że piękne dziewczęta opalają się tu na leżakach, a młodzi mężczyźni prężą torsy? To są w gruncie rzeczy najprostsze chwyty.

Reklama
Reklama

Znacznie trudniej jest tak poprowadzić bohaterów „Zemsty nietoperza", by nie byli operetkowymi marionetkami i by cały tłum na scenie poruszał się w rytm genialnej muzyki Straussa. A jej rytm na trzy czwarte nie musi wywoływać choroby morskiej.

Takich umiejętności zabrakło Krzysztofowi Cicheńskiemu. W Poznaniu więc większość numerów muzycznych została odśpiewana na proscenium, a bal u kapitana Orlovsky'ego okazał się niesłychanie statyczny. O wykonawcach nie wspomnę, choroby i złośliwości losu wykluczyły większość poznańskich solistów i obsadę dobierano w trybie awaryjnym. Jeśli jednak są to śpiewacy na co dzień obcujący ze Straussem, to także niezbyt uważnie go słuchają.

Publiczność w różnym wieku bawiła się jednak dobrze. Muzyka Straussa okazuje się niezniszczalna, a genialne tłumaczenie Juliana Tuwima sprzed ponad 80 lat nadal wywołuje śmiech, w przeciwieństwie do kilku dodanych współczesnych dowcipów.

Teatr
Teatr TV: Zamachowski jako Górski i Chyra jako Wilimowski. Kto wygrał ten mecz?
Teatr
„Albo jesteś pod Putinem, albo z nim walczysz”. Rosyjski reżyser Iwan Wyrypajew dla „Rzeczpospolitej”
Teatr
Spektakl na czwartą rocznicę agresji Rosji na Ukrainę
Teatr
Komisja programu Teatr Ministerstwa Kultury poszła drogą wykluczeń. Niszowi eksperci sabotują festiwale
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama