Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Świat

Francja: Skazani na Macrona

Głosowanie w Nantes (zachodnia Francja). W pierwszej turze wygrała tam partia Macrona.
AFP
Wyborcy mieli dać prezydentowi większość w parlamencie. Tak dużą, że aż się tego przestraszyli.

– Szacujemy, że La Republique en Marche! (LREM, 32,3 proc. w pierwszej turze) będzie miało około 400 deputowanych – przed rozpoczęciem drugiej tury głosowania powiedział „Rzeczpospolitej" Emmanuel Riviere, dyrektor największego francuskiego ośrodka badania opinii publicznej Kantar.

Izba niższa francuskiego parlamentu liczy 577 posłów. Wynik prognozowany przez Kantar przekłada się więc na większość dla ugrupowania, które obecny prezydent Emmanuel Macron założył ledwie rok temu.

Dramat partii politycznych

Reszta francuskiej sceny politycznej pozostaje bardzo rozdrobniona. Zdaniem Riviere'a Republikanie (zdobyli 21,5 proc. w pierwszej turze) mogą liczyć na ledwie 90–120 miejsc – najmniej dla gaullistowskiego ugrupowania od założenia Piątej Republiki przez generała w 1958 r.

– Spodziewamy się, że nawet tak ważne postacie na prawicy, jak Nathalie Kosciusko-Morizet (była wiceprzewodnicząca gaullistowskiej UMP) mogą nie zdobyć mandatu – mówi Riviere.

Na wszelki wypadek liderzy Republikanów, jak Nicolas Sarkozy czy Alain Juppé, w ogóle nie wystartowali (ten ostatni wolał pozostać merem Bordeaux – przepisy, które właśnie weszły w życie, zakazują kumulowania stanowisk).

Ale los Republikanów jest niczym wobec tego, co spotkało Partię Socjalistyczną (9,5 proc. w pierwszej turze) – formację, która sprawowała we Francji władzę przez ostatnie pięć lat. Teraz jej reprezentacja w parlamencie zostanie dosłownie zdziesiątkowana: z 302 do 15–25 deputowanych. Jean-Luc Melenchon, który zdobył 19,5 proc. głosów w wyborach prezydenckich, liczył, że to właśnie jego ugrupowanie Francja Niepokorna (13,7 proc. w pierwszej turze) przejmie kontrolę nad lewą częścią sceny politycznej, jak to się stało w przypadku Syrizy w Grecji czy Podemosu w Hiszpanii. Ale zdaniem szefa Kantaru radykalne ugrupowanie może liczyć na ledwie 13–23 posłów.

Prawdziwy dramat przeżywa Front Narodowy (13,2 proc. w pierwszej turze). Jeszcze pod koniec kwietnia Marine Le Pen tryumfowała po przejściu do drugiej tury wyborów prezydenckich, w której liczyła na 40 proc. głosów. Jednak zdaniem Riviere'a może okazać się, że w parlamencie Front zostanie z... jednym deputowanym – samą Le Pen! Taki jest skutek zarówno załamania poparcia dla skrajnej prawicy, jak też bardzo niesprawiedliwej dla małych ugrupowań większościowej ordynacji wyborczej.

– Choć w pierwszej turze LREM Macrona poparło tylko 7 spośród 47 mln uprawnionych do głosowania (z uwagi na rekordowo niską, 49-procentową frekwencję), ugrupowanie dostanie w Zgromadzeniu Narodowym większość konstytucyjną. I mogłoby rzeczywiście zmienić ustawę zasadniczą, gdyby nie to, że wymagałoby to również większości konstytucyjnej w Senacie, którego skład jest tworzony inaczej (we wrześniu połowę senatorów wyznaczą tzw. wielcy elektorzy, głównie merowie – red.) – mówi Riviere.

Zbyt wiele Macrona

Z sondażu prowadzonego między obiema turami wyborów dla telewizji BFMTV wynika, że dla 61 proc. Francuzów tak duża dominacja partii prezydenta jest „niesprawiedliwa".

– Część zwolenników prawicy, którzy do tej pory nie poszli głosować, w drugiej turze zmobilizuje się. Z kolei niektórzy zwolennicy Melenchona wstrzymają się od głosu zamiast poprzeć partię Macrona. Ale to nie będzie duża zmiana, bo pozostałe partie wyszły z pierwszej tury bardzo osłabione. Nawet Republikanie mają teraz kandydatów tylko w około 300 okręgach i wielu z nich w złej pozycji startowej – mówi szef Kantaru.

O godzinie 17 frekwencja w drugiej turze 35,33 proc.

Ordynacja, w której Front Narodowy ląduje tylko z symboliczną reprezentacją w parlamencie, wywołuje takie poruszenie w kraju, iż premier Édouard Philippe zapowiedział, że przed nowymi wyborami „trzeba będzie wprowadzić pewien element ordynacji proporcjonalnej". Jedna z możliwości to system, jaki jest w Niemczech, gdzie część posłów jest wybierana zgodnie z ordynacją większościową, a część proporcjonalną (wyborcy wrzucają dwie karty do głosowania).

Ale gdyby dziś we Francji obowiązywał system w pełni proporcjonalny, Front Narodowy mógłby liczyć nawet na 70 posłów, zaś LREM nie miałby ich więcej niż 190, zdecydowanie poniżej większości parlamentarnej.

Podobną do Macrona większość w Zgromadzeniu Narodowym miał jednak Jacques Chirac w 1995 r., Nicolas Sarkozy w 2007 i François Hollande w 2012 r. Ale żaden z nich nie wykorzystał tego, aby przeprowadzić tak potrzebne Francji reformy. Czy teraz będzie podobnie?

– Przed wyborami parlamentarnymi do mediów przeciekł plan reform, jakie chce przeprowadzić Macron, w szczególności rynku pracy, ale nie wpłynęło to na poziom poparcia dla jego partii. Większość ludzi pogodziła się z tym, że kraj trzeba zmienić. Ale to nie entuzjazm, raczej rezygnacja – mówi Riviere.

Plan zmian Macrona nie jest jednak radykalny. Nie zakłada zmniejszenia rekordowego (57 proc. PKB) udziału wydatków państwa ani istotnego ograniczenia liczebności i kompetencji aparatu urzędniczego. Raczej pewną liberalizację reguł zatrudnienia na wzór Skandynawii.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: jedrzej.bielecki@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL