Społeczeństwo

Polacy uzależnieni od zakupów

Bloomberg, Michael Nagle
Polacy odwiedzają sklepy najczęściej ze wszystkich Europejczyków. To na tyle silne przyzwyczajenie, że nie zmieni go nawet restrykcyjne prawo, takie jak zakaz handlu w niedzielę.

W latach 90. Polacy po prostu rzucili się na otwierane na dużą skalę centra handlowe czy hipermarkety, spragnieni zakupów w zachodnim stylu. Choć od tego czasu minęły dwie dekady, nic się nie zmieniło, a liczba wizyt w sklepach nawet rośnie. O ile magia centrów handlowych wciąż działa, o tyle zamiast hipermarketów częściej bywamy teraz w sklepach mniejszych, położonych bliżej domu.

– Jako społeczeństwo odeszliśmy od fazy zachłyśnięcia się hipermarketami, wielkimi zakupami – tanio, dużo, niekoniecznie dobrze. Aktualnie stawiamy na jakość, świeżość, ale też wybór. Dlatego tak wielu konsumentów woli kupować częściej, ale mniej – mówi Jakub Sobczak, ekspert DNB Bank Polska z Biura Handlu i Usług.

W efekcie nigdzie w Europie konsumenci nie odwiedzają sklepów tak często, jak w Polsce. – Jesteśmy w tej konkurencji liderem. Polacy uwielbiają robić zakupy, a jak pokazują nasze dane – ostatnio coraz bardziej lubimy to robić – mówi Szymon Mordasiewicz, dyrektor zarządzający Nielsen w Polsce. – Na tle innych Europejczyków wyróżniamy się częstotliwością robienia zakupów oraz dużym przywiązaniem do małych sklepów niedaleko domu. Statystycznie odwiedzamy sklepy małoformatowe 12 razy w miesiącu – dodaje.

Przybywa też osób robiących zakupy kilka razy dziennie. Nic więc dziwnego, że gdy z handlowego kalendarza znika choć jeden dzień, konsumenci wydają się szykować na nadchodzący kataklizm. Obecnie w Polsce zgodnie z prawem jest 13 dni świat państwowych i religijnych, w które większość sklepów, a wszystkie duże, muszą zamknąć podwoje. To wystarczy, aby w dni je poprzedzające półki w sklepach były ogołocone, parkingi zaś zapchane do tego stopnia, że sam wyjazd z nich zajmuje nawet godzinę. – Za takie dni powinniśmy mieć wliczany dodatkowy staż do emerytury – skarżą się coraz częściej pracownicy sklepów.

Niedziele odzyskane czy stracone?

Chodzimy do sklepów nadal za często, kupując za dużo. Szans na zmianę za bardzo nie widać, choć potrzeba odwrócenia tego zjawiska była jednym z argumentów Przymierza na rzecz Wolnej Niedzieli, które opracowało projekt ustawy mocno ograniczającej pracę sklepów w ten dzień. Ostatecznie po wielu bojach i dramatycznych zwrotach przyjęto ustawę zakładającą, że od 1 marca sklepy będą otwarte w pierwszą i ostatnią niedzielę miesiąca. Od przyszłego roku już tylko w ostatnią, by od 2020 r. zakaz objął wszystkie niedziele. Nie dla wszystkich sklepów oczywiście, w ustawie przewidziano szereg wyjątków dla stacji benzynowych, sklepów z pamiątkami, lodziarni czy cukierni.

– Na Węgrzech sieci handlowe zareagowały na takie ograniczenie wydłużeniem godzin pracy w pozostałe dni. Społeczeństwu prawo nie spodobało się na tyle, że pod jego presją rząd od tego rozwiązania odstąpił – mówi Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Czy nowe prawo ma szansę zmienić zwyczaje zakupowe Polaków? – Od czegoś trzeba zacząć. Kiedyś była silna tradycja nierobienia zakupów w niedzielę, wiele osób pamięta to ze swoich domów. Opracowując projekt, myśleliśmy również o tym – mówi Alfred Bujara, przewodniczący sekcji handlowej NSZZ Solidarność. – Polacy stracili umiejętność planowania domowych budżetów i robienia zakupów racjonalnie. Kupują wiele niepotrzebnych produktów, które później wyrzucają. Ograniczenie czasu na zakupy może pomóc zmienić ten trend, choć na pewno zajmie to trochę czasu – dodaje.

Politycy opozycji nie zostawiają na pomyśle suchej nitki. – Wprowadzenie w życie ustawy spowoduje nie tylko ogromny zamęt w kraju, bo ludzie nie będą nigdy pamiętać, w które z niedziel sklepy będą czynne, ale i doprowadzi do wielu nadużyć i prób obejścia nowego prawa – mówi Ryszard Petru z Nowoczesnej.

Opinie na temat potencjalnych zmian w zachowaniach konsumenckich wywołanych nowym prawem są podzielone. – Wiele osób potraktuje to jako zamach państwa na ich styl życia, zwyczaje. Na pewno nie będzie to przyjęte pozytywnie, a negatywne skutki odczują także osoby dotąd w niedzielę niekupujące – uważa Andrzej Faliński, ekspert rynku handlowego.

Jeśli ktoś dotychczas kupował w sobotę w komfortowych warunkach, to teraz przed niedzielą z zamkniętymi sklepami o wygodzie będzie musiał zapomnieć. – Przed dniami wolnymi widać powrót tych pierwotnych instynktów i wygrywa chęć do zapełnienia lodówki, choć sklepy mają być zamknięte tylko jeden dzień. Wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę na pewno odnowi i nasili tego typu zachowania, choć prawdopodobnie tylko w pierwszym okresie obowiązywania nowego prawa – mówi Jakub Sobczak. – Konsumenci i sklepy muszą się na takie zmiany przygotować. Trzeba się też liczyć z jakimiś niedoborami w zaopatrzeniu placówek handlowych także w poniedziałek, ponieważ dostawy nie dotrą do wszystkich sklepów na czas – dodaje.

Wygoda przede wszystkim

Mniej dni handlowych może być tym bardziej dotkliwe, że dzisiaj na fali jest w Polsce tzw. trend convenience, wymagający częstszych wizyt w sklepach. Klienci stawiają na świeżość, krótkie terminy przydatności do spożycia, mniej konserwantów. W cenie są dania gotowe czy półprodukty, umożliwiające szybkie przygotowanie zdrowego posiłku w domu.

W Polsce zupełnie nie przyjął się model kupowania w amerykańskim stylu. Wielkie zakupy, najczęściej raz w tygodniu, to domena hipermarketów, które miały rewolucjonizować polski rynek. Do niczego takiego nie doszło, a wyładowane po brzegi koszyki widać głównie przed świętami czy dłuższymi weekendami. – Powody są prozaiczne, generalnie Polacy mają małe mieszkania i brakuje im po prostu miejsca na przechowywanie produktów kupowanych za zapas. Dlatego wolą kupować mniej, a częściej – mówi Renata Juszkiewicz.

Co ciekawe, dotyczy to nie tylko codziennych zakupów spożywczych. – Obserwujemy systematyczny wzrost liczby transakcji, ale jednocześnie o mniejszej wartości. Musimy dostosowywać się do oczekiwań konsumentów, wprowadzając tańsze kategorie produktów, zarówno w segmencie odzieżowym, jak i w biżuterii – mówi Grzegorz Pilch, prezes Vistula Group, do której należy też jubilerska sieć W. Kruk.

Według danych firmy Nielsen tylko sklepy dyskontowe statystyczny konsument odwiedza 13 razy w miesiącu, do tego dochodzi 14 wizyt w piekarni czy 12 w tradycyjnym sklepie spożywczym. Do tego po kilka razy miesięcznie Polacy odwiedzają super- i hipermarkety, drogerie, kioski czy warzywniaki. Na jedną osobę przypada zawrotna liczba takich wizyt. Jednak eksperci podkreślają, że o ile statystyka jest względna, o tyle największa grupa konsumentów odwiedza sklepy spożywcze kilka razy w tygodniu.

W dużych miastach częstotliwość wizyt jest jeszcze większa. – W miarę uruchamiania coraz większej liczby sklepów convenience osoby pracujące zazwyczaj kupują sobie jedzenie w drodze do pracy, czasami także podczas przerwy. Wracając, robią zakupy rodzinne, uzupełniają je wizytą w sklepie specjalistycznym. Niepostrzeżenie robią się cztery transakcje jednego dnia, a nie jest to nic niezwykłego – mówi członek zarządu jednej z sieci supermarketów.

– Do częstych wizyt i mniejszych transakcji przygotowane są najlepiej mniejsze sklepy. Hipermarkety też to robią, ale nie na taką skalę. W ich obrotach takie codzienne, nieduże zakupy to maksymalnie 10 proc. wszystkich – mówi Andrzej Faliński. Jak zauważa, częste robienie zakupów jest też cechą społeczeństw mniej zamożnych. – Amerykanie czy Niemcy, mając rezerwy na koncie, robią zakupy najwyżej co kilka dni, Polacy wolą trzymać pieniądze na koncie czy w portfelu na ewentualne nagłe i nieprzewidziane wydatki. Wbrew pozorom to bardzo silny impuls i podstawa naszych zwyczajów zakupowych – dodaje.

Największe zakupy robimy przed świętami. Chcąc się na nie dobrze zaopatrzyć, kupujemy zwykle za dużo, szczególnie żywności. Nakłada się na to wspomniana częstotliwość wizyt. Statystyczne gospodarstwo domowe w Polsce wyrzuca rocznie aż 237 kg jedzenia, co jest wynikiem fatalnym również na tle innych krajów. Z danych Eurostatu wynika, że zajmujemy pod tym względem wysokie piąte miejsce w UE.

Z danych branżowych wynika, że aż 53 proc. strat żywności generują gospodarstwa domowe. To efekt za dużych zakupów, złego przechowywania. W krajach skandynawskich data przydatności do spożycia traktowana jest bardziej jako wskazówka. Mało kto wyrzuca jogurt tylko dlatego, że została ona przekroczona o kilka dni. Jeśli produkt był właściwie przechowywany, to nie powód, aby się go pozbywać. W Polsce zarówno sklepy, jak i konsumenci takie produkty najczęściej wyrzucają, choć coraz częściej zdarzają się promocje produktów z datami bliskimi przekroczenia – sklepy wolą sprzedać je taniej, niż wyrzucić.

– Od przełomu ustrojowego w 1989 r. sytuacja zdecydowanie się pogorszyła. Kiedyś żywności brakowało, dzisiaj kupujemy jej za dużo i wiele marnujemy – mówił podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy Jacek Bogucki, sekretarz stanu z Ministerstwa Rolnictwa. – Sklepy ponoszą za to odpowiedzialność, ponieważ zachęcają, np. promocjami, do kupowania większej liczby produktów, niż faktycznie potrzebujemy – dodał.

W Europie tylko Francja i Włochy przyjęły odpowiednie prawo, które ma ograniczyć skalę marnowania żywności. W Polsce w Senacie trwają prace nad projektem – sprawozdanie na ten temat miało zostać przedstawione do końca 2017 r., ale na razie nie jest znane.

Ucieczka do internetu

Możliwe, że ograniczenie handlu w niedziele skłoni Polaków do rzadszych wizyt w stacjonarnych sklepach na korzyść tych internetowych. Tym bardziej że zaczynamy doceniać zalety e-handlu. Z sieci korzysta ponad 70 proc. z nas, a większość robi w internecie zakupy. Wpierw popularność w polskim e-handlu zdobywały takie produkty, jak kosmetyki, książki i multimedia. Stopniowo do internetowych koszyków zaczęto wkładać sprzęt elektroniczny, akcesoria domowe, zabawki czy meble. Powodem były zarówno niższe niż w tradycyjnych sklepach ceny, jak i wygoda, możliwość kupowania o dowolnej porze, unikanie kolejek. Przez wiele lat branżowi analitycy twierdzili, że temu trendowi oprą się ubrania, ponieważ takie towary konsumenci chcą przed nabyciem przymierzyć. Zwłaszcza dla kobiet to niesłychanie ważny aspekt kupowania. Mimo to moda na internetowe zakupy ubrań eksplodowała także i u nas, dzisiaj to najczęściej kupowane w sieci produkty.

Żywność jednak się temu trendowi skutecznie opiera. Z ostatniego raportu firmy Nielsen wynika, że 56 proc. konsumentów nawet nie rozważa kupowania podstawowych produktów przez internet. Zniechęcają ich dodatkowe opłaty, wolą obejrzeć produkty z bliska, czasami wręcz obawiają się, że pracownik kompletujący zamówienie włoży do paczki niepełnowartościowe towary.

Ogromna jest też grupa zwolenników spędzania wolnego czasu na zakupach, zwłaszcza w galeriach handlowych, których w Polsce jest już ponad 400. Pod jednym dachem są tam nawet setki sklepów, punktów usługowych czy gastronomicznych, ale także kina, kręgielnie. Zwłaszcza dla nastolatków – choć nie tylko – to często obowiązkowy punkt każdego weekendu. Potrafią tam spędzać nawet po kilka godzin.

Centra handlowe odczuwają już odpływ kupujących w związku z rosnącą popularnością e-handlu, walczą zatem o uwagę, starając się ewoluować w kierunku galerii społecznościowych. Oferują one klientom nie tylko możliwość zrobienia zakupów, ale też ciekawego spędzenia czasu. Powoli staje się to ważniejsze od samego kupowania. Dotychczas obiekty oferujące taką możliwość zajmowały ok. 5 proc. powierzchni najmu centrum, jednak obecnie rekomendowany poziom wynosi ok. 20 proc. – wynika z raportu firmy doradczej Savills. Pojawiły się już takie centra – np. warszawska hala Koszyki – w których w zasadzie oferowane są tylko usługi społecznościowe. W sierpniu 2017 r. firma badawcza Neurohm przeprowadziła badanie cech, jakie zdaniem Polaków powinna posiadać idealna galeria handlowa. Zdaniem aż 88 proc. respondentów idealna galeria handlowa to taka, która poprawia im samopoczucie. Jednocześnie taki sam odsetek badanych uważa, że ważna jest też odległość, czyli jak blisko mają oni do danego miejsca.

– Większe znaczenie niż cena ma teraz jakość. W dobie powszechnego dzielenia się swoimi ocenami i komentarzami w internecie chcemy, by w galerii handlowej znajdowały się restauracje z dobrą opinią – mówi Paulina Poławska, koordynator projektów działu analiz Neurohm. – Taką potrzebę wskazało 93 proc. ankietowanych, podczas gdy z twierdzeniem „mogę tu zjeść tanio" z wysoką pewnością zgodziło się już tylko 41 proc. badanych – dodaje.

– Ludzie podchodzą coraz bardziej świadomie do tego, jak żyją, co jedzą i jak dbają o zdrowie. Od tej rewolucji nie ma odwrotu. Rynek handlowy musi iść w parze ze zmieniającym się stylem życia i aktualnymi potrzebami konsumentów – mówi Jarosław Tutaj, dyrektor działu powierzchni handlowych Savills.

Galerie handlowe będą więc nadal miejscem spędzania wolnego czasu, czy to się komuś podoba czy nie. Bez względu na pomysły rządzących. Powodów jest kilka, ale jak zawsze wszystko rozbija się o pieniądze. Rodzinne wyście do kina, obiad w restauracji to koszt kilkuset złotych. To kwota poza zasięgiem większości Polaków, nie mówiąc już o kosztach i dostępności takich usług kulturalnych jak wizyta w teatrze czy operze.

Dlatego zakupy najprawdopodobniej wciąż będą wypełniały luki czasowe pomiędzy pracą czy nauką. Jeszcze długo wizyty w sklepie nie tylko będą zaspokajały różnego typu potrzeby materialne, ale też będą rozrywką.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL